Reklama

Plan PiS-u na polskie państwo jest taki, że mają je przejąć wojownicy wojny kulturowej, z janczarami Ordo Iuris na czele. Z polskiej dyplomacji zostanie tyle, co ze stadniny koni w Janowie Podlaskim. Nieważne, że będzie prowincjonalne i niewydolne… byle było ich – mówi nam eurodeputowany PO Radosław Sikorski, b. minister spraw zagranicznych. Rozmawiamy o kłopotach w rządzie i ewentualnej zmianie premiera. Pytamy o kondycję Platformy i gotowość opozycji do przejęcia władzy. Rozmawiamy też o aborcji i stanowisku PO w tej kwestii. – Stanowisko zaprezentowane przez panią marszałek Kidawę-Błońską mieści się w europejskiej średniej, jeśli chodzi o stosunek do tej kwestii, a PO potwierdziła jeszcze, że w tej sprawie nie będzie nigdy dyscypliny partyjnej. Uważam, że to mocna odpowiedź na prowokację Kaczyńskiego i Trybunału mgr Przyłębskiej. To oferta dla społeczeństwa, które w tej sprawie zmieniło pogląd przez ostatnie 30 lat, ale z zachowaniem autonomii naszych parlamentarzystów. Niektórzy księża już wzywają do nieudzielania politykom PO sakramentów. Mnie to nie dotyczy, bo „Nasz Dziennik” już dawno mnie ekskomunikował za głosowanie za in vitro – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Jest oficjalne stanowisko PO w sprawie aborcji – liberalizacja obecnych przepisów. Jak pan jako konserwatysta czuje się z tym stanowiskiem?

RADOSŁAW SIKORSKI: Stanowisko zaprezentowane przez panią marszałek Kidawę-Błońską mieści się w europejskiej średniej, jeśli chodzi o stosunek do tej kwestii, a PO potwierdziła jeszcze, że w tej sprawie nie będzie nigdy dyscypliny partyjnej. Uważam, że to mocna odpowiedź na prowokację Kaczyńskiego i Trybunału mgr Przyłębskiej. To oferta dla społeczeństwa, które w tej sprawie zmieniło pogląd przez ostatnie 30 lat, ale z zachowaniem autonomii naszych parlamentarzystów.

Pan podniesie rękę za podczas głosowania?
Zawsze trzeba się zabezpieczyć na wypadek dziwnych zapisów w ustawie, ale co do zasady uważam, że

Reklama

skoro kompromis został rękami Kaczyńskiego, Ordo Iuris i episkopatu zniszczony, to trzeba gdzieś tę umowną granicę umieścić. To powrót do stanu prawnego z 1996 roku.

Politycy Zjednoczonej Prawicy już mówią, że PO to mordercy dzieci…
A niektórzy księża już wzywają do nieudzielania politykom PO sakramentów. Mnie to nie dotyczy, bo „Nasz Dziennik” już dawno mnie ekskomunikował za głosowanie za in vitro. Proszę zważyć, że PiS jest bardzo daleko na prawo od głównego nurtu europejskiej chrześcijańskiej demokracji. PiS nie mieści się w EPL, której PO i PSL są członkami. To raczej pokazuje, jak polscy trumpiści odstają od reszty Europy. Oby skończyli jak Trump.

Nie obawia się pan rozłamu w partii?
Mieliśmy żywą dyskusję na wewnętrznych forach PO, ale mam wrażenie, że na koniec większość kolegów motywowana będzie szacunkiem do koleżanek, wśród których nowe stanowisko ma miażdżące poparcie, także pod wpływem demonstrujących na Strajku Kobiet własnych dzieci.

Coraz częściej mówi się o tym, że koalicja rządząca nie dotrwa do wyborów w konstytucyjnym terminie. Jak pan przewiduje?
Modlę się o to, ale jak wiemy, są tylko dwa sposoby na przyspieszenie wyborów – pierwszy to nieuchwalenie budżetu, a ten właśnie przeszedł. Drugi to samorozwiązanie Sejmu, do którego potrzebna jest większość kwalifikowana, która na razie nie rokuje. Te ruchy robaczkowe w Zjednoczonej Prawicy to raz, a realia konstytucyjne to dwa.

Najwcześniejszym momentem, według mnie, mógłby być marzec przyszłego roku, gdyby ZP nie udało się przegłosować budżetu pod koniec tego roku.

Czy rząd ma większość?
Tego dowiemy się tylko przy okazji głosowań, np. gdyby pojawiło się wotum nieufności wobec jednego z ministrów, który stracił rekomendację swojej macierzystej partii, czy wobec sprawy, która dzieli ZP, takiej jak ustawa o ratyfikacji unijnego Funduszu Odbudowy.

Na ile realny jest pana zdaniem scenariusz z rządem technicznym i Gowinem jako premierem?
Zachęcam do lektury tekstu w tygodniku „Polityka” z jesieni 2019 roku, tuż po wyborach parlamentarnych, w którym popełniłem felieton pod znaczącym, w tym kontekście, tytułem „Premier Gowin”. Kibicowałem wybraniu go na marszałka Sejmu, bo niewątpliwie przestrzegałby regulaminu i przywrócił parlamentowi podmiotowość.

A opozycja jest gotowa do rządzenia? Publicyści prześcigają się w diagnozach, że jest skłócona, nie ma lidera, więc nie poradziłaby sobie.
Partią, która ma największą ilość posłów z partii opozycyjnych, jest PO, która rok temu wyłoniła nowego lidera. To są jakieś dywagacje dziennikarskie. Barierą jest to, że w tym Sejmie trudno skonstruować alternatywną większość, bo

na hipotetycznego premiera Gowina, w ramach konstruktywnego wotum nieufności, musieliby zagłosować jednocześnie Adrian Zandberg i Krzysztof Bosak, co jest wyobrażalne, a w tym momencie jeszcze mało prawdopodobne.

Codziennie umiera kilkaset osób, zaczyna się III fala, przedsiębiorcy bankrutują, a prezydent pojechał na narty. Jak pan to skomentuje?
Uważam, że dbanie, szczególnie w pandemii, o formę fizyczną jest bardzo ważne. Szkoda, że nie jest dostępne dla większości Polaków, a tylko dla elity władzy. Szkoda też, że tak dużą cenę musimy płacić za to, że pan prezydent może nadal cieszyć się swoim urzędem. Przypomnę, że Andrzej Duda jest prezydentem tylko dlatego, że partia rządząca na czas pandemii nie wprowadziła stanu klęski żywiołowej, bo to by przesuwało wszystkie wybory, w tym prezydenckie, na czas po pandemii. Gdyby, po bożemu, zgodnie z konstytucją, wprowadzano stan nadzwyczajny, to w tej chwili głową państwa byłaby pani marszałek Witek.

Ceną za to jest kompletny chaos prawny w państwie. Ostatnio ogłoszono, że grupa polityków PiS-u, gromadząc się na Wawelu w miesięcznicę, nie złamała prawa, bo prawo jest bezprawne, czyli że ich własne rozporządzenia nie mają podstawy prawnej. Z tego samego powodu – braku podstawy prawnej oraz skierowania ustaw i rozporządzeń do pseudo-TK – firmy nie dostają odszkodowań, które by się im należały, gdyby stan klęski żywiołowej obowiązywał.

Uważam, że to zbyt wysoka cena za szusowanie pana prezydenta.

Czy prezydent nie powinien chociaż udawać, że coś robi jako głowa państwa w tej sytuacji?
W ostatniej kadencji pewnie już mu się nie chce.

PiS zmienia zasady służby zagranicznej, m.in. nie będzie trzeba znać języków obcych, aby wyjechać na placówkę. Jak ocenia pan zmiany?
To dopełnienie w służbie zagranicznej tego, co zrobili już w służbie cywilnej i wszelkich innych instytucjach państwa. Wszystko po to, aby mierni PiS-owcy mogli zobaczyć trochę świata. Brałem udział w rozważaniu tej ustawy podczas posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych Senatu i próbowałem zwrócić panu wiceministrowi z Ordo Iuris uwagę na jej absurdy, np. że dyrektorem departamentu będzie teraz mogła zostać osoba z magisterium ze szkoły Rydzyka albo teologii na KUL-u, a nie będzie mógł zostać absolwent Oxfordu czy Cambridge, bo tam dyplomem ukończenia studiów jest dyplom bakałarza, a nie magistra. To pokazuje, jaki jest plan PiS-u na polskie państwo: mają je przejąć wojownicy wojny kulturowej, z janczarami Ordo Iuris na czele. Z polskiej dyplomacji zostanie tyle, co ze stadniny koni w Janowie Podlaskim. Nieważne, że będzie prowincjonalne i niewydolne… byle było ich.

Dostrzegam tu element pozytywny, bo ci panowie w absurdalny sposób próbują wmontować urząd prezydenta w powoływanie na stanowiska dyplomatyczne, co odczytuję jako próbę zabezpieczenia PiS-owskich kadr w MSZ; jednocześnie jest to uznaniem prawdopodobieństwa, że PiS może przegrać najbliższe wybory.

A gdy to nastąpi, to – podobnie jak w mediach publicznych, służbach, wojsku, prokuraturze i nauce – będzie trzeba to tsunami miernoty poddać jakiejś elementarnej weryfikacji.

Senat uniewinnił w procesie impeachmentu Donalda Trumpa. Była co prawda większość, ale nie było wymaganych 2/3. Jest pan rozczarowany tą decyzją?
Uważam to za błąd. Republikanie zastosowali trik techniczny argumentując, że potępiają próbę puczu, ale nie można złożyć Trumpa z urzędu, którego już nie zajmuje. Moim zdaniem amerykańska demokracja doznała zawału, który o mały włos nie skończył się zejściem, a ponieważ nie zostało to napiętnowane, to mogą pojawić się naśladowcy.

A sam Trump? Czy realny jest scenariusz, gdzie ubiega się ponownie o urząd prezydenta?
Trump ma demencję i wątpię, aby za 4 lata był w stanie, w którym będzie nawet dla swoich fanatycznych wyznawców wiarygodny. Natomiast fakt realnego podziału Partii Republikańskiej jest wyraźny i chyba ją sparaliżuje na dłużej.

Co czeka partię, która wydała takie znakomitości jak prezydent Reagan, a ostatnio dwukrotnie nominowała Donalda Trumpa?
Jak mówił Kisiel o socjalizmie: „To nie kryzys, to rezultat”.

Jak się wywołuje antyinteligenckie, antywaszyngtońskie emocje, potem się je karmi, a potem tchórzliwie ustępuje szarlatanowi, to ma się taki rezultat.

Republikanie stają przed dylematem, który zidentyfikował już Bush junior. Demografia amerykańska oznacza, że coraz trudniej wygrać ogólnoamerykańskie wybory tylko na bazie „białych Amerykanów”. Jeżeli chce się być partią ogólnonarodową, to trzeba się rozszerzyć na konserwatywnych Latynosów i Afroamerykanów. Bush junior próbował to robić. Trump poszedł w drugą stronę, czyli próbował wygrywać poprzez mobilizację quasi-faszystowskich emocji zagrożonej, kurczącej się bazy demograficznej i manipulowanie procesami wyborczymi.

Demokraci, którzy mają teraz zdolność do zmian ordynacji wyborczych, a także powołania nowych stanów, jak Portoryko i Waszyngton, utrudnią drogę do wygrywania wyborów poprzez fałszerstwa. Jedyną szansą, wobec tego, byłby powrót na ścieżkę wyjścia z tego etnicznego matecznika.

Jak PiS będzie próbował porozumieć się z nową administracją amerykańską? Przy okazji ustawy o podatku od mediów już rząd dostał jasny sygnał, że tak łatwo nie będzie.
Autorzy ustawy o opodatkowaniu mediów mogli być przekonani, że robią dobrze amerykańskim firmom, bo podatek od reklam w Internecie ma wynosić tylko 5 proc., a od polskich mediów 15 proc., więc

przewaga konkurencyjna firm internetowych nad mediami tradycyjnymi jeszcze by się pogłębiła.

Koledzy z PiS wydają się przekonani, że gigantyczne kontrakty bez negocjacji, które dali firmom zbrojeniowym, plus pieniądze wydane na think tanki lobbujące w Waszyngtonie, wystarczą do uzyskania wpływów na administrację Demokratów, choć już widać, że pierwsze sygnały nie są dobre. Sekretarz stanu znalazł czas na rozmowę z ministrami spraw zagranicznych, np. Szwecji, a dla Polski nie znalazł.

Amerykanie rozmawiali z nami kanałem ministerstwa obrony, zatem potraktowali nas jak Arabię Saudyjską, czyli nie aprobują tego, co robimy w polityce wewnętrznej, ale wojskowo, oczywiście, będą współpracować.

Politycy z PiS-u mogą nie rozumieć, że są tak traktowani, bo informacje o polityce amerykańskiej czerpią od jakichś prawicowych trolli. To się może skończyć źle nie tylko dla nich, ale i dla Polski.

Onet dotarł do informacji, z których wynika, że ćwiczenia Zima-20 to był spisek przeciwko szefowi sztabu. Według źródeł Onetu wirtualna porażka z Rosjanami była zaplanowana, aby odpowiedzialność spadła na gen. Andrzejczaka, ponieważ minister Błaszczak chce go zastąpić gen. Wiesławem Kukułą, dowódcą Wojsk Obrony Terytorialnej. Przyznam, że trudno uwierzyć w te doniesienia.
Żadna amatorszczyzna, zapiekłość polityczna i intryganctwo tej ekipy nie jest w stanie mnie zdziwić, ale to, że robią to także wokół tajnego ćwiczenia, jest szokujące. Te ćwiczenia pokazały coś dla nas niebezpiecznego i to dobrze świadczy o samym ćwiczeniu. Powinniśmy natomiast martwić się o to, że pokazały przegraną, mimo że uwzględniono w nich użycie systemów obronnych, których jeszcze nie mamy. Takie ćwiczenie jest na wagę złota, jeśli wyciąga się z niego wnioski, że trzeba zmienić doktrynę obronną albo zatkać luki w wyposażeniu. W żadnym wypadku nie może to być argumentem przeciwko jego autorom.

Oczywiście możemy robić ćwiczenia, w których bierzemy na klatę rosyjską ofensywę, po czym przechodzimy do kontrofensywy i dochodzimy do Uralu. Na mapie można to zrobić, bo mapa przyjmie wszystko. Niestety,

mamy u władzy prowincjonalnych amatorów, którzy nie rozumieją polskiego interesu narodowego, chociaż uwielbiają o nim mówić.

Nasze wojsko doznało dwóch potężnych ciosów: pierwszym był Smoleńsk, gdzie straciliśmy wszystkich dowódców sił zbrojnych, czyli najbardziej doświadczonych polskich generałów. Drugim były czystki generałów z doświadczeniem w Iraku i Afganistanie, które przeprowadził Macierewicz. Teraz chcą ostatniego doświadczonego generała odwołać z funkcji szefa sztabu, a na jego miejsce wziąć generała z doświadczeniem zaledwie na szczeblu operacyjnym, od obrony terytorialnej.

Przypominam, że oficjalnym uzasadnieniem do utworzenia WOT było „nasycenie pola walki patriotyzmem.” Jest to przepis na kolejne wiekopomne zwycięstwo moralne, czyli klęskę.


Zdjęcie główne: Radosław Sikorski, Fot. Flickr/PO, licencja Creative Commons

Reklama