Reklama

Po takim wieczorze z polską piłką na arenie europejskiej (a właściwie w jej przedsionku) naprawdę trudno się pozbierać. Odechciewa się wszystkiego. “Po co? Po co? Po co?” – pytała Kayah w jednej ze swoich piosenek – przenikliwie, już kilka miesięcy temu, chyba mając na myśli starania polskich klubów o Ligę Europy/Ligę Mistrzów. Spieszę z odpowiedzią – po nic.

Po takich wieczorach jak czwartkowy, można się tylko podrapać po głowie i zadać właśnie takie pytanie. Po co gra Ekstraklasa, po co w tejże Ekstraklasie są miejsca premiowane możliwością gry o europejskie puchary, po co się tym wszystkim emocjonujemy? Czasami wydaje mi się, że byłoby nam wszystkim lżej, gdybyśmy nie musieli doświadczać popisów naszych drużyn w eliminacjach do europejskich pucharów.

I byłoby… ups

Pierwszą część polskiego klubowego dramatu rozpoczęła Legia. Kiedy wszyscy myślą, że gorzej grać się nie da, piłkarze Aleksandara Vukovicia udowadniają, że są w nich wciąż niewykorzystane pokłady piłkarskiej nieudolności. Trener Legii na pewno oburzył by się na te słowa, wszak jego ekipa awansowała po bezbramkowym remisie na trudnej, sztucznej murawie z fińskim KuPS Kuopio, a przecież “rywale pokazali w pierwszym meczu, że potrafią grać w piłkę” – jak po meczu mówił szkoleniowiec. Problem w tym, że z meczu na mecz to warszawianie pokazują, że w piłkę grają coraz gorzej, nie mają żadnego pomysłu na grę, zawodzą i jako zespół i jako jednostki (na szczególne wyróżnienia zasługują raz jeszcze Dominik Nagy i Arvydas Novikovas).

Z samym Vukoviciem też dzieje się coś dziwnego, który z faceta szczerego (czasami do bólu) i trzeźwo oceniającego rzeczywistość, staje się kolejnym trenerem opowiadającym bajki – o tym, że z meczu na mecz będzie lepiej, że forma rośnie, że potrzeba czasu i że styl się nie liczy. Problem w tym, że nikt tego nie kupuje, a jak podaje wiarygodny i dobrze zorientowany w polskim futbolu twitterowicz Janekx89 – przestaje kupować to również Dariusz Mioduski. Przed Legią III runda i dwumecz z greckim Atromitosem, który nie może być drużyną tak przeciętną jak Finowie i trudniej będzie się warszawianom znowu prześlizgnąć. Więc jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego (czytaj – Legia nie zacznie prezentować się co najmniej przyzwoicie) – to sezon, który jeszcze na dobre się nie rozpoczął, za chwilę będzie można uznać za nieudany. Naprawdę, trudno szukać w tej chwili jakichkolwiek pozytywów, które mógłby płynąć z postawy drużyny z Łazienkowskiej.

Reklama

Sztuka Piasta

Z pucharami – w swoim, tegorocznym stylu pożegnał się definitywnie Piast odpadając z łotewską Rigą FK. – Tak to w piłce bywa. Musimy przełknąć tę porażkę, choć będzie to trudne – mówił po pucharowej kompromitacji trener mistrzów Polski, Waldemar Fornalik. Trudne wydawało się odpadnięcie z zespołem zatrudniającym piłkarzy, którzy odbili się od Ekstraklasy, a w najlepszym razie mieli w niej “momenty” – Kamil Biliński, Deniss Rakels, Aleksejs Visnakovs. Trudne wydawało się też strzelenie samemu sobie dwóch goli w pierwszym meczu, które spowodowało, że rewanż nie był tylko formalnością. Nie można całej winy zwalać na wcześniejsze odpadnięcie z eliminacji Ligi Mistrzów i to mityczne “ujście powietrza” z drużyny. Niestety, Piast dał się pokonać w dwumeczu mistrzom Łotwy. Jeden raz można się potknąć. W dwumeczu nie odpada się przypadkiem. I chyba to jest w tym najsmutniejsze.

Dramaturgia bez dramatu

Trudno mówić o pozytywach, kiedy odpada się z rozgrywek po porażce 1:4. Jednak w tej pucharowej mizerii, którą karmią nas polskie zespoły, to właśnie gdańska Lechia, choć na moment pozwoliła się kibicom uśmiechnąć. Była dramaturgia, ale nie było dramatu w grze. Zawodnicy Piotra Stokowca prezentowali się o niebo lepiej niż Piast i Legia razem wzięte. Lechiści nie grali aż tak dobrego meczu, jak w Gdańsku, mieli momentami mnóstwo szczęścia, jednak było w ich grze coś europejskiego, w przeciwieństwie do Piasta i Legii. Nie skompromitowali się (aż trudno wierzyć, że wymieniam to w plusach, ale taki mamy stan naszego futbolu), grali szybko, kombinacyjnie, trochę chaotycznie, ale po prostu – nie pękli. To tak niewiele, a jednak. Od Lechii piłka się nie odbijała, to Lechia grała w piłkę, tym bardziej szkoda, że w dogrywce lepsi okazali się Duńczycy. Tym sposobem gdańszczanie mogą, podobnie jak Piast, skupić się na lidze i walce o… puchary.

Na placu boju została więc już tylko Legia, przed którą dwumecz z czwartą drużyną ligi greckiej poprzedniego sezonu. Jeszcze niedawno kibice z Łazienkowskiej na wieść o meczu z Grekami wzruszyliby ramionami z obojętnością, na zasadzie: No dobra, dawać ich, następna runda pewna. Dziś, ci sami ludzi mogą tylko opuścić głowy i głęboko westchnąć, bo ich drużna doszła do momentu, w którym nie drży się przed Ajaksem czy Borussią, ale przed kelnerami z Gibraltaru, czy niedoszłymi skoczkami z Kuopio. I jeszcze po każdym meczu znajduje się garść tłumaczeń. Co usłyszymy i przede wszystkim – co zobaczymy w spotkaniach z Grekami? Strach się bać.


Zdjęcie główne: Fot. Dominik Kwaśnik, archiwum prywatne

Reklama