Reklama

Dziś po polityczne centrum w Polsce zaczął sięgać Jarosław Kaczyński. Jak to możliwe, że robi to absolutny nihilista, człowiek, który niszczył, nadal niszczy i obiecuje zniszczyć w Polsce do końca państwo prawa, niezawisłe sądy, człowiek, który dla potrzeb ideologicznej licytacji z prawicowymi konkurentami podeptał podstawowe prawa kobiet? – pisze Cezary Michalski

Polityczne centrum i polityczny centryzm to pojęcia z jednej strony bardzo obiektywne, wręcz filozoficznie i antropologicznie ugruntowane. Bycie człowiekiem centrum oznacza posiadanie zdolności do dialogu i kompromisu. Centryzm oznacza głębokie filozoficzne przekonanie, że prawda jest rozproszona, indywidualne czy lokalne perspektywy są nie do końca uzgadnialne, tolerancja nie jest słabością, ale szacunkiem dla drugiej osoby, wymagającym o wiele więcej siły, niż prostacki fanatyzm, który w Polsce (i nie tylko w Polsce) zbyt często uchodzi za „ideowość”.

Z drugiej jednak strony nie ma pojęcia bardziej zależnego od kontekstu (lokalnego, historycznego), niż polityczne centrum.

Wielu polityków – także tych najbardziej monstrualnych, zbrodniarzy, cyników i zwyczajnych gnojków – też odkryło pragmatyczną prawdę, że państwem czy społeczeństwem najskuteczniej rządzi się z centrum. Nie znaczy to jednak, że stali się centrystami. Przeciwnie, postanowili centrum siłą zawlec tam, gdzie sami stoją.

Lenin, kiedy dla utrzymania swojej władzy zaprowadzał NEP (nową ekonomiczną politykę, dzięki której społeczeństwo zniszczone, zagłodzone, doprowadzone na skraj przepaści przez bolszewizm, mogło przez chwilę przeżyć dzięki małym prywatnym sklepikom, warsztatom, gospodarstwom, żeby w tej nieco uspokojonej atmosferze władza bolszewicka mogła się umocnić, okrzepnąć, aby później ludziom te prywatne sklepiki, warsztaty, gospodarstwa, już na zawsze odebrać – często razem z wolnością i życiem) przedstawiał się jako centrysta, jako polityk umiarkowany, na tle bolszewickich fanatyków, którzy zresztą podejrzewali go wówczas o zdradę.

Reklama

Generał Franco przedstawiał się jako centrysta (żołnierz, oficer, dążący do zakończenie wojny domowej, którą sam rozpoczął), kiedy w 1937 roku pacyfikował faszystowską Falangę, przerabiając ją na partię władzy i pozbywając się ideologicznych radykałów (w 1958 roku w ogóle przemianował źle się kojarzącą Falangę na Ruch Narodowy).

Dziś po polityczne centrum w Polsce zaczął sięgać Jarosław Kaczyński.

Zapytacie, jak to możliwe, że ten absolutny nihilista, kłamca, zdolny do dowolnej brutalności wobec dowolnej grupy społecznej, jeśli jest mu to potrzebne w walce o zdobycie czy utrzymanie władzy; człowiek, który niszczył, nadal niszczy i obiecuje zniszczyć w Polsce do końca państwo prawa, niezawisłe sądy; człowiek, który dla potrzeb ideologicznej licytacji z prawicowymi konkurentami podeptał podstawowe prawa kobiet… – sięga po centrum, a w dodatku wydaje się to robić skutecznie.

Robi to z politycznego pragmatyzmu, uważając, że w wyniku jego działań w centrum zrobiło się pusto, więc można już się pokusić o jego zajęcie.

Najpoważniejszą polityczną reprezentacją centrum w Polsce była – a sądzę, że mimo swoich obecnych problemów nadal pozostała – Platforma Obywatelska. Rzecz w tym, że Platforma odniosła ostatnio szereg porażek (napisałbym „niepełnych zwycięstw”, ale przypominałbym wówczas niektórych autorów niemieckich prasowych komunikatów z Frontu Wschodniego, tych mistrzów eufemizmu potrafiących z takim zapałem pisać o „planowanych odwrotach” czy „przegrupowaniach”). W wyniku tych porażek pozycja Platformy w centrum osłabła, polityczne centrum w Polsce nieco się odsłoniło.

Hołownia sądzi, że to on zajmie centrum po osłabieniu PO. Jednak to Kaczyński postanowił wykonać ten manewr, uważając, że będzie od Hołowni znacznie skuteczniejszy. Ponieważ to on dysponuje rozległym i wielonurtowym obozem politycznym, a także zasobami całego państwa (pieniędzmi, mediami, służbami).

Sprowokowanie przez Kaczyńskiego wojny o aborcję miało rozwibrować i osłabić Platformę jako partię centrum.

Miało odseparować ją albo od bardziej lewicowych zwolenników i zwolenniczek „aborcji na życzenie”, „aborcji będącej OK!”, albo od bardziej konserwatywnych zwolenników kompromisu aborcyjnego z 1993 roku. Stało się trochę tak, że udało się Platformę odseparować i od jednych, i od drugich.

Podobnie było z paroma innymi konfliktami świadomie sprowokowanymi przez Kaczyńskiego. W wyniku każdego z nich polska polityka jeszcze trochę bardziej oszalała, polska wspólnota polityczna jeszcze bardziej się podzieliła, a polskie państwo stało się jeszcze nieco słabsze. Jednak dla Kaczyńskiego to za każdym razem był sukces, bo dzięki każdemu z tych konfliktów jego pozycja polityczna się umocniła, a najważniejsza dla niego polityczna bariera – jaką była i pozostała Platforma Obywatelska – nieco bardziej osłabła.

Dziś Jarosław Kaczyński – w wywiadach dla Interii, „Wprost”, Sieci, Polskiego Radia 24 i w innych wypowiedziach towarzyszących prezentacji „Polskiego ładu” – prezentuje się jako ktoś, kto zapragnął ulokować się pomiędzy skrajnościami ideologicznej prawicy i lewicy. W wywiadzie dla Interii krytykuje swoich koalicjantów z prawicy (Gowina i Ziobrę), jednocześnie chwaląc Adriana Zandberga czy Adama Leszczyńskiego (który wraz z Wosiem, Orlińskim, Sroczyńskim, Rogojszem… jednoznacznie popiera lewicowy populizm – nie mylić z socjaldemokracją – widząc w „libkach” wroga dla lewicy realniejszego i bardziej priorytetowego, niż populistyczna prawica).

Zandberg rewanżuje się Kaczyńskiemu ogłaszając tryumfalnie w swoich ostatnich wywiadach, że „dzisiaj Platforma to partia 10-procentowa” i wykluczając wspólne wystąpienie Lewicy na listach opozycji.

Jednocześnie na forach internetowych, gdzie wypowiadają się zwolennicy Zandberga i partii Razem, pojawiło się bardzo charakterystyczne alibi dla współpracy z Kaczyńskim. Jest nim „wypychanie z rządu neoliberała Gowina i skrajnie prawicowego Ziobry”, a w ten sposób „zmienianie władzy na mniej prawicową, szczególnie w obszarze socjalnym”.

Nawet młodzi oportuniści z Klubu Jagiellońskiego (przedstawiając się jako bezstronni arbitrzy polskiej polityki, kiedy jednocześnie przyjmują funkcje w rządzie PiS czy uczestniczą w prawicowej czystce organizacji pozarządowych) publicznie atakują Ziobrę przedstawiając go jako niepotrzebne, radykalne skrzydło „umiarkowanego obozu władzy” kształtującego się wokół Mateusza Morawieckiego (co jest oczywiście elementem nowej „centrowej” narracji samego Kaczyńskiego).

Kaczyński – pół roku po cynicznym podeptaniu przez siebie kompromisu aborcyjnego i po spacyfikowaniu kobiecych protestów – przedstawia się jako obrońca nowego kompromisu aborcyjnego.

Deklaruje wyzywająco, że „nie stało się nic, co mogłoby zagrażać interesom kobiet. Twierdzenie, że aborcja w Polsce jest zakazana, to bzdura”. Z ogromną pogardą radzi też Polkom, aby na zabiegi aborcji jeździły za granicę. W wywiadzie dla „Wprost” mówi: „wiem, że są ogłoszenia w prasie, które każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej”.

Jarosław Kaczyński, chcąc pokazać się jako polityczny pragmatyk, który całą awanturę wokół przygotowanego i przeforsowanego przez siebie wyroku Trybunału Przyłębskiej traktował nie jako ideową wojnę z aborcją (jak sieroty po Jurku czy fani Godek), ale jako przeprowadzony na zimno manewr polityczny, ujawnił niechcący swój totalny nihilizm, a jednocześnie mizoginię i pogardę dla kobiet. To one są bowiem w jego wypowiedzi (i w jego umyśle) owymi „średnio rozgarniętymi ludźmi”, którzy powinni wiedzieć, że „można sobie aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej”.

Na tym jednak froncie „przedstawiania się jako centrysta” Kaczyński również znajduje sojuszników po stronie lewicy.

Kiedy bowiem Ogólnopolski Strajk Kobiet skrytykował deal zawarty przez Czarzastego i Zandberga z Kaczyńskim przy okazji ratyfikacji (na warunkach PiS) Funduszu Odbudowy, ludzie lewicy (najczęściej ze skrzydła związanego z Zandbergiem) furiacko zaatakowali OKS, entuzjazmując się nawet stwierdzeniem „aktywisty” Jana Śpiewaka, że „Marta Lempart przerzuciła się z deweloperki na politykę i kręci swoje lody” czy jeszcze bardziej „bezpośrednim” komentarzem Piotra Ikonowicza (forsowanego wcześniej przez Zandberga na Rzecznika Praw Obywatelskich): „wierzę, że tak jak psy potrafią otrząsać się z pcheł, tak ruchy masowe potrafią otrząsać się z fałszywych proroków”.

Okazuje się, że populistyczna lewica przez cały czas traktowała Ogólnopolski Strajk Kobiet w sposób totalnie cyniczny, wyłącznie jako narzędzie do atakowania bardziej centrowej Platformy Obywatelskiej za jej „konserwatyzm” czy za jej wcześniejsze poparcie dla kompromisu aborcyjnego. Kiedy Platforma została już przez te ataki rozwibrowana i osłabiona, a Ogólnopolski Strajk Kobiet stał się niewygodnym sojusznikiem (bo skrytykował nowy polityczny kurs Zandberga i Czarzastego), lewicowi populiści przyłączyli się do dezawuowania OKS, znów pomagając w ten sposób Kaczyńskiemu przedstawiać się jako „centrysta” i tryumfalnie zakończyć wywołany przez niego paroksyzm aborcyjnej wojny.

Polityczny cynizm to bardzo specyficzny rodzaj centryzmu. Jednak – skoro centrum to pojęcie tak bardzo zależne od politycznego kontekstu – dla Kaczyńskiego liczy się wyłącznie możliwość rozgrywania przeciwko sobie ideologicznej prawicy i lewicy.

Z jednej strony chce mieć możliwość korzystania z poparcia najbardziej nawet fundamentalistycznej i skrajnej prawicy tam, gdzie on sam przedstawia się jako pogromca „kulturowego lewactwa”, gejów, „zbyt wyzwolonych kobiet”, czy jako skuteczny (finansowo i politycznie) sojusznik Kościoła Rydzyka i Jędraszewskiego. Z drugiej strony chce mieć możliwość sięgania po głosy lewicy (a przynajmniej grupy jej posłów związanych z Adrianem Zandbergiem), aby budować doraźne większości na rzecz podnoszenia podatków i danin służących mu do politycznej redystrybucji, do kupowania głosów, do uwłaszczania swoich politycznych żołnierzy i finansowania prawicowych organizacji pozarządowych, które mają zapewnić jego polityce trwałe społeczne zakorzenienie.

Co może zrobić w odpowiedzi na to opozycja?

Co może zrobić Platforma? Powinna zdefiniować i odbudować swoją pozycję jako polityczna reprezentacja centrum. Nie centrum rozumiane jako nihilizm czy cynizm, ale centrum jako fundamentalna, asertywnie przedstawiana pozycja filozoficzna, antropologiczna, społeczna i polityczna. Centrum, które umiałoby zdefiniować własny polski ład – zarówno w opozycji do socjalnego populizmu lewicy, jak też w opozycji do kulturowego fundamentalizmu prawicy.

Centrum, które zaadresowałoby się do nowego polskiego mieszczaństwa (sięgającego od spełnionych przedsiębiorców do ambitnych „słoików”), wszędzie tam, gdzie populistyczna prawica z populistyczną lewicą polskie mieszczaństwo chcą osłabić i zniszczyć.

Centrum przedstawiające rozwiązania gwarantujące równość życiowego startu i równość życiowych szans (podatkowe, stypendialne…), wszędzie tam, gdzie Kaczyński z Zandbergiem promują równość żołądków.

Centrum proponujące mechanizmy uczciwego, merytokratycznego awansu społecznego (awansu jako nagrody za dobre wykształcenie, ciężką pracę czy podjęcie biznesowego ryzyka), wszędzie tam, gdzie Kaczyński proponuje awans jako nagrodę za wzięcie legitymacji partyjnej PiS, a najbardziej populistyczna, w istocie dekadencka lewica, w ogóle odrzuca ideę awansu społecznego, widząc w nim jedynie mieszczański i kapitalistyczny mit.

Dziś takie silne polityczne centrum to jedynie marzenie. Wierzę jednak, że w Polsce istnieją zarówno politycy, jak też wyborcy, którzy takie centrum stworzą i potrafią obronić. Jeśli nie, centrum będzie w Polsce definiował Kaczyński. A wówczas polityczny centryzm zostanie przez Polaków na zawsze skojarzony z cynizmem.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Plakaty wyborcze Jarosława Kaczyńskiego z 2010 roku, Fot. Flickr/marcin ejsmont, licencja Creative Commons

Reklama