Reklama

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Skoro władza zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj Bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Duda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii – uważa prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Andrzej Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Mamy kampaniĘ wyborczą w czasach zarazy. Co to oznacza?

MAREK MIGALSKI: To rzeczywiście unikalna sytuacja. Jestem w stanie zaryzykować nawet stwierdzenie, że to będzie pierwsza wirtualna kampania XXI wieku. Z taką sytuacją nie mieliśmy nigdy do czynienia, były np. powodzie na części terytorium w 1997 roku czy lokalne zawirowania, ale nie mieliśmy nigdy do czynienia z sytuacją, że kraj przestaje normalnie funkcjonować, a jednocześnie toczy się kampania wyborcza. To także unikalne zdarzenie w skali świata. To oznacza, że

dużo większa część, niż wcześniej myśleliśmy, kampanii wyborczej będzie wirtualna, co jest poważną zmianą tego, co sztaby sobie zaplanowały jeszcze kilka tygodni temu.

Prezydent Duda jest na lepszej pozycji? Nie mówię tylko o 2 mld na media, ale też o możliwości wygłoszenia orędzia.
Ten scenariusz by się sprawdził, gdyby rzeczywiście w ciągu dwóch miesięcy ludzie by widzieli, że wszystko działa sprawnie i nic im nie grozi. Tyle tylko, że wiemy, że tak nie będzie.

Reklama

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Nie trzeba być wirusologiem, aby wiedzieć, że jesteśmy na początku epidemii. To oznacza, że w najbliższych dniach, po tym jak zostaną zamknięte szkoły, uczelnie, kina, muzea i teatry, liczba chorych gwałtownie będzie wzrastać. To znaczy, że w świadomości ludzi utrwali się obraz władzy nieskutecznej. Skoro zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj Bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Duda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii.

Po drugie, to zacznie też być uciążliwie.

Na razie wszyscy będą traktować to jako coś nowego i ciekawego, ale za 2-3 tygodnie miliony rodzin będą musiały dalej kombinować, z kim zostawić dzieci w domach, nie będzie można pójść do kina, na basen, być może sklepy będą zamykane, zacznie się jeszcze większa panika i to zacznie działać przeciw obozowi władzy.

Po trzecie, poprzez przeniesienie kampanii wyborczej do Internetu i mediów społecznościowych przewaga dużych, bogatych graczy, czyli Kidawy-Błońskiej i Dudy, będzie się spłaszczać, bo tylko oni mieli możliwość organizowania dużych eventów “na bogato”. Teraz szanse się wyrównują, a pieniądze inwestowane w Internecie nie od razu przekładają się na głosy. Tam liczy się pomysł, zaskoczenie, viralność, zaangażowanie zwolenników i jeśli mam rację, to jest to duża szansa dla Bosaka, którego zwolennicy są raczej młodsi, aby zmniejszyć dystans do Dudy na prawej stronie.

Zwiększa się również szansa po stronie opozycyjnej na zmniejszenie dystansu między Hołownią i Biedroniem a Kidawą-Błońską. To od pomysłowości sztabów i tego, jak szybko przełożą swoje myślenie z kampanii tradycyjnej na internetową, będzie wiele zależało.

Czy zmiana terminu wyborów to realny scenariusz?
W marcu Andrzej Duda zaliczy zwyżkę w sondażach, ale jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Andrzej Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów. Wybory nigdy jeszcze nie odbywały się w takich warunkach, co oznacza, że są nieprzewidywalne, to z kolei oznacza, że jeden gest, jedna wypowiedź, działanie może poważnie wywrócić dotychczasową dynamikę kampanii wyborczej.

Opozycja poparła specustawę, ale jednocześnie Małgorzata Kidawa-Błońska wprost krytykuje rządzących i oskarża, że ich działania są spóźnione, że nie zabezpieczyli nas przed epidemią póki był na to czas. To dobry pomysł?
Najlepszy z możliwych. Z jednej strony są deklaracje współpracy i to jest oczywiste. Gdyby opozycja nagle stanęła i zapowiedziała, że nie współpracuje z rządem, to byłby to gwóźdź do ich trumny. Z drugiej strony punktuje rząd, ale jeśli jest tak, że wykrytych mamy niecałe 30 przypadków, a w podobnej liczbowo Hiszpanii jest 1700, to oznacza, że zarażeni są jeszcze niewykryci. Jeżeli w krajach zachodnich przebadano dziesiątki tysięcy ludzi, a u nas 2000, to musi oznaczać, że wielu jeszcze nie wykryto, a jeśli tak jest, to znaczy, że te osoby dalej zarażają następne. To z kolei oznacza, że w najbliższych dniach dojdzie do gwałtownego wzrostu zarażonych, co pokaże, że rząd pewne rzeczy zaniedbał.

Rolą opozycji jest oczywiście współpraca z rządem w kryzysowych sytuacjach, ale jednocześnie punktowanie i rozliczanie rządu z tego, na ile działania podjęte przez władzę zmniejszyły lub nie liczbę zachorowań.

Pewne jest, że czeka nas test, jak funkcjonuje nasze państwo. Czy to będzie scenariusz włoski czy niemiecki?
Gdybym miał przed epidemią powiedzieć, które państwo bardziej przypomina Polskę w sposobie i mentalności rządzących, mentalności ludzi, sprawności instytucji, to oczywiście powiedziałbym, że to są raczej Włochy, niż bardzo dobrze zorganizowane i zdyscyplinowane Niemcy. To zły prognostyk.

Konflikt prezydent-prezes TVP z 2 mld w tle to dowód na to, że Jarosław Kaczyński coraz mniej panuje nad walkami buldogów pod dywanem?
Uważam, że wręcz odwrotnie. Duda postawił żądanie, Kaczyński musiał się na to zgodzić, bo zależało mu na tej ustawie – zresztą uważam, że Kaczyński błędnie założył, że telewizja Jacka Kurskiego była narzędziem do wygrania wyborów. Bardzo szybko okazało się, że wiele musiało się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Jacka Kurskiego, dzień po tym, jak przestał być prezesem, zobaczyliśmy uśmiechniętego w roli doradcy zarządu TVP, a pani Paczuska, która była człowiekiem Dudy w zarządzie, została zawieszona.

Tę wojenkę z Kaczyńskim Duda ewidentnie przegrał, a to oznacza, że nie stracił panowania nad swoimi buldogami, tylko musiał na chwilę się wycofać, żeby potem ośmieszyć tych, którzy stanęli mu na drodze.

Dla mnie wnioskiem najważniejszym z tego starcia jest to, że potwierdzają się moje opinie sprzed roku, kiedy twierdziłem, że Jarosław Kaczyński nie chce Dudy na prezydenta, ponieważ uważa go za zbyt samodzielnego. Moim błędem było to, że uważałem, że go nie wystawi. Dzisiaj Kaczyński przyjął koncepcję sprytniejszą – wystawił Dudę, ale robi wiele, aby nie wygrał. Ten konflikt, który się zarysował, jest konfliktem absolutnie realnym, a emocje między politykami są szczerze bardzo złe,

Duda Kaczyńskiego nienawidzi, a Kaczyński Dudą gardzi.

Nawet jeśli Andrzej Duda zostanie wybrany, to relacje między politykami będą bardzo kiepskie, a ponieważ Duda nie będzie mógł być tak szantażowany przez PiS, jak przez ostatnie 5 lat, to możemy oczekiwać, że wojna wybuchnie na nowo. Wtedy teza, że Kaczyński stracił panowanie nad buldogami, będzie prawdziwa, ale dopiero po 10 lub 24 maja. Zresztą jak Duda przegra, to wojna też zostanie wywołana, tylko oczywiście nie przez niego.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu

Reklama