Reklama

Jeśli za oknem pada deszcz, temperatura oscyluje około zera, a w sklepach zaczyna panować przedświąteczny chaos, to znaczy, że do końca zostało kilkanaście dni. Jak trudny to czas dla kibiców piłki nożnej, ze szczególnym uwzględnieniem fanów Ligi Mistrzów, wiedzą tylko ci, którym hymn Champions League wywołuje ciarki na plecach. Niestety, następne tego typu doznania dopiero w drugiej połowie lutego – pisze Paweł Jędrusik z redakcji sportowej wiadomo.co.

Jesień – i kalendarzowa, i piłkarska – upłynęła pod znakiem zmagań najlepszych klubowych zespołów Europy w fazie grupowej. Czy można było narzekać na nudę? Czy zabrakło niespodziewanych zwrotów akcji? Emocji? Fenomenalnych bramek i doskonałych interwencji? Odpowiedź na te pytania jest prosta, podobnie jak pytanie o skuteczność i bicie kolejnych rekordów przez Roberta Lewandowskiego.

Co najbardziej utkwiło mi w pamięci z fazy grupowej? No właśnie mecz: Lewandowski kontra Crvena Zvezda Belgrad. A dokładnie czternaście minut drugiej połowy, w której polski napastnik strzelił cztery gole, ustanawiając tym samym rekord Ligi Mistrzów. Czy muszę dodawać, że Lewandowski został najlepszym strzelcem fazy grupowej? Dziesięć bramek w sześciu meczach pozwoliło “Lewemu” zostawić w tyle takich graczy jak Harry Kane, Kylian Mbappe czy objawienie tej edycji Champions League – Erling Haaland z Salzburga, który dzięki ośmiu bramkom jest o krok od przenosin do Borussi Dortmund.

Słówko o Arkadiuszu Miliku. Polski snajper także pozostawił po sobie dobre wrażenie, zdobywając w ostatniej kolejce swojego pierwszego hat-tricka w Napoli. Co więcej, żaden inny piłkarz Napoli nie dokonał wcześniej takiej sztuki w tych elitarnych rozgrywkach, więc tym bardziej – bravissimo Arkadiuszo! I niech te trzy gole będą dla Polaka jakąś dobrą obietnicą od losu, magicznym zaklęciem, które sprawi, że 25-latek w 2020 roku będzie po prostu zdrowy. Bo zdrowy Milik to skuteczny Milik. W klubie i reprezentacji.

Reklama

Oczywiście faza grupowa nie mogła nie przynieść niespodzianek. Pierwsza z brzegu? No, bez dwóch zdań Ajax. Półfinaliści poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, tym razem nawet nie wyszli z grupy. To znaczy – wyszli, ale trafili prosto do Ligi Europy jako zespół, który zajął trzecie miejsce. A jeśli już jesteśmy przy Aaa… Atalanta! Włosi dokonali niemożliwego. Przegrali trzy pierwsze spotkania, ale w rewanżach zdołali zremisować z Manchesterem City, ograć Dynamo Zagrzeb i w decydującym meczu pokonali Szachtar Donieck. Piłkarza Atalanty to dla mnie jak dotąd najwięksi bohaterowie tej edycji Champions League.

Liga Mistrzów zapadnie teraz w zimowy sen, a nam pozostanie śledzenie rozgrywek ligowych. Zanim jednak na dobre pożegnamy się z Liverpoolem, Juventusem czy Bayernem, czeka nas jeszcze trochę pozabioskowych emocji. Już w poniedziałek losowanie par 1/8 finału rozgrywek. Bramek nie zobaczymy, ale emocji nie zabraknie. I będzie o czym pogadać przy świątecznym stole.


Zdjęcie główne: Fot. ian, licencja Creative Commons

Reklama