Polityka, którą chce się uprawiać tylko na ulicy, nie jest polityką i nie jest skuteczna. Sama rozkiełznana i wykrzyczana, choćby najgłośniej i bardzo drastycznie, antysystemowość nie wystarczy, aby coś zmienić – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. – Tu chodzi o coś znacznie większego: o to, czy będzie ta bezwzględna formacja ludzi wszechstronnie niekompetentnych rządzić dalej Polską, czy nie. W proteście przeciwko bezsensowi i przemocy tej władzy muszą pojednać się wszystkie opozycyjne wobec niej podmioty. Nie ma wyjścia – podkreśla. – Ja nie czuję się „dziadersem”, chociaż jestem człowiekiem starym. To zresztą kategoria naznaczająca, ujawniająca – mówiąc nieładnie – „ejdżyzm”, który kieruje się takimi samymi stereotypami, co mizoginizm, ksenofobia, antysemityzm czy rasizm – dodaje nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: To już tradycja, że rozmawiamy w czasie świąt. W tym roku będzie o tradycji czy o polityce?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Są tym razem dwie zarazy, które nas toczą: żałosna i straszna polityka oraz ten COVID-owy robal. Zatem te święta na pewno będą inne, bo powszechnie mamy poczucie, że spoczywa na nas nadmierne brzemię, że życie stało się trudne i bardziej niebezpieczne. I że to niebezpieczeństwo może nas dopaść w sposób zupełnie przypadkowy, znienacka, „jak złodziej w nocy”, aby zacytować Jezusa.

To są więc święta ze strachem na grzbiecie.

No i na jednym ramieniu będzie nam siedział anioł, a na drugim właśnie demon strachu. Oczywiście zawsze tak jest – jak chce i sama natura, i wiara o archaicznych jeszcze korzeniach – że wokół nas w święta Bożego Narodzenia czai się ciemność. I zgodnie ze starymi bardzo tradycjami trwa walka ciemności ze światłem, demonii z dobrem, życia ze śmiercią. A my siedzący przy zielonym drzewku, w kręgu świateł, jesteśmy mniej lub bardziej tego świadomi. W końcu mówi polska kolęda: „Gdy się Chrystus rodzi,/ i na świat przychodzi./ Ciemna noc w jasności/ promienistej brodzi”.

Reklama

Trochę to się jakoś jednak „rozmywało” w poprzednie lata. A teraz sama zaraza wymusiła na nas powrót do tego, co pierwotne, do takiego rodzaju świętowania.

Wystarczy zajrzeć do „Chłopów” Reymonta, żeby zobaczyć, że na zewnątrz są jakieś paskudne, nieprzyjazne ciemności i zima, a oni siedzą w chałupach i tam świętują po swojemu, gorzej lub lepiej. I my tak samo.

Czyli wracamy do korzeni?
Nowoczesność i dobrobyt nas rozwydrzyły, stworzyły ów migotliwych świat pełen pokus. Te towary, które wylewają się ze sklepów, ta telewizja, która pokazuje nam na jedną modłę, radośnie ćwierkając i epatując tanim blichtrem, co powinniśmy robić przy święcie – to wszystko nas odrywało od tego, co w obchodzeniu Bożego Narodzenia najważniejsze. A najważniejsze jest – niezależnie od tego, czy jesteśmy ludźmi wiary czy też, jak ja, niewierzącymi – jest skupienie się na życiu wewnętrznym i duchowym, także tym domowym, intymnym. Także na rozmaitych sensach moralnych i metafizycznych naszego istnienia.

Do tego wzywają nas zresztą symbole, które – jak powiedział kiedyś Paul Ricoeur – „dają do myślenia”, chcemy tego czy nie.

Ot, pusty talerz na stole, o czym mało kto dziś pamięta, to nie talerz dla wędrowca, ale też umarłego.

A na wigilijnym stole mamy też inne znaki śmierci, choćby potrawy z maku, który przywołuje sen, bliski w wyobrażeniach śmierci, choćby potrawy z grzybów czy kompot z suszu. To wszystko znaki, dla wielu dziś nieczytelne, które pokazują, że w wieczór wigilijny, jak w każde ważne i wielkie święto, otwiera się w wymiarze symbolicznym, duchowym, „wielki przestwór”. Otwiera się granica między światem żywych a światem umarłych, których symbolicznie przyzywamy do siebie, ale których się lękamy zarazem – dlatego mówimy o tym talerzu, że jest dla „wędrowca”, dlatego świętujemy w bliskości iglastych, „wiecznie zielonych” roślin.

To jednocześnie też, na wzór natury, czas oczyszczania, dlatego na święta oczyszcza się dusze w adwentowej pokucie, ale też sprząta się dom, trzepie się dywany.

A Włosi w sylwestra – w połowie tzw. dwunastu strasznych dni, dni bożonarodzeniowego zmagania się dobra ze złem – wyrzucają stare graty przez okno, a sami skaczą z mostów do Tybru.

Jak polski Kościół wejdzie w te święta?
Niezależnie od tego, co pyskują rozmaici nawiedzeni duchowni, ten Kościół został jednak przebity ościeniem – ościeniem prawdy, której nie potrafi sprostać i tylko chaotycznie się wije. Wielu sensownych ludzi wiary przyjmuje zatem ten czas z goryczą. Bo jest w nich jeszcze skąpa – coraz bardziej skąpa – nadzieja na przemianę polskiego Kościoła. Ale obawiam się, że jego struktury zaszły już za daleko…

W sojuszu z tronem?
Polski Kościół zawsze zanurzony był w ten sojusz, nawet za czasów komunizmu. Oczywiście były pewne momenty ostrzejszej walki władzy z Kościołem, np. w okresie stalinowskim czy przy okazji tzw. milenium, były prześladowania i kłopoty, ale przecież nie na sowiecką miarę. I generalnie jakoś się tam dogadywano – coraz bardziej w miarę upływu czasu. Zawsze więc tak czy siak, mniej lub bardziej wyraźnie pojawiały się jakieś formy jakiegoś mariażu tronu z ołtarzem. A już po 1989 roku żadna formacja rządząca nie oparła się wdziękom Kościoła.

Teraz jest to jednak więź ponad wszelką godziwą miarę, bo łączy się z absolutnym przyzwoleniem na każde nadużycie władzy politycznej. To jeden z głównych grzechów Kościoła.

Drugi to oczywiście ta straszna, brudna i niewypowiedziana do końca i zdecydowanie nierozliczona sprawa pedofilii i nadużyć. Mówimy o pedofilii, ale warto mówić trochę szerzej. Jasne, że nieszczęście pedofilii jest straszne, ale trzeba też powiedzieć, że pedofilia jest nade wszystko manifestacją władzy. Władzy nad wszystkimi duszami i ciałami. Jasne, że istnieje coś takiego jak solidarność korporacyjna, ale istnieje również utajniony i równie ważny, jeśli nie ważniejszy, język mocy i przemocy. To szczególne zainteresowanie życiem seksualnym i erotycznym przez polski Kościół nie jest podyktowane więc tylko ciekawością. Jeśli wam duchowni zaglądają pod kołdrę, to nie dlatego, że są  jedynie ciekawi czy erotycznie „napaleni”.

Tylko chcą kontrolować?
Bo kontrolując człowieka w jego najintymniejszym życiu i jego cielesności kontroluje się wszystko. Walka o aborcję jest też czymś o wiele większym, niż tylko walką o prawo wyboru. To walka o wszystko. Ta walka zatoczyła zresztą szeroki krąg, bo punktem wyjścia było radykalne ograniczenie czegoś, co fałszywie nazwano kompromisem aborcyjnym, choć należałoby to nazwać wymuszona ugodą z Kościołem kosztem kobiet.

Natychmiast jednak protesty potoczyły się w różnych kierunkach i różni ludzie wyszli na ulice, także katolicy i katoliczki, którzy pragną innego życia w wierze. Takiego, w którym wiara jest sprawą wyboru, a nie przymusu kulturowego czy prawnego.

A ponieważ Kościół się tak stopił z rządzącą nami niemiłosiernie formacją, że natychmiast protest się przeistoczył w żądania, aby władza została oddana. Zresztą ta władza jest brutalna i nie zna ograniczeń: sięga bez pardonu po wszystko. To więc nie tylko kwestia sądów, mediów, zagrabiania łupów w postaci spółek skarbu państwa itd. To również polityka dotycząca cielesności.

Dlatego też ten język buntu, strajku kobiet i młodzieży jest tak dosadny i odnosi się do wyzwolonej manifestowanej cielesności. Ten bunt zrozumiał też spontanicznie, że część ludzi u władzy prze do przelewu krwi. Było też widać w słowach wypowiedzianych przez Jarosława Kaczyńskiego, w jego nawoływaniu do obrony kościołów.

Protestujący też nie przebierają w słowach. Nie przeszkadza to panu?
Język kartonów wyrażał dosadnie, ale też ironicznie pragnienie duchowego i cielesnego wyzwolenia – w sytuacji, gdy wszelkie granice zostały przekroczone. Ale także był językiem, który mówił o śmierci: „Nie jestem chodzącą trumną!”. Jednocześnie sięgnięto też po formy karnawałowe. I formy protestu, także w wymiarze językowym, mieszały się z formami imprezy, bo młodzi, siedzący w komputerach, odcinający się od świata dojrzałych i przejrzałych także na swoich „imprezach”, i sięgnęli po to, co najbardziej znają. To zjawisko

Fryderyk Engels zauważył, że niemieccy chłopi zbuntowani przeciwko swoim panom, Kościołowi i wielkim miastom sięgnęli po język ewangelii; Engels odpowiada, że dlatego, że nie znali żadnego innego. A podobnie jest teraz z młodymi.

Te protesty się wypalają?
Oczywiście, że protest wygasa, nie może być on stanem permanentnym. I przemija w swoich widowiskowych, karnawałowych formach, które pewnie mogą się odnowić przy jakiejś okazji. Niezależnie jednak od tego, to nie przejdzie bez śladu i przemieni naszą świadomość w znacznym stopniu. Już nic nie będzie takie same jak przed jesiennym Strajkiem Kobiet.

Pytanie: czy można to przekuć w wymiar polityczny?
I opozycja, i liderki rewolty kobiet muszą to zrozumieć. Dystans zachowywany przez Martę Lempart wobec formacji politycznych wspierających Strajk Kobiet, także wobec posłów i posłanek KO i Lewicy, którzy wychodzili na ulice ze wsparciem, jest ze wszech miar niesłuszny. Opozycja potrzebuje tej żarliwości ulicznego buntu jako swojego zaplecza, swojego teatru znaczenia i siły, ale i bunt potrzebuje politycznych form i struktur. Wszelkie więc polityczne niesnaski i kaprysy trzeba pochować. Bo tu chodzi o coś znacznie większego: o to, czy będzie ta bezwzględna formacja ludzi wszechstronnie niekompetentnych rządzić dalej Polską, czy nie.

Liderki Strajku Kobie powiedziałyby, że mówi pan jak „dziaders”…
Ja nie czuję się „dziadersem”, chociaż jestem człowiekiem starym. To zresztą kategoria naznaczająca, ujawniająca – mówiąc nieładnie – „ejdżyzm”, który kieruje się takimi samymi stereotypami, co mizoginizm, ksenofobia, antysemityzm czy rasizm. Określenie takie zarazem pokazuje bardzo dobrze niezdolność – niestety – zespolenia spontanicznego, radykalnego buntu z tym, co polityczne. Mnie to więc nie uraża, ale uważam, że to jest głupota.

W proteście przeciwko bezsensowi i przemocy tej władzy muszą pojednać się wszystkie opozycyjne wobec niej podmioty. Nie ma wyjścia.

Nie ma co się dąsać jak Marta Lempart na Barbarę Nowacką czy Agnieszkę Dziemianwicz-Bąk i opowiadać, że „ukradły Czarny Protest”. Albo zaczniesz myśleć poza kategoriami osobistej urazy i resentymentu, albo przegrasz.

Polityka, którą chce się uprawiać tylko na ulicy, nie jest polityką i nie jest skuteczna. Sama rozkiełznana i wykrzyczana, choćby najgłośniej i bardzo drastycznie, antysystemowość nie wystarczy, aby coś zmienić.


Zdjęcie główne: Zbigniew Mikołejko, Fot. Wikimedia Commons/Małgorzata Mikołajczyk, licencja Creative Commons

Reklama