Reklama

Wirus SARS-CoV-2 jest bardzo sprytny, ponieważ w głównej target grupie, czyli wśród osób młodych, mobilnych, które najczęściej się zarażają, powoduje łagodną chorobę bądź zakażenie jest bezobjawowe. Zatem wirus nie ma specjalnej „motywacji”, żeby dążyć do wersji łagodniejszej. Warto również pamiętać, że koronawirusy zmieniają się znacznie wolniej, niż wirus grypy. Dostępne badania pokazują, że ciągle zarażamy się tym samym wirusem, który był z nami na początku roku – mówi nam wirusolog prof. Krzysztof Pyrć z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Jeżeli przekroczyliśmy Rubikon, to czekają nas nieprzyjemne chwile i konieczność zamknięcia na większą skalę. Jeżeli nie przekroczyliśmy, to działania prewencyjne mające zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa, jeżeli zostaną podjęte błyskawicznie i mądrze, to mogą jeszcze uratować sytuację – dodaje

JUSTYNA KOĆ: 5300 nowych zakażeń to już kolejny,duży wzrost względem dnia poprzedniego. Jak bardzo jest źle?

Krzysztof Pyrć

KRZYSZTOF PYRĆ: W mojej ocenie sytuacja jest poważna, ponieważ mamy dużo niezdiagnozowanych osób, które są chore. Osoby bezobjawowe, które roznoszą wirusa, wymykają się systemowi diagnozy. Świadczy też o tym fakt, że obecnie przypadki są mocno rozproszone. Wcześniej widzieliśmy charakter ogniskowy epidemii, ponieważ śledziliśmy pojedyncze przypadki. Można się spodziewać, że przy braku działania liczba chorych w najbliższych dniach będzie rosła.

Od soboty cała Polska jest żółtą strefą, co oznacza m.in., że maseczki na zewnątrz stały się obowiązkowe dla wszystkich. Premier zapowiedział przywrócenie godzin dla seniora w sklepach i aptekach, pozostają normalnie działające szkoły. Czy to działania, które spowolnią transmisjĘ wirusa?
Częściowo tak, natomiast proszę pamiętać, że maseczki wewnątrz, czyli tam, gdzie dochodzi do najbardziej intensywnego kontaktu, już od dawna były obowiązkowe.

Reklama

Noszenie maseczek na zewnątrz ma zastosowanie, kiedy jesteśmy w tłumie i gdzie dystans jest niewielki.

Moim zdaniem warto by się przyjrzeć miejscom, gdzie najczęściej dochodzi do transmisji, czyli miejscom, gdzie kontakt między ludźmi jest bliski i długotrwały. Jestem absolutnie przeciwnikiem tego, żeby zamykać szkoły, ale warto się zastanowić, czy nie można wprowadzić już teraz pewnych zasad, które ograniczą transmisję, ale nie zaburzą funkcjonowania szkół. Na przykład tych zaproponowanych przez nasz zespół przy prezesie Polskiej Akademii Nauk. Niestety to trzeba zrobić odpowiednio wcześniej i pytanie, czy mamy jeszcze na to przestrzeń, czy już przekroczyliśmy Rubikon.

Jeżeli przekroczyliśmy, to co nas czeka, jeżeli nie, to co należy zrobić?
Jeżeli przekroczyliśmy Rubikon, to czekają nas nieprzyjemne chwile i konieczność zamknięcia na większą skalę. Jeżeli nie przekroczyliśmy, to działania prewencyjne mające zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa, jeżeli zostaną podjęte błyskawicznie i mądrze, to mogą jeszcze uratować sytuację. Pamiętajmy jednak, że to bardzo podstępna epidemia, a my widzimy wydarzenia ze sporym opóźnieniem.

Kiedy ktoś się zaraża, to mamy punkt nr 1, mija tydzień, dwa do momentu, kiedy jest diagnozowany. Kolejne 1-3 do momentu, kiedy jest ciężko chory lub umiera.

Już teraz zarażeni są ludzie, którzy jeszcze nie weszli w fazę choroby, a ich „zobaczymy” dopiero za tydzień, dwa. Dlatego trudno mi określić, gdzie dokładnie na tej mapie jesteśmy.

Jeżeli te działania wprowadzone od soboty zadziałają, to kiedy zobaczymy efekt, kiedy liczba nowych zakażeń nie będzie tak dramatycznie rosnąć?
Efekty dzisiejszych działań zobaczymy za około 2 tygodnie.

Czy jest możliwość, że za 2 tygodnie zobaczymy również 10 tys. zakażeń dziennie?
Na mogę tego wykluczyć.

Czy służba zdrowia to wytrzyma? Dziś co drugie łóżko covidowe jest zajęte.
Jeżeli ziści się wariant negatywny, to służba zdrowia moim zdaniem nie będzie w stanie poradzić sobie z taką liczbą przypadków. A jesteśmy jeszcze przed sezonem grypowym, kiedy nałożą się nowe czynniki ryzyka. To ostatni dzwonek, żebyśmy zdali sobie sprawę, że to od naszych zachowań i decyzji będzie zależało, co wydarzy się w nadchodzących tygodniach i miesiącach.

To nasza odpowiedzialność i to my tak naprawdę decydujemy, jak ta epidemia będzie wyglądała.

Jak duży mamy na to wpływ, było widać na wiosnę, kiedy praktycznie wyciszyliśmy nadchodzącą falę właśnie tymi najprostszymi sposobami.

Wiosną był lockdown. Czy teraz może się powtórzyć potrzeba zamknięcia całego kraju?
Te zasady postępowania proponowane są właśnie po to, żeby nie trzeba było wprowadzać znowu lockdownu.

Jak badać, żeby wyłapać tych zarażających?
W tym momencie to będzie dość trudne, bo nie da się wszystkich przebadać. Są jednak sposoby, żeby monitorować pandemię niezależnie od wydolności systemu. Warto tu wspomnieć o metodzie testowania grupowego opracowanej przez prof. Dobrzyń z Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN czy testowanie środowiskowe opracowywane w naszym laboratorium.

Dziś gdzie najbardziej się zarażamy?
Nie można wskazać jednego miejsca. Popatrzymy, gdzie jest dużo osób, gdzie spędzamy dużo czasu w niewielkich odległościach. To suma wielu punktów – pracy, domu, sklepów, szkół, miejsc kultu.

Wirus nie wie, czy jest w szkole, czy w teatrze. Bliski kontakt, niewielki dystans, szczególnie jeśli nie ma maseczek.

Co z 1 listopada i co z kościołami? Te pozostają otwarte bez ograniczeń.
Ciężko mi się wypowiadać na temat konkretnych wydarzeń, jeżeli nie znam zasad, ale jak powiedziałem, wirus nie jest wybredny i znajdziemy go również na cmentarzu czy w kościele.

Co wiemy dziś o wirusie? Gdy rozmawialiśmy poprzednim razem wiosną, pytałam m.in. o to, czy temperatura ma wpływ na transmisję.
Już wiemy, że wirus świetnie sobie radzi także w wysokich temperaturach i już wiemy, że nie stało się to, co z SARS-1, który zniknął wraz z nadejściem lata. Jednak warto też wspomnieć, że kiedy przyszły pierwsze ciepłe dni, transmisja zmniejszyła się. Latem zmniejszyła się też ewidentnie śmiertelność i odsetek ciężkich przypadków. W lecie zniknęły czynniki ryzyka – koinfekcje, niska temperatura, suche powietrze, smog, osłabienie organizmu. Chociaż pojawiają się teorie, że śmiertelność spadła, ponieważ wirus złagodniał; niestety nie ma dowodów, że tak się wydarzyło.

Wirusy mają tendencję do zmniejszania zjadliwości z czasem. Jeżeli wirus powoduje ciężką, śmiertelną chorobę, którą można rozpoznać i która zmniejsza mobilność chorego, to szansa, że kogoś zarazi, jest niewielka. Znacznie lepiej będzie przenosił wariant, który powoduje tylko lekką chorobę.

Wirus SARS-CoV-2 jest bardzo sprytny, ponieważ w głównej target grupie, czyli wśród osób młodych, mobilnych, które najczęściej się zarażają, powoduje łagodną chorobę bądź zakażenie jest bezobjawowe. Zatem wirus nie ma specjalnej „motywacji”, żeby dążyć do wersji łagodniejszej. Warto również pamiętać, że koronawirusy zmieniają się znacznie wolniej niż wirus grypy. Dostępne badania pokazują, że ciągle zarażamy się tym samym wirusem, którym był z nami na początku roku.

Czy to, że wirus nie mutuje tak szybko, może być ułatwieniem dla poszukiwania szczepionki?
Dla poszukiwania nie, ale oznacza, że jeżeli powstanie skuteczna szczepionka, to zajmie mu dużo czasu zanim stanie się na nią oporny. Zakładam więc, że nie będzie z tego powodu konieczne coroczne szczepienie, jak ma to miejsce przy grypie.


Zdjęcie główne: Mateusz Morawiecki, konferecja nt. COVID-19, Fot. Flickr/KPRM/Krystian Maj, licencja Creative Commons; zdjęcie w tekście: Krzysztof Pyrć, Fot. Uniwersytet Jagielloński

Reklama