Reklama

Używanie rekonstrukcji rządu do skuteczniejszego powstrzymywania Ziobry jest zbrodnią przeciwko społeczeństwu i państwu. Kaczyński może przez epidemię stracić co najwyżej władzę. Polscy przedsiębiorcy za jego wieloletnią impotencję jako lidera polskiego państwa płacą ryzykiem zniweczenia owoców pracy całego życia. A ludzie czekający w kolejce do SOR-ów albo w kolejce do respiratorów płacą życiem po prostu – pisze Cezary Michalski. Ten rodzaj głupoty, na którym Kaczyński i Morawiecki żerują od lat, obrócił się przeciwko nim. Epidemia jest poza kontrolą, budżet państwa jest poza kontrolą, poza kontrolą są górnicy, mieszkańcy wsi, antyszczepionkowcy, zwolennicy teorii spiskowych i parę innych grup społecznych, których Kaczyński powinien się bać, bo to oni w 2015 roku dali mu władzę, a później przez pięć lat pozwolili mu tę władzę utrzymać.

Jednym z zabawniejszych – nawet jak na standardy sprawowania władzy i komunikowania się z opinią publiczną w epoce panowania Jarosława Kaczyńskiego – wydarzeń ubiegłego tygodnia było utajnienie treści umowy koalicyjnej podpisanej przez liderów PiS, Solidarnej Polski i Porozumienia po trwającym ponad tydzień politycznym przesileniu w obozie władzy. Patryk Jaki powiedział później, że porozumienie podpisane przez liderów Zjednoczonej Prawicy pozostanie tajne, a jego treść nie powinna nikogo interesować, ponieważ „w dokumencie nie ma zapisów dotyczących ustaw, które poróżniły koalicjantów”.

Z kolei wiceminister obrony Marcin Ociepa z Porozumienia Jarosława Gowina, wypowiadając się zapewne w ramach posiadanych przez siebie kompetencji obronnych, dodał, że umowa koalicyjna pozostaje utajniona, ponieważ „są tam pewne rzeczy, które nie mogą być jawne ze względów wrażliwości bezpieczeństwa państwa”. Jarosław Kaczyński w ogóle się w tej sprawie nie wypowiedział, bo Bóg (lub chociażby idol) nigdy nie odpowiada na pytania śmiertelników.

Umowa koalicyjna jest tajna, ponieważ jej nie ma.

Oczywiście rekonstrukcja rządu jest jawna, to znaczy jej ostateczny kształt i jego konsekwencje będziemy wszyscy poznawać w najbliższych tygodniach. Jednak koalicjantom nie udało się z Jarosławem Kaczyńskim wynegocjować rzeczy najważniejszej, czyli mechanizmu tworzenia list wyborczych na kolejne wybory do Sejmu.

Reklama

Kaczyński, nie mogąc zlikwidować Ziobry teraz w obawie przed hakami z prokuratorskich śledztw zebranymi na Morawieckiego i innych ważnych ludzi w PiS-e, nie wyłączając prezesa, zdecydował się zamrozić spór na parę miesięcy (jeśli dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych) lub na parę lat (jeśli wybory odbędą się w konstytucyjnym terminie).

o likwidacji Solidarnej Polski i Porozumienia Kaczyński chce wykorzystać tworzenie list wyborczych. Z przecieków dochodzących z niezbyt ostatnio szczelnego obozu władzy wynika, że prezes PiS (to chyba tytuł wciąż ważniejszy od wicepremiera) chciałby po pierwsze stworzyć jedną listę bez partyjnych klasyfikacji, co prowadziłoby do wizerunkowego wchłonięcia koalicjantów już w trakcie kampanii. Przede wszystkim jednak

Kaczyński chce przesunąć na tej liście kandydatów Solidarnej Polski i Porozumienia na tzw. miejsca niebiorące. Koalicjanci oczekiwali gwarancji, że tego nie zrobi, takiej gwarancji jednak nie dostali.

Jarosław Kaczyński postanowił zatem rekonstrukcję rządu i nową własną pozycję w tym rządzie wykorzystać do gry na czas. Do osłaniania przez parę miesięcy lub przez parę lat coraz słabszego Morawieckiego (już nie mówiąc o coraz słabszych Sasinie, Błaszczaku czy innych członkach tego PiS-owskiego „gabinetu cieni” żyjącego wyłącznie tak długo, jak długo świeci Słońce Nowogrodzkiej) przed coraz silniejszym Ziobrą, który przetrzebi PiS-owski „gabinetu cieni”, gdy tylko Słońce Nowogrodzkiej zajdzie.

W ten sposób Komitet Bezpieczeństwa, na którego czele ma stanąć wicepremier Kaczyński, nie jest Komitetem Bezpieczeństwa państwa polskiego, ale komitetem bezpieczeństwa Morawieckiego i paru innych ludzi podejrzewanych przez Ziobrę o sukcesyjne ambicje. Kaczyński nie mógł zrobić większej przysługi swojemu najgroźniejszemu dziś przeciwnikowi, jak użycie do jego chwilowego powstrzymania całej rekonstrukcji polskiego rządu.

Parę problemów ważniejszych, niż Ziobro

Tak głębokie zaangażowanie się Kaczyńskiego (a więc także Morawieckiego, Sasina, Błaszczaka i innych) w walkę z Ziobrą przychodzi w momencie, kiedy cały rząd, obóz władzy i jego liderzy powinni byliby znaleźć trochę więcej czasu na rozwiązanie paru innych problemów.

Epidemia koronawirusa wymknęła się spod kontroli. Słynny PR Morawieckiego na część społeczeństwa nie działa, a ta część, na którą działa, w opanowaniu epidemii akurat przeszkadza, a w dodatku także zaczyna się przeciwko władzy buntować.

Ludzie, którzy wierzyli w przekaz TVP Info czy w kolejne wypowiedzi Morawieckiego, doszli bowiem do wniosku, że jeśli premier mówił prawdę zapewniając, że epidemia wygasa, wirus się cofa albo że zabija go ultrafiolet, to w takim razie premier kłamie i „ogranicza ich wolność”, kiedy żąda od nich noszenia maseczek, zachowywania społecznego dystansu itp., itd.

Co to zresztą za społeczny dystans, skoro mają go przestrzegać zwykli obywatele, a nie muszą go przestrzegać ani Kaczyński (na cmentarzu 10 kwietnia w apogeum pierwszego „zamknięcia”), ani zakażony koronawirusem Czarnek wchodzący mimo zakazu odwiedzin do Wojskowego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Skoro czołowi politycy partii rządzącej ostentacyjnie depczą konstytucję, prawo i wszelkie regulacje, czemu ma ich przestrzegać „lud”, nawet ten „pisowski”? Chodzi widocznie o władzę, o politykę, o kontrolę, a nie o żadnego koronawirusa. Takie przekonanie wyprowadza na ulice polskich miast tysiące protestujących świrów, a miliony zwykłych obywateli uczy, że maseczki, regulacje, ostrożność, a w przyszłości szczepionki – są dla naiwniaków.

Morawiecki miał rację mówiąc, jeszcze jako prezes banku, że „ludzie są tacy głupi”, skoro uznają za autorytet Chucka Norrisa namawiającego ich w reklamie do brania kredytów, także walutowych. Jednak teraz ten rodzaj głupoty, na którym Kaczyński i Morawiecki żerują od lat, obrócił się przeciwko nim.

Epidemia jest poza kontrolą, budżet państwa jest poza kontrolą, poza kontrolą są górnicy, mieszkańcy wsi, antyszczepionkowcy, zwolennicy teorii spiskowych i parę innych grup społecznych, których Kaczyński powinien się bać, bo to oni w 2015 roku dali mu władzę, a później przez pięć lat pozwolili mu tę władzę utrzymać.

Polskich „libertarian” (w tym antyszczepionkowców i ludzi „niewierzących w wirusa”) Kaczyński zmobilizował politycznie w 2015 roku, a część już zmobilizowanych przejął od Kukiza, przekonując ich wówczas skutecznie, że tylko on obali władzę „ekspertów”, „yntelygentów”, „elyty” (dwa ostatnie pojęcia cytuję za Rafałem Ziemkiewiczem), która mówi im, jak mają żyć. Na przykład ucząc ich w szkołach i na uniwersytetach, lecząc ich w szpitalach, uchwalając dla nich prawa, a potem te prawa jako sędziowie interpretując, a jako służby państwowe egzekwując.

Elektorat socjalny, a także górników, Kaczyński przekonał, że w budżecie państwa jest pieniędzy w bród, bez ograniczeń, „wystarczy nie kraść”. Wieś przekonał, że upokorzy miastowych, którzy wywyższają się i pchają ze swoimi standardami (na przykład w dziedzinie ochrony zwierząt).

Narodowców przekonał, że poradzi sobie z Brukselą oraz imigrantami. Kościół przekonał, że poradzi sobie z sekularyzacją „idącą z Zachodu”.

Nie poradził sobie z niczym. Bruksela jest mu teraz potrzebna, żeby załatać nie tyle już dziurę budżetową, co nieistniejący budżet polskiego państwa. Imigranci (na przykład ci z Ukrainy) ratują polski rynek pracy zdemolowany przez 500 Plus i obniżenie wieku emerytalnego.

Kaczyński zachowywał się tak, jakby nie wierzył, że kiedykolwiek naprawdę będzie rządził. A jeszcze bardziej, że przyjdzie mu rządzić w czasach kryzysu (który sam pogłębi). Kiedy się rządzi, trzeba uchwalać i egzekwować prawo. Kiedy się rządzi, trzeba dopinać budżet. Kiedy się rządzi, trzeba edukować ludzi, a nie ich ogłupiać, bo od intelektualnego poziomu narodu może w chwili kryzysu zależeć samo przetrwanie państwa.

Teraz budżet polskiego państwa jest pusty. Teraz Ziobro, narodowcy, Tanajno, górnicy… nie rozumieją, czemu Kaczyński jest „miękki” wobec Brukseli (Ziobro tylko udaje, że nie rozumie). Teraz walka z epidemią wymaga użycia nie PR-u, nie magii, ale argumentów dostarczanych przez lekarskie, naukowe i inne „łże-elity”. Te argumenty jednak nie skutkują. I to najbardziej nie skutkują w przypadku wyborców Kaczyńskiego. Jak bowiem mają oni wierzyć „łże-elitom”, skoro sama „ich” władza przez pięć lat w swoich wystąpieniach i w swojej codziennej propagandzie pozbawiała te „łże-elity” wszelkiego autorytetu?

Kaczyński zdobył władzę populistycznym bagnetem, teraz jednak coraz trudniej mu na tym bagnecie usiedzieć. Problem w tym, że dyskomfort jego siedzenia ma się nijak do ceny, którą za jego populizm płaci całe polskie społeczeństwo i państwo.

Używanie rekonstrukcji rządu do skuteczniejszego powstrzymywania Ziobry jest zbrodnią przeciwko społeczeństwu i państwu. Kaczyński może przez epidemię stracić co najwyżej władzę. Polscy przedsiębiorcy za jego wieloletnią impotencję jako lidera polskiego państwa płacą ryzykiem zniweczenia owoców pracy całego swojego życia. A ludzie czekający w kolejce do SOR-ów albo w kolejce do respiratorów (jak zwykle rzeczywistość, o której dowiadujemy się od lekarzy i pielęgniarek, jest przeciwieństwem PR-u produkowanego przez Morawieckiego) płacą życiem po prostu.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Powołanie nowych członków Rady Ministrów, Fot. Flickr/KPRM/Krystian Maj, licencja Creative Commons

Reklama