Reklama

Andrzej Duda na spotkaniu z wyborcami w Leżajsku określił Unię Europejską mianem “wyimaginowanej wspólnoty, z której dla nas niewiele wynika”. Powiedział to publiczne prezydent oraz były europoseł. Nic dziwnego, że spadła na niego fala krytyki, nie tylko posłów opozycji. – To, co mówi prezydent, jest połączeniem niemądrości, arogancji i braku kontaktu z rzeczywistością. Myślę zresztą, że przesadził nawet z punktu widzenia kolegów partyjnych – mówi w rozmowie z wiadomo.co Aleksander Smolar, prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Przewiduje, że takie “zohydzanie” UE może być motywem przewodnim kolejnej kampanii wyborczej. Ale PiS jednak będzie kalkulował.

KAMILA TERPIAŁ: “Wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika” – tak Andrzej Duda mówił podczas spotkania z mieszkańcami Leżajska. Polexit jest coraz bliżej?

ALEKSANDR SMOLAR: Psychologicznie taka wypowiedź świadczy o tym, że przynajmniej część prawicy skupionej wokół PiS-u jest gotowa ponieść ryzyko zaostrzenia stosunków z UE i pewnego typu konfrontacji. Dzieje się to w napiętej atmosferze także między UE i Węgrami Viktora Orbána. On zapowiedział, że Węgry chcą zmieniać Europejską Partię Ludową i całą Unię Europejską, a ewentualnie nawet stworzyć inną wspólnotę. Wyraźnie widać, że zbliżają się wybory europejskie. Analizując wypowiedź Andrzeja Dudy trzeba widzieć po pierwsze kontekst polski, ale także międzynarodowy.

To zresztą nie pierwsza wypowiedź “bagatelizująca” UE…
Wcześniej już wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział de facto, że Polska nie będzie respektować postanowień TSUE. Niektórzy ważni politycy PiS-u dystansowali się wtedy od tej wypowiedzi. Ale faktem jest, że

Reklama

mamy do czynienia z mnożeniem się takich wypowiedzi, radykalizacją prawicy nacjonalistycznej w Europie i wolą konfrontacji z innymi. To bardzo niebezpieczna mieszanka.

Wystąpienie Andrzeja Dudy miało w sobie także elementy nonszalanckie. Prezydent przekonywał, że “nie będą nas pouczali ci, którzy zdradzili Polskę w 1945 roku”. To połączenie agresji, arogancji, pyszałkowatości i niesłychanej naiwności. Na ostatnim wielkim “spędzie” PiS-u prezes i premier mówili o tym, że PiS nie chce wyprowadzać Polski z UE, wymieniając jednocześnie tylko korzyści materialne. Oni tylko do tego redukują znaczenie UE. To samo, w nieco innych słowach, czyni Andrzej Duda.

Jak można twierdzić, że z obecności w strukturach UE “dla nas niewiele wynika”?
To są oczywiście brednie. Wynika dużo, chociażby jeżeli chodzi o stronę materialną – Polska była państwem korzystającym w największym stopniu z funduszy europejskich w historii Unii. Teraz dostaniemy mniej, ale to i tak będą duże pieniądze, zwłaszcza jeżeli Polska nie zostanie ukarana za prowadzenie polityki łamiącej zasady demokracji, a to jest możliwe.

To jest kłamstwo także pod innymi względami. To może dla Andrzeja Dudy nie jest ważne, ale przypomnę, że stabilizacja jeszcze w okresie negocjowania zasad demokracji była wynikiem tego, że Polska chcąc znaleźć się w strukturach UE musiała podporządkować się pewnym normom.

Dzisiaj ani Polska, ani Węgry, z takim stosunkiem do podstawowych unijnych zasad nie zostałyby do UE przyjęte. Wielką zaletą Unii jest to, że mogła stać na straży ewolucji demokratycznej naszych państw. Niestety, nikt w tamtych czasach nie przewidział, że państwa członkowskie, po doświadczeniach wojny i dyktatur, mogą same odchodzić od demokracji.

Dlaczego politycy PiS-u próbują nie zauważać tego, co powiedział prezydent?
To, co mówi prezydent, jest połączeniem niemądrości, arogancji i braku kontaktu z rzeczywistością. Myślę zresztą, że przesadził nawet z punktu widzenia kolegów partyjnych. Te słowa dotarły już do Brukseli i wtedy kiedy będą kontynuowane dyskusje o sytuacji w Polsce, będą na pewno przywoływane. Nie jest zatem przypadkowe, że i prezes Jarosław Kaczyński, i premier Mateusz Morawiecki starają się ostatnio nie atakować UE, a wręcz przeciwnie, poprzez milczenie starają się te stosunki łagodzić. Dlatego

myślę, że to nie jest przejaw świadomej polityki wychodzenia z Unii, tylko mentalności rozpowszechnianej w elitach PiS-u i gotowości, która w jakimś momencie może się objawić.

Takie słowa wygłasza publicznie prezydent. To niebezpieczne?
Nie wypada mu oczywiście mówić takich rzeczy, ale zdarza się to nie po raz pierwszy. Robił nawet rzeczy, które narażają go na Trybunał Stanu. Taka postawa prezydenta więc mnie nie dziwi.

Takie “zohydzanie” UE może być motywem przewodnim kampanii wyborczej?
Kampanii samorządowej nie, ale nie wykluczam tego w kolejnej, czyli przed wyborami do PE. Władza będzie jednak kalkulowała, bo wie, że poparcie dla UE jest w społeczeństwie cały czas wysokie. Zwłaszcza jeżeli w samej Unii zaostrzy się język w stosunku do państw, które porzucają zasady liberalno-demokratyczne, władza może rozpocząć kampanię przeciwko Brukseli, Niemcom i władzy imperialnej.

Poza tym będzie trzeba uzasadnić ewentualne ograniczenie pomocy finansowej dla Polski, a najprościej to wytłumaczyć jako przejaw wrogości różnych środowisk w Brukseli czy Berlinie. Władza będzie musiała wskazać winnego.

Z jednej strony prezydent mówi o “wyimaginowanej wspólnocie”, a z drugiej o “naszej, własnej wspólnocie, skupionej na naszych sprawach”. Andrzej Duda mówi wprost: “Na razie niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”. Podział na my i oni będzie się zaostrzał?
Prezydent gra na czymś, co jest autentyczne. Wielokrotnie pojawia się twierdzenie, że trudno jest zbudować wspólnotę demokratyczną na poziomie europejskim, dlatego że nie ma poczucia przynależności do tej wspólnoty, bo dominuje identyfikacja narodowa. Ale

od stwierdzenia, że najsilniejsza jest identyfikacja narodowa, do zaprzeczenia wagi Europy jako wspólnoty jest daleka droga.

Państwa zamożne pomagają Polsce nie dla własnego interesu, chociaż tego próbują dowieść politycy PiS-u. To jest też przygotowanie do nacjonalistycznej kampanii, o której mówiłem wcześniej.


Zdjęcia główne: Aleksander Smolar, Fot. Flickr/PISM, licencja Creative Commons

Reklama