Reklama

Bayern nie dominuje w Bundeslidze, Milan jest cieniem samego siebie, a Manchester United… Nikogo nie dziwi nawet porażka z Bournemouth. Wielkie firmy z trzech potężnych lig są w kryzysie i trudno wierzyć w szybką poprawę tej sytuacji.

Cały Bayern na plecach Lewandowskiego

Sezon 2018/19 był ciągłą walką trenera Niko Kovaca o pozostanie na stanowisku. Bayern przez cały rok nie potrafił ustabilizować formy, niezłe mecze przeplatał ze słabszymi lub bardzo złymi. Odpadnięcie z Ligi Mistrzów po 1/8 finału z Liverpoolem było ciosem dla całego Bayernu i wydawało się, że ostatecznie pogrąży Kovaca. Nie pogrążyło. Monachijczycy uratowali sezon wygrywając – dopiero w ostatniej kolejce – mistrzostwo, dołożyli też krajowy puchar.

Kovac znów dostał szansę i czas. Drużyna została przebudowana i odmłodzona. Z Bayernem pożegnali się tacy gracze jak Franck Ribery, Arjen Robben, Mats Hummels czy Rafinha. W ich miejsce sprowadzono mistrzów świata – Benjamina Pavarda i Lucasa Hernandeza, dyrygentem nowej drużyny miał zostać Philippe Coutinho, solidność na skrzydle miał zagwarantować Ivan Perisić.

Efektów jak nie było, tak nie ma. Bayern, nazywany niegdyś drużyną FC Hollywood, ze względu na ilość gwiazd, dziś mógłby nazywać się FC Lewandowski. Tak naprawdę tylko reprezentant Polski gra na oczekiwanym przez władze Bayernu poziomie. Ba, wydaje się, że Lewandowski gra w tym sezonie na poziomie osiągalnym tylko przez Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. Polak bije kolejne rekordy, goni osiągnięcia legend Ligi Mistrzów i samego Bayernu, zdobył już 20 goli z 42 goli jego drużyny w tym sezonie, trafiając w dziesięciu kolejnych meczach Bundesligi z rzędu.

Reklama

Sam Lewandowski nie wygra jednak ani Ligi Mistrzów ani Bundesligi. Bayern zajmuje dopiero czwarte miejsce w lidze niemieckiej, tracąc 4 punkty do prowadzącej Borussi Monchengladbach. Zamiast o dominacji Bayernu, znów mówi się o jego problemach, złej formie piłkarzy i dobiegającym końca czasie Niko Kovaca.

Równia pochyła Manchesteru

Jak wiele dla Czerwonych Diabłów znaczył Sir Alex Ferguson… Można odnieść wrażenie, że im więcej czasu mija od rozstania Szkota z Manchesterem, tym bardziej tęskni się i docenia legendarnego szkoleniowca. Aż trudne do pojęcia jest to, że tak wielka firma, jedno z najbardziej dochodowych piłkarskich przedsiębiorstw na świecie było aż tak bardzo zależne od leciwego Fergusona.

Od zakończenia pracy Sir Alexa Fergusona minęło już sześć lat, a jego następcy nawet nie potrafili zbliżyć się do jego sukcesów. Dla Davida Moyesa United to nie był ten rozmiar kapelusza, były menedżer Evertonu kompletnie sobie nie poradził na Old Trafford. Louis van Gaal i Jose Mourinho? Wielkie nazwiska, charyzma i sukcesy w przeszłości, ale większych sukcesów z United nie wywalczyli, bo trudno za takie uznać F.A. Cup z Holendrem czy nawet wygraną w Lidze Europy z Portugalczykiem. To nie są trofea, które w Manchesterze stawia się w pierwszym rzędzie gabloty.

Antyfutbol, który w ostatniej fazie pracy wielkiego Jose grał Manchester, spowodował, że szansę otrzymał były gracz Czerwonych Diabłów, były podopieczny Sir Alexa Fergusona – Ole Gunaar Solskjaer. Udany początek misji ratunkowej Norwega zaowocował trzyletnim kontraktem. Po niespełna roku pracy Solskjaera coraz głośniej mówi się o rozstaniu, bo władze i kibice mają dość takich porażek, jak w miniony weekend (Manchester przegrał 0:1 z Bournemouth). United jest dopiero na 10. miejscu w tabeli Premier League, tracąc 18 (!) punktów do pierwszego Liverpoolu i siedem do miejsca premiowanego awansem do Ligi Mistrzów.

Manchester stracił swój czar, rozmienia się na drobne. Ulatuje gdzieś jego magia i legenda. Czerwony Manchester sprzeciętniał i chyba do tej przeciętności się przyzwyczaił. Niech świadczą o tym nazwiska piłkarzy wybiegających w pierwszym składzie, jak choćby Fred, Daniel James czy przepłacony Harry Maguire.

Milan jak Manchester, zostały wspomnienia

Tak, jak w Manchesterze wciąż wspomina się Fergusona, tak w Mediolanie kibice wciąż patrzą na okres pracy Carlo Ancelottiego, jak na złoty okres rossonerich we współczesnej historii klubu. Dwie wygrane w Lidze Mistrzów, mistrzostwo i puchar Włoch, Klubowe Mistrzostwo Świata i dwa Superpuchary Europy.

Ale jacy piłkarze występowali w tym okresie na San Siro! Paolo Maldini, Alessandro Nesta, Clarence Seedorf, Leonardo, Filippo Inzaghi, Rivaldo, Kaka, Andrij Szewczenko… Nic nie trwa jednak wiecznie i po sezonie 2008/2009 Ancelotti odszedł, w zasadzie razem z zakochanym w Milanie, równie mocno jak w sobie, Silvio Berlusconim, który został premierem Włoch.

Do sukcesów Ancelottiego nawiązał jeszcze Massimo Allegri (mistrzostwo i puchar), jednak był to początek końca takiego Milanu, o jakim marzą fani rossonerich. Kolejni trenerzy zaliczali na San Siro ledwie marne epizody, a mediolańczycy od lat są tylko pół piętra wyżej niż przeciętniaki z Serie A. Od sezonu 2013/14 wielki Milan nie kończył sezonu wyżej, niż na piątej pozycji.

I nic nie wskazuje na to, by w tym roku miało być lepiej. Marco Giampaolo, zatrudniony przed sezonem 2019/20 już na San Siro nie pracuje. Zastąpił go Stefano Pioli, przed którym karkołomne zadanie. Milan jest rozbity, nijaki, zablokowany. Zablokowany jest też Krzysztof Piątek, który nie przypomina zawodnika z ubiegłego sezonu, gdy z jednej sytuacji potrafił strzelić dwie bramki. Oczywiście Piątek to nie Filippo Inzaghi, tak jak Alessio Romagnoli nie jest Maldinim, a Lucas Paqueta – Kaką. Ale ani AC Milan, ani jego sympatycy nie zasługują na to, by oglądać się za siebie i widzieć zbliżający Hellas, Bolonię czy Sassuolo. Są kluby, którym takie ligowe towarzystwo, po prostu nie przystoi.


Zdjęcie główne: Fot. minhquangle87, licencja Creative Commons 

Reklama