Reklama

Rosja ma bardzo niebezpieczną oficjalną doktrynę wojenną deeskalacji nuklearnej konfliktu konwencjonalnego. Mówi ona, że w razie gdyby Rosja zaczęła przegrywać wojnę, to gotowa jest użyć ostrzegawczo taktycznej broni nuklearnej, wykonując w powietrzu czy na morzu detonację nuklearną i mówiąc: stop – jesteśmy na granicy wojny atomowej, siadamy i negocjujemy, ale co złapaliśmy, to nasze – mówi nam gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. I dodaje: – Należy bardzo poważnie uwzględniać w koncepcjach i planach obronnych zagrożenie atakiem na terytorium NATO

Mija tydzień wojny, na jakim etapie jest ten konflikt?

Stanisław Koziej

GEN. PROF. STANISŁAW KOZIEJ: Zakończył się początkowy okres wojny, którego Rosja nie wygrała, bo nie osiągnęła tych celów, które pierwotnie zamierzała. Mówiąc kolokwialnie, trochę się szarpała w tym początkowym okresie, bo zapewne celem było szybkie uchwycenie Kijowa, aby błyskawicznie zmienić władze, a potem rozbijać armię ukraińską we wschodniej części kraju.

To się nie udało, zatem teraz

Reklama

jesteśmy na początku głównego etapu tej wojny, rozstrzygającego ostatecznie o jej wyniku, czyli przejścia agresora do wojny regularnej o dużej intensywności.

Myślę, że Rosja planowała pierwotnie atak w takim samym stylu jak w poprzednich akcjach zagranicznych, jak Syria, gdzie najlepsze oddziały prowadziły selektywne operacje, czy ostatnio Kazachstan, gdzie Rosja dokonała operacji interwencyjnej przez oddziały powietrzno-desantowe, które szybko osiągnęły swój cel, operacja wojsk specjalnych na Krymie w 2014 roku także się w to wpisuje.

Można podejrzewać, że Rosjanie chcieli użyć modelu wojny interwencyjnej, tymczasem zetknęli się ze zorganizowanym oporem regularnej armii na wszystkich kierunkach. Przez kilka dni byli zszokowani tym oporem, zanim zdecydowali się na zmianę koncepcji. Od wczoraj obserwujemy zmasowane ostrzały miejscowości bronionych przez Ukraińców, użycie na większą skalę wojsk rakietowych, artylerii, w tym kasetowej, czy też lotnictwa, które do tej pory było rzadko używane. Prawdopodobnie dlatego, że Rosjanie planowali wykonywać tylko precyzyjne uderzenia, unikając powierzchniowych uderzeń rażących także obiekty cywilne.

Dziś widać, że już takiego ograniczenia sobie nie nakładają.
Bo przechodzą do wojny regularnej. Zobaczymy, jaki będzie efekt, bo wydaje się, że jednym z ważnych momentów będzie to, jak będą chcieli poradzić sobie z Kijowem.

Jeżeli stolica jest dobrze zorganizowana obronnie, a pamiętajmy, że wojska, które wycofują się pod naporem rosyjskiej ofensywy, ściągają właśnie do Kijowa, będzie Rosjanom ciężko go zdobyć.

Rosjanie stoją przed dylematem i sposób podejścia do Kijowa pokaże, czy dalej będą dążyć do osiągnięcia początkowego celu strategicznego, czy po niepowodzeniach go skorygują, ograniczą. Jeśli zdecydują się na masowy szturm na stolicę, to będzie wiele ofiar, to też będzie znaczyło, że nadal chcą obalić władzę, zainstalować ogólnoukraiński rząd gotowy na współpracę z Rosją, jednocześnie okupować czy też bezpośrednio włączyć do Rosji południowo-wschodnią część Ukrainy, którą Putin nazywał Noworosją.

Jeżeli zaniechają szturmu na stolicę, będą ją bombardować, ostrzeliwać, prowadzić dywersje wewnątrz, ale główne siły tego zgrupowania, które jest na kierunku Kijowa, ominą miasto i pójdą na południe wzdłuż Dniepru, znaczyć to będzie, że zmieniają pierwotną koncepcję. Nie mają zamiaru podbijać całej Ukrainy, tylko koncentrują się na zajęciu części Ukrainy i stworzenia tam parapaństwa na wzór republik donbaskich. To pozwoliłoby też na utrzymanie pomostu na Krym, a także niezwykle istotnej zapory na Dnieprze – dlatego są tak uparte walki o Kersoń, Kachowkę – aby mieć opanowany kanał północno-krymski, który dostarcza słodką wodę na Krym, której tam brakuje.

Prezydent Macron już trzeci raz dzwonił do Putina, szukając rozwiązania konfliktu, inni mówią, że z mordercą się nie rozmawia. Prawdą jest, że jakiś sposób na zakończenie tego konfliktu trzeba znaleźć. Jak to zrobić, jak można dać Putinowi wyjść z tego konfliktu?
Nie wiem, czy można dawać Putinowi jakiekolwiek szanse i czy ustępstwami można cokolwiek zyskać. Po pierwsze, to sprawa samego narodu ukraińskiego, prezydenta, rządu, a

Zachód, który wspomaga Ukrainę, nie powinien w żadnym przypadku wywierać jakichkolwiek nacisków. Czy będą chcieli bronić się do końca, czy skapitulować, czy negocjować z Putinem, próbując uzyskać kompromis, jest to wyłącznie ich sprawą, nawet nie powinniśmy specjalnie spekulować i rozmawiać o tym poza Ukrainą.

To jest ich dramatyczna decyzja, ale nikt nie powinien za nich decydować, także nikt nie powinien handlować Ukrainą z Putinem. Co najwyżej pośredniczyć w rozmowach.

Wiemy, że toczyły się rozmowy ze stroną rosyjską, na razie bez efektów, ale uważam, że Zełenski dobrze robi, podtrzymując ten kanał rozmów z delegacją rosyjską. Jednocześnie Ukraińcy powinni pamiętać o naszych doświadczeniach, jak takie spotkania się kończyły, gdy ZSRR aresztował przywódców naszego państwa podziemnego w 1945 roku. W innym scenariuszu podejrzewam, że Putin ma przygotowaną opcję prorosyjskiego rządu ukraińskich polityków (zapewne już taka ekipa w jakiejś bazie wojskowej siedzi i czeka na odpowiedni moment), którzy będą gotowi na pokój, gdy dojdzie do jeszcze większej eskalacji i śmierci ludności, podczas gdy Zełenskiego będą przedstawiać jako nieludzkiego i antynarodowego. Obawiam się, że Rosja będzie chciała wykorzystać te negocjacje do skompromitowania prezydenta jako tego, co chce nadal wojny, kiedy Rosja chce pokoju.

Wszyscy zadają sobie pytanie o stan psychiczny Putina, który grozi bronią atomową. Czy Polska i państwa NATO są bezpieczne?
Niestety zachowanie Putina daje podstawę do takich spekulacji. Jego awanturnicza postawa i wywołanie wojny na pełną skalę, wojny totalnej z Ukrainą było nieracjonalne. Jego nuklearny szantaż coraz bardziej wskazuje, że kieruje się przesłankami nieracjonalnymi, zatem można spodziewać się każdej decyzji. Pamiętajmy, że Putin prowadzi drugą zimną wojnę z Zachodem już od wielu lat, teraz zdecydował się dołożyć do tego gorący konflikt na Ukrainie. Putin chce zmusić Zachód do uznania swoich racji, zatem jakaś logika w tym jest.

Natomiast pierwsza zimna wojna miała mechanizmy racjonalne, przewidywalne, jak np. zasada wzajemnego gwarantowanego zniszczenia lub szereg środków budowy zaufanie, które Rosja w ostatnich latach porzuciła lub zdeformowała.

Te mechanizmy sprawiały, że ryzyko wojny między dwoma stronami było znikome. Obecna, druga zimna wojna jest o wiele bardziej ryzykowna, nie tylko dlatego, że przywódca po jednej stronie jest mało obliczalny, ale też dlatego, że Rosja ma bardzo niebezpieczną oficjalną doktrynę wojenną deeskalacji nuklearnej konfliktu konwencjonalnego. Mówi ona, że w razie gdyby Rosja zaczęła przegrywać wojnę, to gotowa jest użyć ostrzegawczo taktycznej broni nuklearnej, wykonując w powietrzu czy na morzu detonację nuklearną i mówiąc: stop – jesteśmy na granicy wojny atomowej, siadamy i negocjujemy, ale co złapaliśmy, to nasze.

Po trzecie, istnieje duże ryzyko agresji podprogowej, skrytej, kiedy używa się wojska, ale się do niego nie przyznaje – słynne zielone ludziki na Krymie lub czarne ludziki z Grupy Wagnera (prywatnej firmy wojskowej, ale ściśle zależnej od rosyjskich służb specjalnych). W pierwszej zimnej wojnie trudno byłoby sobie wyobrazić, aby Układ Warszawski zaatakował NATO zbrojnie formacjami wojskowymi bez oznaczeń. Biorąc pod uwagę powyższe czynniki, należy bardzo poważnie uwzględniać w koncepcjach i planach obronnych zagrożenie atakiem na terytorium NATO.

Ja powinien reagować wobec tego Zachód?
Zachód powinien odpowiadać adekwatnie do rosyjskich zagrożeń nuklearnych i konwencjonalnych, w tym zwłaszcza

przygotować proporcjonalną odpowiedź na rosyjską koncepcję „deeskalacji nuklearnej”. Powinno to znaleźć swoje odzwierciedlenie w nowej koncepcji strategicznej NATO, jaka ma być przyjęta w tym roku.

Zapewne będzie potrzeba rozbudowy i modernizacji arsenału nuklearnego NATO, który teraz jest w Europie w postaci bomb lotniczych, być może będą musiały pojawić się znowu rakiety średniego zasięgu po stronie NATO, aby zrównoważyć zagrożenia, jakie niosą za sobą ISKANDERY. Po drugie, to także równoważenie zagrożenia konwencjonalnego, które Putin stwarza możliwością szybkiego rozwinięcia agresji na państwa NATO. Putin pokazał, że jest w stanie niemalże przez rok utrzymywać potężne ilości wojska na granicy z Ukrainą, zatem ma potencjał ataku z zaskoczenia. Państwa graniczne NATO, takie jak Polska, powinny zatem przede wszystkim budować zdolności przeciwzaskoczeniowe. To powinna być wręcz nasza specjalizacja.

Czyli w co powinna inwestować teraz Polska? Właśnie w Sejmie mamy ustawę o obronie ojczyzny.
Te zdolności to po pierwsze wywiad, który musi być wyposażony we wszelkie środki techniczne, gwarantowane zasoby kadrowe, to powinna być perła i priorytet. Dziś mamy niestety nadwyrężone służby słynną reformą poprzedniego ministra obrony Macierewicza, ale miejmy nadzieję, że udało się te straty kadrowe przynajmniej częściowo odbudować.

Po drugie siły szybkiego reagowania, które momentalnie muszą pojawiać się tam, gdzie będzie zagrożenie na granicy, a do tego potrzebne są śmigłowce. Tu także mamy duże zapóźnienie z powodów poprzedniego ministra, który zniszczył priorytet śmigłowcowy.

Musimy mieć szybkie, mobilne wojska, które szybko reagują. No i jako państwo brzegowe musimy mieć szczelną obronę powietrzną: zarówno przeciwrakietową, jak i przeciwlotniczą. Do tego drony jako najskuteczniejszy obecnie środek rozpoznania i zwalczania celów pancernych.

Takie działania trzeba teraz podejmować, aby dostosowywać się do dzisiejszych zagrożeń, a wojna rosyjsko-ukraińska pokazuje, że są one coraz bardziej realne.

Jak ocenia pan jakość armii rosyjskiej?
Przyznam, że ten obraz jest szokujący. Wygląda na to, że nie tylko my na Zachodzie, ale i sam Putin i jego otoczenie uległo propagandzie w tej sprawie. Do tej pory na podstawie informacji o działaniach armii rosyjskiej mieliśmy wyobrażenia, że jest to sprawny, nowoczesny mechanizm. Tylko że to pogląd wyrobiony na podstawie obserwacji działania elitarnych jednostek armii rosyjskiej, awangardowych, najlepiej wyposażonych i wyszkolonych – jakieś 10 proc. armii. W Ukrainie natomiast zobaczyliśmy armię realną, masową armię rosyjską, taką, jaka ona rzeczywiście jest, która w większości, jak się okazuje, bazuje na sprzęcie bieżącym, a czasem nawet starej generacji. Stąd też takie zaskoczenie obrazami z rosyjskiej szarpaniny operacyjnej podczas agresji na Ukrainę.

(INK)


Zdjęcie główne: Demonstracja przeciw Putinowi w USA, Fot. Flickr/Amaury Laporte, licencja Creative Commons; zdjęcie w tekście: Stanisław Koziej, Fot. koziej.pl

Reklama