Reklama

Korzystając z wojny na Ukrainie, Kaczyński nadal pcha Polskę w stronę Kremla. W cieniu wojny trwa najbardziej cyniczna propagandowo-polityczna operacja władzy. W „kicz pojednania” mogą już wierzyć tylko idioci albo utrzymankowie władzy. Prezydent RP mógłby bardzo szybko przerwać konflikt Polski z Unią. Niestety, on także postanowił w cieniu wojny załatwić parę własnych interesów, przyspieszyć proces budowania w Polsce białoruskiego modelu sądownictwa – pisze Cezary Michalski

W cieniu wojny

Trybunał Kaczyńskiego (nawet nazwanie go trybunałem Przyłębskiej byłoby nieekonomicznym eufemizmem, skoro wszystkie sznurki posłanych tam przez PiS marionetek pociągane są na Nowogrodzkiej), orzekł w ostatni czwartek, że artykuł 6. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gwarantujący Europejczykom (a więc także Polakom) prawo do niezależnego sądu, jest „częściowo niezgodny z polską konstytucją”. Jak gorzko zauważyła profesor Ewa Łętowska w komentarzu dla portalu onet.pl,

„to złowieszcze, że polski TK wydaje taki wyrok w tym samym dniu, w którym Rosja de facto wypowiada Europejską Konwencję Praw Człowieka”.

Ziobro wystawił tę piłkę (składając wniosek o zbadanie zgodności Europejskiej Konwencji Praw Człowieka z polską konstytucją przed wieloma tygodniami, na długo przed rozpoczęciem wojny na Ukrainie), jednak to Kaczyński właśnie teraz ją kopnął. Nie do rosyjskiej, ale do polskiej bramki, bo prezes PiS konsekwentnie gra nie przeciwko Putinowi, ale przeciwko Unii Europejskiej i przeciwko praworządności w Polsce.

Nasi kremlinolodzy, tak pilnie rozróżniający stopnie „twardości” Ziobry, „pragmatyzmu” Kaczyńskiego i Morawieckiego, „miękkości” Dudy (często dlatego, że jednych utrzymuje z publicznych pieniędzy Ziobro, drugich Morawiecki, a trzeci kucają przy Dudzie) powinni przemyśleć sobie ten przykład idealnej współpracy Kaczyńskiego i Ziobry.

Reklama

Ryzyko partyjnego żerowania na wojnie

Każde poważne zagrożenie państwa – a na pewno jest takim zagrożeniem wojna na Ukrainie, spowodowany przez nią kryzys uchodźczy, wywołane wojną i embargiem problemy polskiej gospodarki – wymaga dwóch rzeczy: zakończenia wojny wewnętrznej (złagodzenia wewnętrznego konfliktu politycznego) oraz zakończenia wojny zewnętrznej (zakończenia niepotrzebnych konfliktów z sojusznikami).

Tych niepotrzebnych wojen, które trzeba natychmiast zakończyć, PiS przez sześć lat wzniecił sporo: wojna władzy centralnej z samorządami, wojna Kaczyńskiego i Ziobry z polskimi sędziami, wojna PiS-u z opozycją (połączona z totalną propagandą nienawiści skierowaną przeciwko liderom opozycji, przeciwko aktywistom i organizacjom pozarządowym, przeciwko całym grupom obywateli, które Kaczyński postanowił ukarać za to, że go nie kochają). Do tego dochodzą wojny Kaczyńskiego praktycznie ze wszystkimi międzynarodowymi sojusznikami Polski.

Po wybuchu wojny na Ukrainie żadna z tamtych wojen nie została przez PiS zatrzymana.

Przeciwnie, w cieniu wojny na Ukrainie odbywa się w Polsce najbardziej cyniczna propagandowo-polityczna operacja władzy. Kaczyński, Morawiecki, Dworczyk i inni wirtuozi pisowskiego PR-u postanowili wykorzystać wojnę na Ukrainie podobnie, jak wcześniej wykorzystali epidemię koronawirusa, spór o aborcję czy kryzys na granicy polsko-białoruskiej – do osłabienia i skłócenia opozycji, do wzmocnienia pozycji PiS, do uwłaszczenia swoich partyjnych działaczy i do kolejnych finansowych transferów skierowanych wyłącznie albo przede wszystkim dla „swoich”.

W ponad dwa tygodnie od rozpoczęcia wojny na Ukrainie w „kicz pojednania” mogą już wierzyć tylko idioci albo utrzymankowie władzy. Nawet bowiem w obliczu gigantycznego kryzysu uchodźczego, który powinien być rozwiązywany wspólnie przez samorządy i władzę centralną, Morawiecki, Dworczyk, Kamiński… nie przywrócili podstawowej komunikacji i nie odbudowali współpracy pomiędzy władzą centralną i samorządową. Przeciwnie, czekają, aż się samorządy (a szczególnie władze największych miast, gdzie trafiło najwięcej uchodźców) na tym kryzysie finansowo i organizacyjnie wywrócą. To już nie jest błąd, to zbrodnia. Zbrodnia, której konsekwencje mogą zresztą dotknąć samych rządzących.

Dla Putina kryzys uchodźczy wywołany przez wojnę na Ukrainie jest bowiem prostym powtórzeniem „metody z Aleppo”, tylko że na o wiele większą skalę. „Metoda z Aleppo” to połączenie równania z ziemią wielkich i małych miast, mordowania cywilów, niszczenia całej infrastruktury pozwalającej narodowi żyć, z otwarciem granic i wypuszczeniem gigantycznej fali uchodźców na Europę.

Pamiętajmy, że w czasie kryzysu imigracyjnego z 2015 roku, świadomie wzmacnianego i zarządzanego przez Władimira Putina, do krajów Unii Europejskiej trafiło około miliona Syryjczyków.

Tamten kryzys poważnie zdestabilizował polityczną sytuację w Niemczech, we Francji, nawet w Polsce pomógł poprawić wyborczy wynik Kaczyńskiemu, który natychmiast po zdobyciu władzy zaczął destabilizować całą wschodnią flankę UE.

Tymczasem w dwa tygodnie od ataku Rosjan na Ukrainę liczba uchodźców z tego kraju w państwach UE przekroczyła dwa miliony. Za kilka następnych tygodni może to być 5 milionów, a może być 10. Wyobraźmy sobie, jakie to będzie miało polityczne konsekwencje. Tym bardziej, że solidarność wobec uchodźców jest zjawiskiem płytkim. Nie mówię o cynizmie Borysa Johnsona, który wraz z całą swoją brexitową ekipą wzywa Ukraińców do walki, w miarę możliwości jak najbardziej krwawej, a jednocześnie w ramach „brexitowego nacjonalizmu” tak utrudnił wydawanie wiz dla obywateli Ukrainy, że z wjazdem do Wielkiej Brytanii miała kłopoty nawet żona ambasadora Ukrainy w tym kraju.

Nie mówię też o rządzących Holandią chadekach, którzy populistami nie są, ale z populizmem mocno się już pogodzili, więc zadeklarowali, że ich kraj nie przyjmie uchodźców z Ukrainy, bo „Polska, Mołdawia i Węgry świetnie sobie z nimi radzą”.

Mówię o krajach, które uchodźców przyjęły. Począwszy od krajów frontowych, a szczególnie Polski, skończywszy na Niemcach i Francji, które zaczęły już Ukraińców przyjmować w całkiem sporych liczbach. Także w tych wszystkich krajach entuzjazm dla uchodźców w Ukrainy jest społecznie płytki. Ogarnia elity, nie sięga na poziom ludu, a Putin nauczył się już to pęknięcie zachodnich społeczeństw wykorzystywać. Widzieliśmy to przy okazji brexitu, widzieliśmy przy wyborze Trumpa, widzieliśmy w Polsce.

W naszym kraju znaczna część inteligencji, także znaczna część klasy politycznej, jest (szczęśliwie dla ukraińskich kobiet i dzieci) na etapie walki „za wolność naszą i waszą”. Jednak im głębiej, tym gorzej.

Ze społecznych dołów (artykulacyjnie obsługiwanych przez ludzi Putina i Konfederatów) już dochodzi wołanie, że „Ukraińcy zajmują Polakom miejsca w szpitalach”, „zabierają Polakom zasiłki”, „roznoszą wśród Polaków zakaźne choroby”.

To mało zabawne, ale chichot historii sprawił, że propaganda putinowskich trolli i lokalnych kretynów może dziś swobodnie powtarzać słowa Kaczyńskiego z kampanii wyborczej 2015 roku, które dotarły do ludzi, szczególnie do wyborców prawicy. Wtedy Kaczyński na tym zyskał, dzisiaj może stracić. Takie są paradoksy cynizmu w polityce. To, co dał, odbiera. Pobierając przy tym spory lichwiarski procent.

Kaczyński (ale także Morawiecki, Dworczyk i tego typu cynicy) ciągle uważają, że każdy kryzys (łącznie z pandemią i wojną) jest kryzysem PR-owym i na każdym kryzysie można PR-owo skorzystać. Wciąż zatem nie rozumieją, że się mogą na uchodźcach wyłożyć. Ciągle sądzą, że na uchodźcach mogą tylko zarobić. Nie tylko w przenośni, politycznie, dodatkowo osłabiając „wrogie samorządy”, ale także bardzo dosłownie – w złotówkach, dolarach i euro.

Świadczy o tym wrzutka PiS do ustawy o pomocy uchodźcom, ta dotycząca „bezkarności urzędniczej”. Wcześniej PiS próbowało „bezkarność urzędniczą” dołączyć do ustaw covidowych, ale bez sukcesu. Sprawa była zbyt kompromitująca. Teraz, w cieniu wojny na wschodzie, Kaczyński, Morawiecki, Dworczyk, Sasin i inni geniusze próbują ten zabieg powtórzyć. Chodzi o pełną bezkarność urzędników i działaczy PiS, którzy wykorzystają wojnę, tragedię milionów Ukraińców, żeby zasilić bankowe konta własne i własnych rodzin. Chodzi o powtórzenie operacji z trefnymi maseczkami i respiratorami „sprzedawanymi” polskiemu państwu po paskarskich cenach przez biznesmenów, a nawet instruktorów narciarskich, powiązanych z władzą. Tym razem na skalę miliardów, bo takie pieniądze PiS ma nadzieję otrzymać do Unii i od Amerykanów na pomoc ukraińskim uchodźcom.

Kaczyński zaczął też ponownie myśleć o przedterminowych wyborach, na maj albo na jesień. Mając nadzieję, że teraz na pewno je wygra – jako „obrońca granic” i jako człowiek, któremu Unia, w poczuciu odpowiedzialności za Polskę, wypłaci w końcu pieniądze z Funduszu Odbudowy, nawet jeśli on nadal będzie niszczył niezawisłe sądy.

Kaczyński naprawdę uważa, że wojna za naszą wschodnią granicą to problem wyłącznie PR-owy, który można propagandowo obsłużyć. Na chwałę własnej partii i na pohybel opozycji.

To wszystko, na czym próbuje politycznie zarobić, może mu jednak wybuchnąć w rękach. Gdyby chodziło tylko o jego własne palce, może bym się śmiał. Jednak kryzys wywołany wojną w Ukrainie, także kryzys uchodźczy, rozgrywany przez PiS od początku do końca w logice partyjnej opłacalności i wewnętrznej wojny, może do końca zniszczyć polskie państwo i rozbić polskie społeczeństwo – już dziś powiązane w jedną całość bardzo słabo, zetlałym sznurkiem od snopowiązałki.

Co robić?

Przede wszystkim, zamiast emocji, włączyć rozum. Ani nie ulegać kiczowi pojednania, ani nie wybuchać świętym i bezsilnym oburzeniem na cyników – że są cynikami. Zachować polityczną świadomość i czujność. Nasza empatia powinna być w całości zarezerwowana dla Ukraińców, a nie dla ludzi, którzy wykorzystują ich tragedię, żeby przechwycić dla siebie jeszcze więcej władzy i jeszcze więcej publicznych pieniędzy.

Ja naprawdę chciałbym, żeby było inaczej. Chciałbym, aby Andrzej Duda, w ślad za sensownym wetem do ustawy Czarnka, zaczął budować narodową jedność. A ma parę narzędzi. I nie mówię tu wcale o zwołaniu symbolicznego Zgromadzenia Narodowego. Prezydent RP mógłby bardzo szybko przerwać konflikt Polski z Unią, zgłosić projekty ustaw, które naprawdę odwróciłyby proces niszczenia państwa prawa nad Wisłą. Niestety, on także postanowił w cieniu wojny załatwić parę własnych interesów, przyspieszyć proces budowania w Polsce białoruskiego modelu sądownictwa.

3 i 8 marca podpisał nominacje 184 sędziów sądów wszystkich szczebli, od sądów rejonowych i okręgowych po Naczelny Sąd Administracyjny i Sąd Najwyższy. Do tego ostatniego posłał m.in. żonę europosła PiS Karola Karskiego, naczelnego oportunisty III RP (kiedy skończył się PRL, Karski jednym skokiem przemknął z ZSP i PRON-u do Porozumienia Centrum, od Jaruzelskiego do braci Kaczyńskich, podążając zawsze za władzą, bo bracia Kaczyńscy mieli wtedy władzę, stali się właśnie ministrami w prezydenckiej kancelarii Lecha Wałęsy).

Andrzej Duda, w cieniu wojny na Ukrainie, posłał do polskich sądów kolejną porcję hejterów Ziobry i oportunistów Kaczyńskiego, których wskazała mu neo-KRS.

W myśl polskiej konstytucji i polskiego prawa, w myśl zapisanej w polskiej konstytucji zasady niezawisłości sędziowskiej i trójpodziału władz, w myśl prawa europejskiego – neo-KRS, składająca się z politycznych żołnierzy rządzącej partii, jest nielegalna, a wskazani przez nią sędziowie, których nominował Duda, nie są w ogóle sędziami, nielegalne będą ich wszystkie wyroki.

Wiem, że zarzut nielegalności w państwie PiS, od początku ufundowanym na bezprawiu i nielegalności, brzmi raczej bezsilnie, szczególnie kiedy powtarzamy go po sześciu latach funkcjonowania tego państwa. Wypada jednak ten zarzut powtarzać – w funkcji retorycznej, w funkcji przypominającej. Dopóki istnieje opozycja, dopóki można na nią głosować, dopóki istnieją niepisowskie media, dopóki można porównywać kłamstwo i prawdę.

Inaczej w cieniu wojny Władimira Putina także Jarosławowi Kaczyńskiemu uda się jego własna militarno-polityczna operacja.

Przesunięcie Polski (polskich sądów, polskich samorządów, polskich mediów, całego polskiego ustroju) o kolejne kilometry w stronę Białorusi i w stronę Kremla, z którymi rzekomo walczy.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński w Sejmie, Fot. Flickr/Sejm RP/Rafał Zambrzycki, licencja Creative Commons

Reklama