Reklama

Kaczyński, z bezgranicznym cynizmem, liczy dzisiaj na to, że nie musi dokonywać żadnej korekty swojej polityki, bo NATO i Unia zaakceptują wszelkie jego działania na rzecz dokończenia budowy autorytarnego państwa nad Wisłą, gdyż zmusi ich do tego logika nowej zimnej wojny. Polska stanie się państwem frontowym tej wojny, wobec którego kryterium przestrzegania podstawowych standardów demokracji i państwa prawa stanie się mniej istotne, niż oczekiwania militarne – pisze Cezary Michalski

Czy PiS w obliczu wojny Putina z Zachodem może się wycofać z najgroźniejszego dla Polski geopolitycznego błędu Jarosława Kaczyńskiego, jakim był jego antyzachodni zwrot, który całkowicie zmienił polską prawicę?

Kaczyński i jego ludzie (Duda, Morawiecki, pomniejsi polityczni wykonawcy, intelektualne i medialne zaplecze – od Legutki, Krasnodębskiego, Zybertowicza po Lisickiego, braci Karnowskich, Semkę…) podjęli (już kilkanaście lat temu, choć po 2015 roku ten zwrot się zaostrzył) decyzję o całkowitej zmianie geopolitycznej wizji polskiej prawicy. Polska prawica była wcześniej (przy wszystkich wyjątkach i zastrzeżeniach) prozachodnia i antyrosyjska. Tymczasem w wyniku zwrotu Kaczyńskiego Zachód stał się jej głównym ideologicznym przeciwnikiem.

Kaczyński i jego ludzie przez całe lata negatywnie warunkowali prawicowe elity i prawicowych wyborców przeciwko Unii Europejskiej, przeciwko Niemcom, nawet przeciwko USA (o ile nie rządził tam Trump).

Ten antyzachodni zwrot Kaczyńskiego był podyktowany – jak zwykle u niego – przyczynami z poziomu polityki wewnętrznej. Jego krajowi przeciwnicy i konkurenci (od Kwaśniewskiego i Millera po Tuska i Sikorskiego) potrafili budować stosunki z USA i UE, byli przez zachodnich partnerów postrzegani jako bardziej przewidywalni partnerzy. Skoro jednak USA i Unia legitymizowały politycznych przeciwników i konkurentów Kaczyńskiego, on musiał uderzyć w źródła tej legitymizacji. Przejął więc i zradykalizował wszystkie istniejące w Polsce antyzachodnie fobie, w które wcześniej nie wierzył i z których potrafił nawet publicznie szydzić.

Reklama

Po roku 2015 ten antyzachodni zwrot Kaczyńskiego tylko się zaostrzył.

Zaczął on bowiem traktować Unię Europejską jako główną przeszkodę na drodze budowania przez siebie lokalnej wersji autorytaryzmu. W czasie ostatnich sześciu lat PiS nie tylko totalnie zradykalizował antyzachodnią propagandę na użytek krajowy, ale jego strategicznymi partnerami międzynarodowymi stali się: Donald Trump (wróg Unii, likwidator współpracy atlantyckiej pomiędzy USA i Europą, a w wymiarze globalnym, jako populistyczny piewca nowego izolacjonizmu Ameryki, polityk oddający Rosji kluczowe pozycje – począwszy od Syrii), Borys Johnson i cała ekipa angielskich brexiterów, Wiktor Orbán, Marine Le Pen.

Czy PiS powinno się z tego błędu wycofać?

Tak. Agresja Putina na Ukrainę, odpowiedź Zachodu (wolno startująca, ale ostatecznie solidarna i potencjalnie skuteczna odpowiedź Unii i NATO, na tyle kłopotliwa dla Putina, że stara się ją zatrzymać atomowym szantażem) – pokazują, gdzie są prawdziwi sojusznicy Polski, a jakie zagrożenie wynika z narastającego konfliktu PiS z Brukselą, Waszyngtonem, Berlinem, Tel Awiwem, Paryżem… prowadzącego do geopolitycznego osamotnienia Polski.

Czy mogliby się wycofać i na czym to wycofanie mogłoby wyglądać?

Tak, mogliby. Nie trzeba żadnych głośnych przeprosin czy przyznania się do błędu, na co zresztą żadna siła polityczna by nie poszła. Wystarczy alibi konfliktu na Wschodzie, alibi nowej sytuacji i mobilizacji antyrosyjskich nastrojów w Polsce, aby osłonić dokonanie przez PiS autentycznego prozachodniego zwrotu polegającego na natychmiastowym wygaszeniu konfliktu z UE – przywróceniu usuniętych sędziów, faktycznej likwidacji Izby Dyscyplinarnej, choćby częściowej zmianie charakteru Krajowej Rady Sądownictwa. Tym bardziej, że

jak najszybsze odblokowanie pieniędzy z Funduszu Odbudowy i usunięcie zagrożenia utraty pieniędzy z podstawowego budżetu UE jest w obecnej sytuacji dla Polski kwestią życia i śmierci.

Do tego nawiązanie realnych kontaktów z opozycją – przynajmniej w wymiarze wspólnego reagowania na kryzys na Wschodzie.

Czy się wycofają?

Na razie nic na to nie wskazuje. Jedynym gestem w tym kierunku w czasie pierwszego tygodnia wojny na Ukrainie było zawetowanie przez Andrzeja Dudę „Lex Czarnek”, które w zamierzeniu Kaczyńskiego miało wykopać jeszcze głębsze rowy pomiędzy tą częścią Polaków, którą on kontroluje, i tą, która wciąż mu się przeciwstawia.

Trudno powiedzieć, czy jest to symfonia rozpisana na głosy, czy wynik realnej, sensownej refleksji prezydenta. Jednak od momentu rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainie Duda jest jedynym ważnym politykiem obozu władzy, który wykonuje gesty – także w kierunku opozycji – mające nieco przynajmniej złagodzić osłabiający Polskę konflikt wewnętrzny.

Poza tym trudno zauważyć jakąkolwiek korektę wewnętrznej i zewnętrznej polityki PiS. Nie widać nawet korekty PiS-owskiej propagandy, szczególnie tej adresowanej na rynek wewnętrzny.

Od chwili ataku Putina na Ukrainę cała propaganda PiS (czasem bez zrozumienia reprodukowana przez „symetrystów”) powtarza, że tej agresji są winni lub co najmniej za nią współodpowiadają Niemcy, Francja, Zachód, Unia Europejska. Według PiS-owskiej wersji rzeczywistości także już po rozpoczęciu rosyjskiej agresji Berlin, Paryż, Bruksela… „okazały miękkość”, a wszelkie bardziej zdecydowane działania Zachodu zawdzięczamy PiS-owi i jego sojusznikom.

Prawda jest jednak taka, że w obliczu rosyjskiej agresji zarówno NATO, jak też Unia Europejska okazały wyjątkową (szczególnie w porównaniu z wcześniejszymi tego typu wyzwaniami) solidarność i zdecydowanie. Niemcy bardzo szybko zablokowały ważny dla siebie projekt Nord Stream 2. Wkrótce potem Francja i Niemcy (po krótkim, choć faktycznie zawstydzającym wahaniu Berlina) podjęły decyzję o wysłaniu na Ukrainę broni defensywnej. Niemcy zdecydowały się później na drugą dostawę broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej dla Ukrainy.

Jednocześnie cała niemiecka klasa polityczna dokonała zwrotu w polityce obronnej, decydując się zarówno na większe zaangażowanie w działania NATO, jak też na większe wydatki obronne. Także zgoda Niemiec i Francji przesądziła o realizacji postulatu odcięcia najważniejszych rosyjskich instytucji finansowych od systemu SWIFT.

Jak zachowywali się w tym samym czasie strategiczni partnerzy Kaczyńskiego i Morawieckiego?

Trump brutalnie zaatakował Bidena, kiedy ten, w odpowiedzi na koncentrację rosyjskich wojsk wokół Ukrainy, wysłał do Polski dodatkowych amerykańskich żołnierzy. Zarzucił mu zdradę amerykańskich interesów, twierdząc, że „amerykańskich żołnierzy trzeba wysłać na granicę z Meksykiem”, żeby bronili Ameryki przed imigrantami. Później Donald Trump nazwał Władimira Putina „geniuszem”, a kiedy prezydent Rosji rozpoczął już mordowanie Ukraińców, Trump stwierdził publicznie, że „Putin jest mądry, a przywódcy Zachodu są głupi”.

Marine Le Pen, z którą Kaczyński chce wspólnie blokować i osłabiać Unię Europejską, powtarza, że Ukraina jest rosyjską strefą wpływów. Minister spraw zagranicznych Węgier poinformował, że ten kraj – jako jedyny członek UE i NATO – nie pozwoli transportować przez swoje terytorium sprzętu wojskowego dla Ukrainy (także tego z Niemiec i Francji). Wyjątkowo kwaśną wisienką na tym smętnym torcie okazał się czwartkowy wywiad Viktora Orbána dla węgierskiego tygodnika „Mandiner”. Najbliższy strategiczny sojusznik Kaczyńskiego i Morawieckiego mówi tam o Ukrainie językiem rosyjskiej propagandy.

O samym Putinie Orbán wyraża się bardzo ciepło, mówiąc m.in., że „w przypadku wszystkich naszych wspólnych ustaleń prezydent Rosji zawsze dotrzymywał słowa”. Orbán broni też wspólnych gospodarczych i energetycznych projektów realizowanych przez Rosję i Węgry, powtarzając, że „Rosja po wojnie będzie dalej istnieć, nie ma zatem żadnych argumentów, które przemawiałyby za zrywaniem dzisiaj rosyjsko-węgierskiej współpracy”.

Rosyjski najazd na Ukrainę premier Węgier tłumaczy tak samo, jak czyni to propaganda kremlowska – mianowicie uzasadnionym poczuciem zagrożenie Rosji ze strony Zachodu.

Orbán mówi: „NATO systematycznie rozszerza się na wschód, a Rosjanom coraz mniej się to podoba (…) postanowili więc stworzyć nową mapę bezpieczeństwa naszego kontynentu (…) zakłada ona, że Rosja musi być otoczona strefą neutralną, aby czuć się bezpiecznie”. Orbán zdaje się zapominać, że jednym z beneficjentów tego „rozszerzania się NATO na wschód” były właśnie Węgry, które miały nadzieję, że członkostwo w Sojuszu raz na zawsze wydobędzie je z rosyjskiej strefy wpływów.

W wywiadzie dostaje się także Polsce. Orbán mówi: „Polacy chcą przesunąć granicę Zachodu aż do granic Rosji, dlatego tak gorąco popierają członkostwo Ukrainy w NATO”. On sam uważa „polską koncepcję” za błędną. Wolałby, aby Węgry od Rosji oddzielała „zdemilitaryzowana” i „neutralna” Ukraina, pełniąca rolę współzarządzanej przez Rosję strefy buforowej.

Kiedy rozpoczynał się rosyjski atak na Ukrainę, partia Razem, w smutnym, ale poczciwym liście do Die Linke i całej zachodniej skrajnej lewicy, zażądała „uznania przez zachodnią lewicę perspektywy wschodnioeuropejskiej”. I skrytykowała egoizm zachodnich lewaków, którzy do tego stopnia nienawidzą Ameryki i NATO, że gotowi są wybaczyć Putinowi popełniane przez niego na Ukrainie zbrodnie. Tymczasem nie tylko Kaczyński czy Morawiecki, ale także bracia Karnowscy czy Piotr Semka nie zapytali publicznie Orbána, Trumpa, Marine Le Pen… dlaczego wybrali Putina albo grę z Putinem, kiedy ten morduje Ukraińców.

Nie jest zaskoczeniem to, że nawet polska skrajna lewica jest uczciwsza od rządzącej dzisiaj Polską prawicy, bo od rządzącej dzisiaj Polską prawicy uczciwsi są w zasadzie wszyscy.

Sam Jarosław Kaczyński, z bezgranicznym cynizmem, liczy dzisiaj na to, że nie musi dokonywać żadnej korekty swojej polityki, bo NATO i Unia zaakceptują wszelkie jego działania na rzecz dokończenia budowy autorytarnego państwa nad Wisłą, gdyż zmusi ich do tego logika nowej zimnej wojny. Polska stanie się państwem frontowym tej wojny, wobec którego kryterium przestrzegania podstawowych standardów demokracji i państwa prawa stanie się mniej istotne, niż oczekiwania militarne.

Kaczyński uważa, że dla USA staniemy się wówczas czymś w rodzaju Gwatemali, Hondurasu czy Panamy z lat pierwszej zimnej wojny. Prezes PiS, który doskonale pamięta moralną hipokryzję tamtych czasów, jest przekonany, że zostanie potraktowany przez Zachód (albo przynajmniej przez Amerykę) tak, jak w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku Waszyngton traktował Noriegę czy innych kieszonkowych dyktatorów z Ameryki Łacińskiej. A wówczas

przywódcy rządzącego jednym z frontowych krajów nowej zimnej wojny, który pozwoli na stacjonowanie amerykańskich żołnierzy i będzie kupował amerykańską broń, nikt w Waszyngtonie nie zapyta, co robi z sędziami, co robi z opozycją, co robi z podstawowymi prawnymi i demokratycznymi standardami w swoim kraju.

Jeśli jednak Zachód od czasów pierwszej zimnej wojny trochę się zmienił, ta nadzieja Kaczyńskiego, że w cieniu wielkiego zbrodniczego zamordyzmu Putina ukryje swój własny kieszonkowy zamordyzm, okaże się błędna.

Obym się nie mylił.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński i Viktor Orbán w 2017 r., Fot. Wikimedia Commons/Kancelaria Sejmu/Paweł Kula, licencja Creative Commons

Reklama