Reklama

PiS radykalnie umacnia nasz podział wewnętrzny. Tych bowiem, którzy nie są z PiS-u, wpycha w tę samą przestrzeń, którą zajmuje Homo Sacer. Skoro jesteś po stronie uchodźców, to zaczynasz być jakby jednym z nich, zaczynasz być takim samym agentem Łukaszenki jak uchodźcy, jesteś naznaczony niemal tym samym piętnem – mówi nam prof. dr hab. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w rozmowie o śmierci, człowieczeństwie i uchodźcach. I dodaje: – PiS jest taką małpą z brzytwą, która – kiedy już wlazła przez komin – nie ciacha nią na oślep, lecz nauczyła się, bo to w końcu wulgarnie proste, że należy nią zawsze kroić na dwa osobne kawałki

JUSTYNA KOĆ: Za kilka dni masowo ruszymy na cmentarze, aby w zadumie i skupieniu wspominać naszych zmarłych. W tym samym czasie na naszej granicy umierają ludzie, tylko dlatego, że mają inny kolor skóry, mówią innym językiem i być może inaczej obchodzą święta. Jak to zrozumieć?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Zawsze tak było, a może nawet gorzej… Przypomnę chociażby głośny wiersz Czesława Miłosza „Campo di Fiori” o słynnej karuzeli obracającej się w Warszawie, podczas gdy płonęło getto, jednocześnie z odniesieniem do Rzymu, gdzie na tym właśnie placu w roku 1600 spalono Giordana Bruna, po czym wszyscy wrócili do swoich spraw, do sklepików, handlu, do domów, straganów, knajp, do życia po prostu. Z reguły zatem większość z nas w sytuacjach trudnych czy tragicznych trzyma oczy szeroko zamknięte – patrzą, ale nie widzą.

Dlaczego?
Nierzadko to wynika z niewiedzy, często z bezradności, często też z tego, że daliśmy się uwieść jakiejś propagandzie. Te czynniki na ogół mieszają się zresztą ze sobą. A u nas, w Polsce, bardzo ważne jest ponadto słabe poczucie obywatelskości.

Reklama

Polacy w ogromnej masie angażują się więc głównie w swoje domowe, rodzinne sprawy – i tylko w nie. W pozostałe kwestie angażujemy się natomiast niechętnie w porównaniu z innymi demokracjami (o ile jeszcze jakąś demokracją jesteśmy).

Z obywatelskością u nas rzeczywiście jest kiepsko, ale za katolika ma się prawie każdy.
Tylko że katolicyzm w Polsce jest z reguły znakiem tożsamości zbiorowej, znakiem przynależności do wspólnoty oraz przyjęcia jej reguł gry. Rozpoznanie siebie samego jako katolika nie ma więc żadnych głębszych wymiarów religijnych, duchowych czy moralnych, a ów katolicyzm to ledwie pewna forma udziału w życiu społecznym, w wielu małych miasteczkach i wioskach nierzadko jedyna. Potwierdzenie, że chodzi właśnie o tożsamość kulturowo-społeczną, nie wiarę i moralność, ujawniają znakomicie globalne dane: oto więc 5-6 proc. więcej rodaków niż wszyscy ochrzczeni Polacy deklarowało przez lata swoją przynależność do religii katolickiej.

A ponadto teraz już nie każdy, jak bywało kiedyś, czuje się katolikiem i otwarcie to potrafi ujawnić. Tak więc ten niby-katolicyzm w przypadku uchodźców nie manifestuje się w żaden sposób, gdyż nie ma on żadnych wymiarów ani konsekwencji etycznych. W takich sprawach liczy się tu zatem bardziej nasze człowieczeństwo: albo je masz, albo go nie masz.

Wspomniała pani o 1 listopada i podniosłości tego święta. Ale i ono dzieje się także na gruncie domowym, rodzinnym. Polskość jest takim swoistym zjawiskiem, gdzie najważniejsze jest to, co włoscy socjologowie określają jako familiarność; najważniejsze są więzi rodzinne, nawet nie sąsiedzkie czy towarzyskie, i to one są praktykowane nawet w przypadku naszych zmarłych. Chodzimy więc na groby często po to, aby spotkać się z członkami rodziny.

Muszę jednak zarazem przyznać, że w Polsce jest też mnóstwo osób otwartych, życzliwych, potrafiących przekroczyć te wąskie granicy wynikające z więzi krwi. Tyle że są oni bezsilni wobec zła. A tu mamy do czynienia ze złem prokurowanym przez system.

Przez rząd, państwo?
Mamy tu do czynienia z ciekawym zjawiskiem (poza tym oczywiście, że jest ono także i straszne). Ono bowiem obnaża aż do samego kośćca złoczynność PiS-owskiej władzy. Pomijam tutaj wymiar tylko moralny – bo nie chodzi mi o łatwe i narzucające się potępienie. Sytuacja jest przecież trudna i piekielnie złożona. Mam w końcu świadomość, zresztą nie ja jeden, że mamy do czynienia z wojną hybrydową Łukaszenki, który na Litwę, Łotwę i Polskę zsyła chmary nieszczęsnych i nieświadomych ludzi, którzy chcą się wyrwać do lepszego świata.

Granic naturalnie powinno się strzec, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale widzimy tu też coś szczególnego, coś, co się zgoła złowieszczo ujawnia. Odwołam się więc, aby to precyzyjnie wypowiedzieć, do włoskiego filozofa Giorgia Agambena i jego pojęcia Homo Sacer wyprowadzonego przezeń z dość niejasnej rzymskiej kategorii prawnej. Otóż Homo Sacer jest to święty/przeklęty człowiek, którego można bezkarnie zabić, ale nie da się go złożyć w ofierze, jego śmierć nie ma bowiem charakteru uświęcającego w sensie religijnym. Człowiek, który dysponuje jedynie „nagim życiem”, pozbawionym znaczenia i wartości.

Klasycznym, wzorcowym i jednocześnie najstraszliwszym przykładem Homo Sacer byli więźniowie hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Giorgio Agamben przekonuje jednak, że w każdym systemie, także demokratycznym, pojawia się Homo Sacer.

W dzisiejszych czasach to właśnie wygnańcy czy uchodźcy, ale również kobiety (szczególnie w krajach Islamu), chorzy na HIV, ludzie LGBT, niepełnosprawni czy starzy. Ujawnia się w takich razach zasada „wyłączającego włączenia” lub na odwrót – „włączającego wyłączenia”; czyli ten Homo Sacer z punktu widzenia systemu jest jednocześnie niepotrzebny i niezbędny. Nigdy więc nie zostanie wciągnięty do jego wnętrza, zawsze będzie odrzucony, ale zarazem jego obecność uzasadnia poczynania tego systemu i stanowi rację jego bytu, wspierając chociażby tworzenie tzw. państwa „stanu wyjątkowego”.

Wypisz, wymaluj to, co robi PiS.
To prawda, zwłaszcza że Giorgio Agamben przywołuje w tym kontekście – mówiąc o „państwie stanu wyjątkowego” – kategorię konserwatywnego niemieckiego filozofa i teoretyka prawa, Carla Schmitta, który uchodzi wśród PiS-owskich ideologów za mistrza.

Można powiedzieć, że partii rządzącej uchodźcy „spadli z nieba”. Ona próbowała wykreować już wcześniej rozmaitych Homo Sacer – a to środowiska LGBT, a to ci z uchodźczej fali 2015 roku, którzy mieli roznosić zarazki, a to wreszcie kobiety. Ale żadnej z tych grup nie dało się aż tak dobrze jak dzisiejszych uchodźców z granicy polsko-białoruskiej obsadzić w tej roli.

Bo PiS budując zagrożenie umacnia swój elektorat?
Owszem, ale robi coś jeszcze – radykalnie umacnia nasz podział wewnętrzny. Tych bowiem, którzy nie są z PiS-u, wpycha w tę samą przestrzeń, któą zajmuje Homo Sacer. Skoro jesteś po stronie uchodźców, to zaczynasz być jakby jednym z nich, zaczynasz być takim samym agentem Łukaszenki jak uchodźcy, jesteś naznaczony niemal tym samym piętnem.

W normalnym kraju w obliczu łukaszenkowskiej wojny hybrydowej starano by się skupić wszystkie siły polityczno-społeczne, aby stawić czoła przeciwności – w końcu jest to oczywista inwazja. A tutaj nie. Wszystko zatem ma być wyłącznie z rąk PiS-u i na jego zasadach. Nie wyłącznie z pychy. I nie dlatego tym bardziej, że on tak świetnie tym kryzysem zarządza, lecz dlatego tylko, że chce mieć z tego narzędzie przeciwko wewnętrznej opozycji.

W normalnych warunkach prezydent zwołałby przecież RBN, razem z opozycją starano by się uzgodnić jakieś wspólne stanowisko wobec tak dramatycznej sytuacji. PiS bezczelnie – prowokacyjnie właściwie – tego jednak nie robi. Stan wyjątkowy w pasie podlasko-lubelskim także temu służy. Jest on w istocie pokazem tego, że władza chce być nie tylko absolutnym suwerenem na owym terenie, lecz także i tego, że wszyscy inni, którzy chcą tam chociażby zajrzeć, którzy chcą pomóc, stoją po stronie zła.

Zatem mamy tu mocne narzędzie polityki wewnętrznej, tyle tylko, że skierowane nie tylko ku pokrzepieniu własnego elektoratu, ale także ku stygmatyzacji i wyrzuceniu poza swoisty nawias tych, którzy są przeciwni takiej postawie.

Niestety, niemądrzy politycy opozycji dali się w to ubrać, zjawiając się na granicy z dobrymi intencjami i narażając się na śmieszność.

A PiS jest taką małpą z brzytwą, która – kiedy już wlazła przez komin – nie ciacha nią na oślep, lecz nauczyła się, bo to w końcu wulgarnie proste, że należy nią zawsze kroić na dwa osobne kawałki.

Budujące jest jednak to, że nawet w pro-PiS-owskich regionach, takich jak Podlasie, są ludzie, których los migrantów na granicy obchodzi, którzy organizują się jakoś, aby im pomóc, nakarmić i ogrzać – tak po ludzku.

Jak to na nas wpłynie?
Na pewno ta sytuacja tworzy obraz Polski jako kraju nieprzyjaznego i skrajnie egocentrycznego. Kraju wsobnego, który ma w pogardzie wszystkich innych, choć to rzecz jasna nieprawda, bo nie wszyscy tacy jesteśmy. Niestety, liczy się to, co jaskrawo widać, to, co robi nasza władza, która jest w końcu władzą z naszego wyboru.

PiS wprowadził przy tym podziale kategorie „lewaków”, „libków”, „totalnej opozycji”, „rozwydrzonych kobiet”, którym odbiera się prawo bycia „prawdziwymi Polakami”. Mam wrażenie, że dziś nie potrzebujemy obcych, bo stali się nimi przeciwnicy polityczni.
Tak właśnie jest. Ponieważ taki prosty dualistyczny podział – „my” i „oni” – doskonale umacnia władzę.

Przy słabym zrozumieniu procesów politycznych i społecznych w Polsce, przy tak nikłym zaangażowaniu, nawet w przypadku wyborów, przy istnieniu tzw. partii grilla, czyli tych, którzy mają jakiekolwiek życie społeczne i obowiązki wobec wspólnoty w nosie, o taki podział niezwykle łatwo.

Proszę choćby zobaczyć, co się dzieje przy szczepieniach na Covid. Czytałem niedawno ciekawą relację o góralach, którzy oczywiście się nie szczepią, chyba że jeżdżą na robotę do Austrii. Czyli – jak widać – „dudki” powodują, że można się zaszczepić i niczym to, wbrew bajkom snutym w tych pięknych okolicach, nie grozi. Gdyby więc płacono od zastrzyków, to może byłoby więcej chętnych?

Niektórzy o skrajnie lewicowych poglądach przekonują, że to „lud” i mówienie o nich krytycznie jest pogardą wobec owego domniemanego „ludu” właśnie. Tymczasem w Polsce już dawno nie ma żadnego „ludu” – przykładem jest wieś, gdzie zaledwie 10 proc. jej mieszkańców pracuje na roli (a poważna ich część, jakieś 240 tys., to nowocześni przedsiębiorcy). Lumpenproletariat ani drobnomieszczaństwo to także nie jest lud. Dawno już wreszcie nie ma wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, która przestała istnieć po 89 roku, wraz ze swoją specyficzną kulturą i zaangażowaniem. To, że ktoś się pokazuje w gumiakach albo staje na tle chóru niewiast w zapaskach (jako ścianki foto dla prezydenta czy premiera) to też nie jest dowód na istnienie ludu. To „cepelia”, coś sztucznego i fałszywego.

Nie można być zatem bezkrytycznym wobec tych grup społecznych, które – jakby nie były rozległe – w naszym odczuciu postępują fatalnie, narażając całą resztę na destrukcję demokratycznego porządku czy też zarażenie wirusem.

A tymczasem IV fala zarazy zaczyna galopować. To świadome narażanie innych na drastyczną chorobę i śmierć. I to samo robi rząd, który zapowiadał, że będą poddawane mocnym ograniczeniom regiony o dużym wskaźniku zarażeń, a nic takiego się nie dzieje, ponieważ to są zbożne bastiony PiS-u. Tak wraca ciemnym, bolesnym echem dictum prawicowego Dziennikarza z „Wesela”: „Niech na całym świecie wojna, / Byle polska wieś zaciszna, / Byle polska wieś spokojna”.


Zdjęcie główne: Zbigniew Mikołejko, Fot. Wikimedia Commons/Małgorzata Mikołajczyk, licencja Creative Commons

Reklama