Reklama

Nieformalne hasło władzy „Budapeszt w Warszawie” jest dziś skompromitowane. Ale nie dla PiS. Budowa trwa. Pomagają symetryści, szpica czwartej władzy, którzy patrzą, ale nie widzą. Są jak z pewnego wiersza Wierzyńskiego – zaaklimatyzowali się (w bardzo ciemnym miejscu). Po siedmiu latach jesteśmy w punkcie wyjścia – pisze nasz Kronikarz

Gdzież ten szczęsny czas, gdy zastępy pięknoduchów i popularnych redaktorów – który to już raz? – szły przez szpalty i ekrany z pieśnią o jedności w obliczu wojny? O konieczności zawieszenia sporów narodowych, o wzniesieniu się ponad podziały, o czekającym nas wysiłku przekłucia baniek informacyjnych (w których ponoć żyjemy)? Dziś, po miesiącu z ogonkiem, szczucie propagandy na opozycję sięga zenitu, Kaczyński wznowił obsceniczny taniec na smoleńskich trumnach,

partia władzy nie wyrzekła się Orbána (który nie wyrzekł się Putina), Le Pen, Salviniego, premier z upodobaniem atakuje Unię Europejską. Nie zmieniło się nic.

Nieformalne hasło władzy „Budapeszt w Warszawie” jest dziś skompromitowane. Ale nie dla władzy. Budowa trwa. PiS nie zrezygnował z betonowania systemu, jaki stworzył, z germanofobii, z dzielenia uchodźców na sort gorszy (granica białoruska) i lepszy (granica ukraińska), z dewastowania sądownictwa (nawet projekt prezydencki, uchodzący za sięgający najdalej, nie rozwiązuje problemu neosędziów, neo-KRS, szykanowania Igora Tulei i innych prześladowanych sędziów), z bezwstydnego wykorzystywania sytuacji geopolitycznej jako „politycznego złota”.

Pomagają mu w tym zresztą wydajnie polscy symetryści, szpica czwartej władzy, którzy pąsowieją, gdy zobaczą krytyczną wobec uległości i niesamodzielności prezydenta Dudy okładkę „Newsweeka”, ale połykają języki, gdy trzeba nazwać po imieniu bezeceństwa autokratycznej władzy. Są jak z pewnego wiersza Wierzyńskiego – zaaklimatyzowali się (w bardzo ciemnym miejscu).

Reklama

Poważny błąd, jaki popełniła opozycja społeczna (i po części polityczna) w 2015 roku, to osunięcie się w naiwną wiarę, że czwarta władza jednoznacznie stanie po stronie demokracji.

Że zacznie bronić niszczonych wartości, pozbędzie się kompleksu posiadania równego dystansu do gwałciciela i gwałconej (konstytucji), że dostrzeże nadzwyczajność czasów. Nic takiego się nie stało (poza wyjątkami potwierdzającymi regułę).

Dlatego każde cyniczne posunięcie władzy komentatorzy (ci przebrani za obiektywnych obserwatorów z zawiązanymi oczami) nazywają „ciekawym ruchem” albo „trwającą ofensywą”, a zamiast opisywania putinizacji prawa albo mediów publicznych zajmują się wyrażaniem oburzenia w związku z używaniem niemiłego słowa „putinizacja”. A fe!

Nie ma jedności i nie będzie jedności. Mimo wojny, mimo okrucieństw Putina Orbán się od niego nie odciął, a PiS nie odciął się od Orbána. Czwarta władza nadal będzie puszyć się w swoich wyidealizowanych identyfikacjach, trzymając oczy szeroko zamknięte, nie chcąc zobaczyć, że Budapeszt w Warszawie, z którego nie zrezygnował PiS, oznacza domknięcie systemu, oznacza plan pacyfikacji mediów, oznacza być może zmianę ordynacji wyborczej, jeśli tylko władza zapragnie.

Niedrukowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego czy nielegalne reasumpcje przeszły, więc wszystko przejdzie. Wszystko zostanie gładko łyknięte.

Zauważmy więc z kronikarskiego obowiązku, że jesteśmy w punkcie wyjścia, choć okoliczności geopolityczne się zmieniły na radykalnie dramatyczne. Inny jest też poziom ingerencji PiS w tkankę państwa, ponieważ dziś partia kontroluje już Trybunał Konstytucyjny, ma wpływ na Sąd Najwyższy, Państwową Komisję Wyborczą, wszelkie instytucje, a także propagandę, która – jak na Węgrzech – pierze mózgi każdego dnia, bez przerwy.

Jesteśmy w punkcie wyjścia głównie dlatego, że najbliższe wybory będą tymi, w których

stawką jest sama demokracja,

a medialny mainstream patrzy, ale nie widzi. Demokracja, która może zostać zmieciona przez przeoraną dwiema kadencjami… demokrację. Dlaczego mielibyśmy na to pozwolić, tak jak pozwolili Węgrzy? A dlaczego nie? No właśnie.

Kronikarz


Zdjęcie główne: Mateusz Morawiecki na szczycie premierów V4 w Budapeszcie w 2018 r., Fot. Flickr/KPRM, Public domain

Reklama