Reklama

Gdyby nie było tych większych wydatków w ostatnich kilku latach, to można by teraz finansować działania antykryzysowe poprzez zmniejszenie nadwyżki budżetowej, a nie poprzez wzrost długu publicznego. Wiele krajów w ostatnich latach miało nadwyżkę, ale nie Polska. Mieliśmy deficyt, szczególnie w obszarze sektora finansowego, pomimo bardzo dobrej koniunktury.Teraz ta  zbyt rozrzutna polityka państwa podyktowana względami politycznymi odbije się na finansach publicznych i wiarygodności Polski – mówi nam prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, główny ekonomista BCC. Pytamy o koszty kryzysu wywołanego koronawirusem, globalne spowolnienie ekonomiczne i możliwe scenariusze, niestety nie najlepsze. – Nie bez powodu mamy silne osłabienie złotego względem innych walut albo ucieczkę kapitału zagranicznego. Jeżeli dojdą do tego nowe informacje dotyczące finansów publicznych, to będziemy mieć potwierdzenie dla inwestorów krajowych i zagranicznych, że temu rządowi nie można ufać – mówi nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Ile będzie nas kosztował koronawirus?

STANISŁAW GOMUŁKA: W tej chwili nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi. Wygląda na to, że będzie silniejsze spowolnienie wzrostu gospodarczego i większe wydatki budżetowe. W związku z tym bardzo poważny wzrost deficytu sektora finansów publicznych.

Prawie na pewno wejdziemy w obszar nadmiernego deficytu, czyli powyżej 3 proc. – moim zdaniem to będzie pomiędzy 4 a 6 proc. PKB dla całego sektora finansów publicznych.

Co to oznacza dla przeciętnego Kowalskiego?
Na razie niewiele. Rząd będzie proponował przesunięcie pewnych podatków czy składek, będą zatem pewne elementy, które będą pomocne dla przeciętnego Kowalskiego; co prawda pomocne na kilka miesięcy. W końcu składki trzeba będzie zapłacić, tylko że później, nie wiemy jeszcze, kiedy to później będzie – czy to będzie połowa roku, czy najbliższy rok, dwa.

Reklama

Zamknięte zostały galerie handlowe, nie działają kina, teatry, muzea, restauracje. Jak duży to będzie problem dla gospodarki?
To będzie duży problem dla właścicieli i przedsiębiorców. Będą mieć mniejsze dochody, mniejsze zyski, być może będzie to musiało oznaczać zmniejszenie wydatków inwestycyjnych.

Wzrośnie bezrobocie?
Sądzę, że ze zwolnieniami przedsiębiorcy będą ostrożni.

W przypadku bankructw oczywiście będzie dochodziło do zwolnień, także w przypadku silnego spadku usług czy produkcji, jeśli przedsiębiorstwa ocenią, że ten stan może trwać latami, a nie miesiącami.

A może trwać latami?
W przypadku niektórych przedsiębiorstw tak może być – np. w turystyce. Na szczęście to dotyczy bardziej innych krajów jak Francja, Włochy czy Grecja, Floryda w Stanach Zjednoczonych. Tam może dojść do bardzo poważnych konsekwencji finansowych dla tego rodzaju przedsiębiorstw i to może oznaczać zmniejszenie zatrudnienia. W Polsce nie przewiduję dużego spadku zatrudnienia.

Niektórzy analitycy mówią, że zaczynamy właśnie największy kryzys ostatnich czasów, większy niż ten w 2008 roku. To czarnowidztwo czy uzasadniona obawa?
W 2008 roku doszło do kryzysu w sektorze finansowym, w tej chwili mówimy o tzw. sektorze realnym, ze skutkami dla sektora finansowego, finansów zarówno rządowych, jak i prywatnych. To jest inny mechanizm. Wtedy również mieliśmy do czynienia z recesją na sporą skalę, spadki dochodu narodowego były między 3-5 proc. Na razie nie przewidujemy tak znacznej recesji w skali światowej, w skali Stanów Zjednoczonych, ani w skali Europy, a mówimy raczej o dalszym spowolnieniu czy umiarkowanej recesji. Tym niemniej to początek procesu i obawiam się, że gdyby zachorowania były w skali masowej i dotyczyły dziesiątek procent ludności, do tego z wysoką śmiertelnością, to nie można całkiem wykluczyć wejścia w obszar poważnej recesji w skali światowej. Jednak na ten moment

przewiduję raczej poważne spowolnienie gospodarcze i pogorszenie stanu finansów publicznych, tu i ówdzie bankructw przedsiębiorstw z mniejszymi zasobami finansowymi.

Czy możemy patrzyć na doświadczenia chińskie? Tam powoli sytuacja wraca do normy.
Doświadczenie chińskie wskazuje na to, że pogorszenie raczej trwa kilka miesięcy, niż kilka kwartałów czy lat. Chiny już twierdzą, że doszły do punktu maksymalnych strat i liczba wyzdrowień przewyższa ilość nowych zachorowań. My jesteśmy dopiero na początku tego procesu w Polsce, zatem przez najbliższe 3 miesiące oczekiwałbym wzrostu problemu, ale jeżeli układ chiński potwierdzi się w Polsce, od jesieni zaczniemy wracać do stanu normalnego.

Obawiam się jednak, że do tego czasu przy dużym wzroście chorych może pojawić się zjawisko kompletnego załamania zaufania, które w tej chwili już ma wpływ w odniesieniu na wyceny przedsiębiorstw.

Giełdy zaliczają kolejne negatywne rekordy. GPW największy od 2003 roku. Jest aż tak źle?
Te spadki akcji przedsiębiorstw na bardzo dużą skalę są rzeczywiście porównywalne do tego, co się działo w czasach kryzysu finansowego w latach 2008-09, a może nawet są większe. W obszarze rynków finansowych mogą powodować rzeczywiście duże zmiany, ale wycena akcji przedsiębiorstw odgrywa stosunkowo niewielką rolę, jeżeli chodzi o sektor realny. Ludzie, którzy mają wiele akcji, miliarderzy bardzo dużo stracą, ale o ich samopoczucie specjalnie bym się nie martwił.

Jak ocenia pan pomysły rządu w strefie gospodarki i finansów?
Dopiero we wtorek minister Emilewicz ma ogłosić konkretny program antykryzysowy. Dziś w kierownictwie BCC rozmawialiśmy o tym i oczywiście będziemy komentować konkretne rozwiązania, które zostaną przedstawione. Oczywiście zachęcamy rząd do działań, BCC zgłosiło też swoje propozycje rządowi, prezes BCC był na spotkaniu z senatorami parę dni temu. Jest też kwestia nowelizacji antykryzysowej przyjętej przez Sejm, obarczonej problemami – w szczególności dużymi kosztami dla przedsiębiorstw.

Musimy szukać konsensusu między posłami, senatorami, rządem a przedsiębiorcami w tej kwestii.

Czy rząd ma pieniądze na ten kryzys? Z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych w dwa lata wydał 4,6 mld.
Tych pieniędzy w tej chwili nie ma, dlatego rząd będzie musiał pożyczać na rynku, czyli sprzedawać swoje obligacje i zwiększyć dług publiczny. To będzie podstawowa forma finansowania pakietu antykryzysowego i konsekwencji dla budżetu obecnego kryzysu.

Czy gdyby rząd prowadził bardziej racjonalną politykę, to teraz miałby pieniądze, aby przeprowadzić nas przez kryzys?
Rząd popełnił błąd w ocenie tzw. dodatkowych wpływów z racji VAT. Myślał, że te wpływy będą nadal rosły, bo luka VAT-owska jest w dalszym ciągu oceniana jako wysoka, i liczył, że będzie możliwość zwiększenia wydatków bez wzrostu długu publicznego.

Tymczasem już wpływy z VAT-u z ostatnich 2-3 kwartałów wskazują, że ta ocena rządu była błędna, a te korzyści dla budżetu z racji okradania państwa nie są w skali 200-300 mld zł, jak utrzymywali przedstawiciele rządu, a może 20-30 mld zł.

VAT mocno zależy nie tylko do poziomu PKB, ale także od tempa wzrostu – to tzw. efekt procykliczny. Wpływy z VAT-u rosną znacznie szybciej, niż PKB, kiedy mamy dobrą koniunkturę i tempo wzrostu wpływu z VAT-u maleje bardziej w okresie dekoniunktury. Teraz w taki okres właśnie wchodzimy, więc rząd czeka niespodzianka, jeśli chodzi o VAT i wpływy podatkowe. W przyszłości strona rządowa czy PiS, a teraz także prezydent proponują działania, które są oparte o tę błędną ocenę możliwości sfinansowania. Teraz na to wszystko nałożył się kryzys światowy, który dotyka Polskę, co będzie skutkowało kłopotami dla finansów publicznych. Oczywiście gdyby nie było tych większych wydatków w ostatnich kilku latach, to można by finansować działania nie poprzez wzrost długu publicznego, tylko poprzez zmniejszenie nadwyżki budżetowej. Wiele krajów w ostatnich latach miało nadwyżkę, ale nie Polska. Mieliśmy deficyt, szczególnie w obszarze sektora finansowego, pomimo bardzo dobrej koniunktury.

Te wydatki były na poziomie 2-3 proc., czyli jakieś 40-60 mld wyższe, niż być powinny. To była ta rezerwa, którą można by było teraz uruchomić.

Teraz można już tylko zwiększyć wydatki przez wzrost zadłużenia, a możliwości są tu ograniczone. Racja, że ta zbyt rozrzutna polityka państwa podyktowana względami politycznymi teraz odbije się na finansach publicznych i wiarygodności Polski. Nie bez powodu mamy silne osłabienie złotego względem innych walut albo ucieczkę kapitału zagranicznego, także z Giełdy warszawskiej. Jeżeli dojdą do tego nowe informacje dotyczące finansów publicznych, to będziemy mieć potwierdzenie dla inwestorów krajowych i zagranicznych, że temu rządowi nie można ufać.


Zdjęcie główne: Stanisław Gomułka, Fot. ARWC

Reklama