Reklama

Hasło „Wyp…!” jest skierowane do władzy, do PiS-u, nikt normalny nie powie, że do całej klasy politycznej, do opozycji, KO czy PSL. Adresat jest wyraźnie określony. Zatem mamy polityczną konfrontację liberalno-lewicowej młodej Polski z nacjonalistyczno-klerykalną stetryczałą ekipą pod wodzą znanego weterana z Żoliborza – mówi nam prof. Janusz A. Majcherek, filozof i socjolog. – Stan wyjątkowy jest możliwy, tylko że rewolucje nie przejmują się stanami wyjątkowymi, zarządzeniami porządkowymi. Rewolucja, gdy wybuchnie, nie zatrzyma się dlatego, że ktoś wydał jakiś dekret – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Jak nazwie pan to, co obserwujemy na ulicach? To zderzenie kultur, a może zderzenie cywilizacji?

JANUSZ A. MAJCHEREK: Jest kilka wymiarów tego zjawiska, zatem można zastosować kilka, będących już od jakiegoś czasu w obiegu, określeń na jego zidentyfikowanie.

Po pierwsze – wojna kultur. To pojęcie wprowadzone w stosunku do USA przez tamtejszego teoretyka Jamesa Huntera, potem zidentyfikowane i zanalizowane też w innych krajach, w tym także w Polsce, głównie przez Wojciecha Bursztę, który napisał sporo analiz na ten temat, ale także oczywiście w Turcji, na Węgrzech, w Rosji. Najkrócej streszczając,

Reklama

jest to wojna oparta na konfrontacji tradycjonalizmu, konserwatyzmu z nowoczesnością, w niektórych przypadkach wręcz z ponowoczesnością, choć oczywiście przybiera różne formy.

W Turcji po jednej stronie jest radykalizm islamski w rozumieniu Erdoganowskim, w Stanach Zjednoczonych będzie to ewangelikański protestantyzm, a w Polsce oczywiście nacjonalistyczny katolicyzm. Po drugiej stronie są siły kosmopolityczne, ponowoczesne, w związku z czym nie mają jednoznacznej identyfikacji. Ta wojna kultur przybiera także formę uliczną, czasem wręcz rewolucyjną.

Drugie określenie to wojna pokoleniowa, co może w trafny sposób koncypuje Janusz Korwin-Mikke, człowiek, którego rzadko cytuję, ale w tym przypadku z mównicy sejmowej bodaj trafnie obwieścił, że jeżeli się tego nie powstrzyma, przybierze to formę protestów z 1968 roku we Francji. Zresztą rok 68 nie ograniczał się tylko do Francji czy Europy, bo to był ruch ogólnoświatowy, w Polsce także, choć u nas przybierał specyficzną formę, bo był wkomponowany w kontekst komunistycznego systemu. Był buntem młodzieży zniecierpliwionej skostniałym, siermiężnym, dziadowskim reżimem Gomułki, ale coś podobnego działo się wszędzie.

Hasło tamtych lat – „Nie ufaj nikomu po trzydziestce” – wyrażało właśnie ten młodzieżowy żar wiary w sprawczą moc młodości.

Zresztą ta wiara została w dużej mierze spełniona, oczywiście nie w całości i to akurat dobrze, ale świat Zachodu po roku 1968 stał się zupełnie inny. To była nieodwracalna zmiana mentalna, kulturowa, obyczajowa, społeczna, edukacyjna, właściwie pod każdym względem. Widząc średnią wieku uczestników obecnych protestów, nieuchronnie ma się skojarzenia właśnie z buntem pokoleniowym. Tym bardziej, że po drugiej stronie, niezależnie od młodych wyszczekanych, wypomadowanych, wygarniturowanych PiS-owców, mamy człowieka leciwego, wychowanego w PRL, ukształtowanego w zupełnie innej epoce i myślącego schematami dla współczesnej młodzieży archaicznymi.

Trzeci wymiar jest stricte polityczny. Oczywiście nie można powiedzieć, że to ruch lewicowy, ale już lewicowo-liberalny, i to w sensie nie ekonomicznym, ale światopoglądowym, obyczajowym – już tak.

To jednak przede wszystkim ruch anty-PiS-owski i konfrontacja Polski anty-PiS z PiS-owską.

Świadczy o tym hasło, które jest najważniejszym wyzwaniem, wyraźnie skierowane do konkretnej formacji politycznej.

Mówi pan o „Wyp…!”?
Tak i jest skierowane do władzy, do PiS-u, nikt normalny nie powie, że do całej klasy politycznej, do opozycji, KO czy PSL. Adresat jest wyraźnie określony. Zatem mamy polityczną konfrontację liberalno-lewicowej młodej Polski z nacjonalistyczno-klerykalną stetryczałą ekipą pod wodzą znanego weterana z Żoliborza. Ten obraz jest dopełniony jeszcze czymś istotnym – obecnością na mapie protestów także bardzo małych miejscowości i nie mam tu na myśli Siemiatycz czy Wadowic, tylko naprawdę małe wsie czy miejscowości liczące tysiąc czy półtora tysiąca mieszkańców, gdzie też wychodzą na ulice młodzi w protestach, jakich nie widziano tam od dawna.

Co się stało, że młode pokolenie tak wkurzone wyszło na ulice? Jeszcze pół roku temu socjologowie załamywali ręce, że młodzież nie interesuje się polityką, a na marszach KOD czy Obywateli RP było widać raczej 60 plus niż 18.
To, co się dzieje, ma cechy i znamiona sytuacji rewolucyjnej, a ona stwarza warunki wielkiego buntu. Czasem wystarczy iskra, która pada na podatny grunt. Tą decyzją było orzeczenie TK, które nie jest tylko ograniczeniem możliwości dokonania aborcji dla 1000 kobiet rocznie, to całkowita zmiana wymowy tego przepisu i nie tylko w zakresie problematyki aborcyjnej, ale całej tematyki wolnościowej, praw obywatelskich, praw człowieka, praw kobiet itd. Orzeczenie Trybunału było tylko iskrą, która padła na nastroje wkurzonych postępującą autorytaryzacją Polski.

Odzwierciedliło ono proces będący cofaniem obyczajowym, kulturowym, cywilizacyjnym. To proces wstecznictwa, powrotu do ciemnogrodu.

Na transparentach pojawia się wiele niecenzuralnych słów, a postulaty OSK są bezkompromisowe – dymisja rządu, przywrócenie niezależnego TK, świeckość państwa, niezależny RPO. Protesty obejmują też kościoły. Nie za ostro?
Wydaje mi się, że jest wielka siła przekonująca w haśle, które pojawia się często na transparentach i wypowiedziach uczestniczek: „Grzeczne już byłyśmy”. Ono odzwierciedla zawód, rozczarowanie kulturalnymi, delikatnymi, pokojowymi manifestacjami przeciwko autorytaryzacji Polski. Pewnie zresztą dlatego okazały się one nieskuteczne. Nawet te wcześniejsze protesty kobiet, jak marsz parasolek czy Strajk Kobiet, chociaż wydawały się wówczas skuteczne, okazały się tylko chwilowym zwycięstwem, a prace nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej wstrzymano jedynie na 2-3 lata.

To hasło jest bardzo trafną konstatacją i proklamacją, bo pokazuje, że pokojowe, nieagresywne metody są kompletnie nieskuteczne. Cynik, agresor, cham nic sobie z tego nie robi.

Bardzo podobało mi się hasło „Wypier****ć – proszę i dziękuję”, bo ironicznie pokazuje właśnie, że to jest manifestacja rozczarowania metodami pokojowymi.

Zresztą przypomniałem sobie ostatnio scenę, kiedy grupa kilkunastu KOD-owców, ludzi 50 plus, w większości kobiet, stało bodaj przed Sejmem w szpalerze kilkunastu osób z hasłami obrony demokracji. Niejaki Joachim Brudziński chodził wewnątrz tego szpaleru ze smartfonem i z ironicznym uśmieszkiem ich filmował. To było dla mnie strasznie przygnębiającym widokiem, bo te starsze i kulturalne kobiety zostały potraktowane jak małpy w ZOO, całkowicie bezbronne. Może gdyby wtedy dostał w gębę kijem od transparentu albo ktoś by mu plunął w ten roześmiany pysk, to by zrozumiał cokolwiek. Wówczas jednak to on wyszedł triumfująco z tej konfrontacji.

Jestem człowiekiem, który nie używa na co dzień wulgaryzmów, ale przyznam, że wobec tego, co się dzieje, mnie to nie razi, bo sytuacja jest nadzwyczajna, warunki są niecodzienne, a zachowanie władz jest skandaliczne pod każdym względem – począwszy od wyroku TK, poprzez szykany, represje, nasyłanie bojówkarzy, groźby itd.

W tej sytuacji dosadność języka mnie nie razi, bo wiele niecenzuralnych słów się ciśnie na usta i one są adekwatne do tej sytuacji.

Od zawsze w Polsce panowało przekonanie, że bez poparcia czy aprobaty Kościoła nie da się przeprowadzić zmian w Polsce. Jak będzie teraz i czy ten sojusz tronu z ołtarzem może zostać zerwany?
W niektórych krajach, często jako przykład przytaczana jest Irlandia, sekularyzacja i marginalizacja roli Kościoła nastąpiła bardzo szybko, w kilkanaście lat, a procesy związane z funkcjonowaniem Kościoła zazwyczaj trwają dużo dłużej. W Polsce już się toczą od 2005 roku, czyli od śmierci polskiego papieża. Wówczas jeszcze nastąpiła kulminacja religijnych uniesień, w której uczestniczyli nawet ci z Kościołem niespecjalnie związani. Od tamtej pory, rok po roku słabła rola Kościoła i ten proces jest nieuchronny, tego już się nie da powstrzymać. Pytanie, czy przyśpieszy i osiągnie tempo irlandzkie, a zatem za życia tej generacji, która dziś protestuje na ulicach, Kościół stanie się marginesem, czy proces ten zostanie rozłożony na wiele dekad, może pokoleń.

Owszem, takie przepowiednie o sekularyzacji były krytykowane i pojawiło się w ostatnich latach sporo analiz sugerujących, że religia powraca jako ważna siła społeczna, kulturowa, polityczna itd. Ale to było formułowane raczej ze względu na ekspansję islamu. Oczywiście wiadomo też, że „jak trwoga, to do Boga”, więc w razie jakichś napięć, załamań koniunktury, trudnych sytuacji społeczno-politycznych, ludzie czasem wracają do religii i Boga, bo tam szukają ostoi, ale jeżeli nie nastąpią takie naprawdę dramatyczne wydarzenia – oczywiście pandemia jest pewnego rodzaju takim zdarzeniem – ale jeżeli nie nastąpi jakiś dramat, to sekularyzacja w Polsce będzie postępować w przyśpieszonym tempie.

Już dziś mamy manifestacyjne porzucanie Kościoła przez osoby publiczne, z drugiej strony masowy odwrót od Kościoła młodzieży.

Już dziś są takie klasy szkolne, i to nie tylko w Warszawie czy Wrocławiu, gdzie na lekcje religii zgłaszają się 2-3 osoby. Paradoksem jest, że to pokolenie antykościelne zostało wychowane właśnie przez Kościół. Religia w szkole, masowa indoktrynacja religijna, rekolekcje szkolne, msze inaugurujące rok szkolny, to wszystko wywarło odwrotny skutek od zamierzonego. I to nie chodzi o to, że religia jest anachroniczna, bo każdą religię można w różnej formie przedstawiać, tylko o kompletnie zacofane, XIX-wieczne formy katechezy, ceremonialność ze średniowiecza, wszystko to tchnie starzyzną i jest zupełnie nieatrakcyjne. Mówiąc młodzieżowym językiem, to wszystko jest obciachowe, bo niby jak Kościół rydzykowo-jędraszewski może przyciągnąć młodych.

Powiedział pan, że to, co się dzieje na ulicach, ma znamiona rewolucji. Zatem co będzie dalej?
Przyznam, że z mojej strony takie stwierdzenie było też pewnym asekuranctwem, bo skoro coś ma charakter ruchu rewolucyjnego, to trudno przewidzieć jego przebieg, ponieważ cechą charakterystyczną rewolucji jest to, że jej rozwój jest kompletnie nieprzewidywalny. Ona toczy się w sposób spontaniczny i żywiołowy, wbrew bredniom niektórych przedstawicieli obozu rządzącego, że oto mamy do czynienia z zaprogramowanym i nadzorowanym przez kogoś ruchem. Tu może zdarzyć się wszystko, łącznie z realizacją najbardziej ponurych prognoz, choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Nawet jak popatrzymy na to, co dzieje się na Białorusi, a to jest porównywalne, to strzelanie do ludzi raczej nie wchodzi w grę. Wariant chiński z 4 czerwca 1989 roku, czyli rozprawa w stylu Tiananmen, jest niewyobrażalny w kraju europejskim, członkowskim UE, do tego wkomponowanym w struktury euroatlantyckie itd.

Stan wyjątkowy jest możliwy, tylko że rewolucje nie przejmują się stanami wyjątkowymi, zarządzeniami porządkowymi. Rewolucja, gdy wybuchnie, nie zatrzyma się dlatego, że ktoś wydał jakiś dekret. Niestety, są możliwe warianty siłowe o charakterze bojówkarskim, kibolskim. Co prawda policja protestuje przeciwko wzywaniu bojówek ONR-owskich do działania, bo to policja, jak w każdym demokratycznym kraju, ma monopol na przemoc. Jeżeli stanie się inaczej, to wrócimy do czasów międzywojennych, gdy w Polsce szalały bojówki polityczne, co było jednym z najbardziej paskudnych aspektów tamtego okresu. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, chociaż to wariant prawdopodobny.

Wygląda na to, że obecne władze liczą na zmęczenie i opadnięcie nastrojów, a także po cichu, że pandemia zrobi swoje.

Ilość nowych zachorowań idzie w dziesiątki tysięcy, zatem może pojawić się masowy strach. Moim zdaniem zresztą ten strach kieruje starszą częścią społeczeństwa, ludźmi, którzy 3-4 lata temu wychodzili na ulice przeciwko niszczeniu praworządności. Dzisiaj też pewnie by wyszli, gdyby nie pandemia, bo to jednak generacja, która jest bardziej zagrożona jej skutkami. Podejrzewam, że manifestacje byłyby jeszcze większe, gdyby nie szalejący wirus, zresztą pewnie dlatego właśnie teraz ta decyzja TK została wydana.


Zdjęcie główne: Janusz A. Majcherek, Fot. Adam Walanus

Reklama