Reklama

Ta władza jest autorytarna i światopoglądowo-ideologicznie wyraźnie ukierunkowana. W tej sytuacji przejęcie kontroli nad edukacją, zarówno wyższą, jak i niższych szczebli, jest kluczowe. Zresztą częściowo już do tego doszło poprzez przejęcie i objęcie całego systemu edukacji i nauczania kontrolą jednego resortu, na dodatek kierowanego przez fanatyka nacjonalistyczno-katolickiego. To wszystko może zwiastować operacją przejęcia uczelni wyższych jako kolejną, po opanowaniu mediów, wcześniej sądownictwa – mówi nam prof. Janusz A. Majcherek, kierownik Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Do UP wchodzi właśnie „dobra zmiana”, ponad stu pracowników uczelni ma zostać zwolnionych, w tym nasz rozmówca. Oficjalnym powodem ma być restrukturyzacja związana z fatalną kondycją finansową uczelni. Pracownicy UP, którym z „dobra zmianą” nie po drodze, uważają, że powody są inne.

JUSTYNA KOĆ: Czy tzw. dobra zmiana przejmuje Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie?

JANUSZ A. MAJCHEREK: Przyznam, że to jest jedna z interpretacji poczynań nowej ekipy rektorskiej, bo w tle stoi postać i figura szefa uczelnianej „Solidarności”, który jest eksponentem „dobrej zmiany” na uczelni i reprezentuje opcję PiS-owską. Tajemnicą poliszynela jest, że to on dyktuje niektóre z posunięć nowej ekipy. Jest zatem podejrzenie, że

na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie wypróbowywane są pewne metody przejmowania uczelni, które w przypadku powodzenia będą przeniesione na inne uczelnie wyższe.

Nie da się ukryć, że w tle poczynań nowej ekipy rektorskiej jest polityczny kontekst.

Reklama

Po ostatnim kryzysie w Zjednoczonej Prawicy mówiono, że ta władza jest już bezzębna, że będzie gnić, ale nie jest w stanie już zrobić krzywdy, zepsuć czy przejąć. Tymczasem wygląda na to, że władza jedzie walcem dalej.
Wydarzenia na Węgrzech pokazują, że tak to właśnie wygląda. Tam przejęcie uczelni wyższych dokonało się poprzez podporządkowanie ich fundacji kontrolowanej przez działaczy partii rządzącej – Fideszu. W ten sposób zasadnicza część szkolnictwa wyższego została podporządkowana parit rządzącej, bo nawet nie ekipie rządzącej, tylko partii. Jeżeli trzymać się niegdysiejszego stwierdzenia Jarosława Kaczyńskiego, który wzywał do tego, aby w Warszawie zapanował Budapeszt, wskazywałoby kierunek, jaki nasza PiS-owska władza naśladująca Fidesz przyjęła.

To fundamentalna kwestia z punktu widzenia każdej władzy autorytarnej, a zwłaszcza takiej mającej ideologiczno-światopoglądowy fundament czy zaplecze. Ta władza jest autorytarna i światopoglądowo-ideologicznie wyraźnie ukierunkowana. W tej sytuacji przejęcie kontroli nad edukacją, zarówno wyższą, jak i niższych szczebli, jest kluczowe. Zresztą częściowo już do tego doszło poprzez przejęcie i objęcie całego systemu edukacji i nauczania kontrolą jednego resortu, na dodatek kierowanego przez fanatyka nacjonalistyczno-katolickiego. To wszystko może zwiastować operacją przejęcia uczelni wyższych jako kolejną po opanowaniu mediów, wcześniej sądownictwa.

Co z autonomią uniwersytetów?
Jeżeli ta autonomia wyraża się poprzez wybór rektorów, to można powiedzieć, że jest ona zachowana, a nawet z pewnego punktu widzenia szydzić z pracowników UP, że mamy takiego rektora, jakiego sobie wybraliśmy. Natomiast

wiadomo, że w systemie autorytarnym wybory mogą być zachowane.

Ma zostać zwolnionych ponad 100 pracowników, w tym pan. Jest pan szefem Instytutu filozofii i Socjologii, często zabiera pan głos krytykując „dobrą zmianę”. Przypadek?
To prawda, że jestem na liście osób do zwolnienia, a podstawa zwolnień jest wysoce wątpliwa. Wszystkie działania podejmowane obecnie przez nowe władze UP są legitymizowane opowieściami o koszmarnej sytuacji finansowej uczelni, która wymaga drastycznych działań. Otóż ta postawa jest również wątpliwa, bo nie ma w zasadzie żadnego oficjalnego dokumentu, który by to potwierdzał. Natomiast sama zasada niejakiej naprawy UP jest oparta na manipulacjach, żeby nie powiedzieć oszustwach.

Wiceminister edukacji i nauki w odpowiedzi na interpelację posła Marka Sowy stwierdził wyraźnie, że ministrostwo nie ma z tymi działaniami nic wspólnego, podczas gdy ekipa rządząca UP cały czas przekonywała, że realizuje program uzgodniony i koordynowany przez ministerstwo.

Wygląda to zatem na samowolę kłamliwie stawianą jako wykonywanie jakiegoś programu uzgodnionego z resortem. Nie ma takiego programu i takich uzgodnień, a zarówno rada uczelni, jak i ministerstwo zabrania używania nazwy „program naprawczy”.

Kogo kształci Uniwersytet, bo mam wrażenie, że to nie przypadek, że to nie są matematycy i fizycy?
Uniwersytet na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat coraz bardziej odchodził od profilu szkoły nauczycieli, co związane było z tym, że kilka ładnych lat temu pojawił się regres demograficzny, spadała liczba uczniów w szkołach, same szkoły były zamykane, a nauczyli zwalniano z pracy. Uznano wówczas, że trzeba uruchamiać inne kierunki studiów, które nie mają nic wspólnego z edukacją, przekształcając uczelnię w dość typowy Uniwersytet kształcący na różnych kierunkach. To spowodowało, że uczelnia się rozrosła, zresztą co potwierdza zmiana od Wyższej Szkoły Pedagogicznej do statusu Uniwersytetu, co wymagało rozwoju kadry, realizacji prac badawczych i podnoszenia poziomu zarówno badań naukowych prowadzonych w uczelni, jak i procesu kształcenia.

Rektor zrzuca winę na tych, którzy zabierają głos i mówią o tym, co się dzieje. To podobna sytuacja jak oskarżanie przez PiS-owską władzę opozycyjnych eurodeputowanych, że plują na ojczyznę na forum europejskim czy że wynoszą poza domowe progi kontrowersje powstające w państwie, które coraz bardziej stacza się w autorytaryzm.

Teraz to samo dzieje się na UP. Osoby informujące o tym, co dzieje w UP, są oskarżane przez władze uczelni, że szkalują Uniwersytet, podczas kiedy informacje dotyczące tego, co się dzieje w uczelni, wynikają z tego, jakie są poczynania władzy, a są one skandaliczne.

Nastąpiło zatem charakterystyczne dla autorytarnej władzy odwrócenie przyczyn od skutków, bo to nie autorytarne i bezceremonialne poczynania władz uniwersytetu zostały uznane za przyczynę tych działań, lecz informowanie o nich przez pracowników uczelni, którzy rozmawiają z mediami.

Czy to, co się teraz dzieje w uczelni, także atmosfera, miała kiedyś miejsce?
Obawiam się, że musimy się cofnąć przed 1989 rok. Ja przepracowałem kilka lat w ówczesnej Wyższej Szkole Pedagogicznej jeszcze w czasach PRL i pamiętam te czasy jako szeregowy członek ówczesnej podziemnej uczelnianej „Solidarności”. Rzeczywiście w tamtych czasach istniały zasadnicze podziały, które wynikały stąd, że władza komunistyczna traktowała szkolnictwo wyższe jako element frontu ideologicznego.

Pamiętam takie spotkanie pracowników ówczesnego Instytutu Spraw Społecznych, na którym jeden z docentów rozpoczął swoją wypowiedź od słów: my jako pracownicy frontu ideologicznego… Wówczas mnie to zmroziło, ale zdawałem sobie sprawę z tego, w jakich żyję realiach. Potem po 1989 roku to się zatarło, zniwelowało. Natomiast niewątpliwie te podziały polityczno-światopoglądowe, które ujawniły się wyraźnie w ostatnich latach, odbiły się w profilu uczelni i zespole pracowników.

Szczególnie dało się to zauważyć po katastrofie smoleńskiej. „Solidarność” uczelniana stała się ekspozyturą najbardziej radykalnych nacjonalistyczno-klerykalnych sił politycznych.

Część pracowników również zaczęła ujawniać tego rodzaju skłonności i preferencje światopoglądowe i pojawiła się antagonizacja, podział pracowników. Jednak on przez długi czas był nieobecny na co dzień, unikano wchodzenia w konfrontacyjne zwarcia, ja w swoim instytucie, mimo że moje poglądy umiarkowanie liberalne są raczej znane, zawsze starałem się o powściągliwość w tych kwestiach i do dziś nie wiem, jakie są przekonana pracowników.

Newralgiczną rolę odegrała agresywna postawa szefa uczelnianej „Solidarności”, który z zapiekłą zajadłością zwalczał poprzednie władze, a po drugie prowadził zmasowaną kampanię propagandową. To wywoływało napięcia, które odzwierciedliły się m.in. w wyborze nowego rektora, który stał się w pewnym sensie zakładnikiem szefa „Solidarności”, który z kolei jest zaciekłym zwolennikiem „dobrej zmiany”. To wszystko musi powodować konflikty.


Zdjęcie główne: Janusz A. Majcherek, Fot. Adam Walanus

Reklama