Reklama

Informację, że Prawo i Sprawiedliwość chce wypowiedzieć konwencję antyprzemocową usłyszeć można już od kilku dni. Nie znajdowały jednak potwierdzenia w oficjalnych wypowiedziach rządu. Dziś minister Elżbieta Rafalska przyznała “Gazecie Wyborczej”, że jest za, a Ministerstwo Sprawiedliwości, że trwają nad tym prace. Nie poinformowali o tym jednak pełnomocnika rządu ds. równego traktowania Adama Lipińskiego, który mówi, że takich planów nie ma. Jest więc znów wielki bałagan, wokół bardzo ważnego i bardzo potrzebnego dokumentu.


Eksperci są zgodni. Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej uważa się za fundamentalne narzędzie przeciwdziałania przemocy.

– Konwencja antyprzemocowa jest, można powiedzieć, elementarzem w tym obszarze. Od edukacji, profilaktyki, przez wsparcie i ochronę ofiar, aż do ścigania i karania sprawców – mówi dr Sylwia Spurek, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich. – Zakłada pewne standardy, które każde państwo jest zobowiązane spełnić. W sensie politycznym i edukacyjnym jej wypowiedzenie pokazywałoby, ile dla rządzących znaczy przeciwdziałanie przemocy w rodzinie, jak traktują to zjawisko i jak traktują swoje obowiązki w zakresie przeciwdziałania temu zjawisku.

– Ten dokument kładzie przede wszystkim bardzo duży nacisk na coś, co jest w Polsce zaniedbane, a mianowicie na profilaktykę – mówi Joanna Piotrowska, założycielka i prezeska Fundacji Feminoteka. – Mówi też o tym, że stereotypy płciowe są jednym z powodów przemocy wobec dziewcząt.

Reklama

I właśnie to nie podoba się rządzącym. Minister Elżbieta Rafalska przyznała w rozmowie z “Gazetą Wyborczą”, że pomysł wypowiedzenia konwencji popiera. – Jestem za wypowiedzeniem przez Polskę konwencji antyprzemocowej. Byliśmy jej od początku przeciwni. Szereg wyrażonych w niej poglądów i rozwiązań kłócił się z naszymi poglądami, np. zapisy związane z kulturowym widzeniem płci. Dla mnie płeć jest kategorią biologiczną, a nie kulturową – powiedziała minister.

Informacje o możliwości wycofania się z konwencji najpierw zaskoczyły. Szybko przyszło też jednak oburzenie.

– Komentarz może być tylko negatywny – mówi Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, europosłanka PO, członkini komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia, była pełnomocnik rządu ds. równego traktowania.
– Konwencja jest znanym w świecie dokumentem, podpisały ją już wszystkie kraje Unii Europejskiej i prawie wszystkie kraje Rady Europy. Połowa podpisujących już konwencję ratyfikowała – w tym Polska. Nad przystąpieniem do konwencji pracuje też Unia Europejska – decyzje w tej sprawie zostały już przegłosowane w Parlamencie Europejskim, Komisji i Radzie Europejskiej. ONZ uznała tę konwencję za złoty standard polityki antyprzemocowej. W tej sytuacji wycofanie się z konwencji byłoby decyzją niezrozumiałą i źle przyjętą w środowisku międzynarodowym – dodaje.

– To jest zła decyzja i zła wiadomość dla kobiet, ale także polskich obywateli – mówi Barbara Grabowska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Ta konwencja mówi nie tylko o ochronie przed przemocą wobec kobiet, ale także o przemocy domowej. Może się odnosić właściwie do każdego, także dzieci czy mężczyzn, którzy stają się ofiarami przemocy. Konwencja miała stworzyć wspólne mechanizmy działania dla wszystkich państw, które do niej przystąpiły. Przystąpiła np. Turcja. Dlatego też wypowiadając konwencję, pod względem mechanizmów ochrony praw człowieka chcemy ustawić się  za Turcją. Wystąpienie z konwencji oznacza obniżenie ochrony praw człowieka – tłumaczy.

Wypowiadając konwencję, pod względem mechanizmów ochrony praw człowieka chcemy ustawić się  za Turcją.

– Najgorsze jest jednak to, że my nie mamy ku temu żadnych argumentów – dodaje Kozłowska-Rajewicz. – Nie mówimy, że nie mamy pieniędzy, nie mówimy, że nie jesteśmy w stanie sprostać artykułom, do których składaliśmy zastrzeżenia, nic z tych rzeczy. Z dotychczasowych wypowiedzi wynika, że przeciwnikom konwencji nie podoba się właśnie rozdział o prewencji, w którym łączy się politykę antyprzemocową z promowaniem równouprawnienia. Ta prosta zasada: im więcej równości, tym mniej przemocy, łatwo daje się przełożyć na politykę państwa m.in. w dziedzinie edukacji. To połączenie polityki równościowej z przeciwdziałaniem przemocy to najbardziej doceniany i chwalony w czasie debat wątek w konwencji. Dlatego wypowiedzenie jej nie znalazłoby zrozumienia w Radzie Europy. Byłby to wielki wstyd, gdybyśmy coś takiego zrobili – zaznacza.

Wstyd to jedno, byłoby to też jednak zaprzepaszczenie tego, nad czym od lat pracują organizacje pozarządowe.

– To otworzy furtkę, żeby kwestię przemocy wobec kobiet zamieść znów pod dywan – mówi Joanna Piotrowska. – To i tak nie jest temat zauważany, ale może być jeszcze gorzej. Pamiętamy, jak dwie organizacje pozarządowe, pomagające ofiarom przemocy, nie dostały dotacji na swoją działalność, bo kierują pomoc tylko do kobiet. Konwencja mówi natomiast, żeby kierować pomoc do grupy najbardziej narażonej, a to są kobiety i dzieci. I konsekwencje będą takie, że wszelkie nasze dotychczasowe działania, przekonywanie policji, pomocy społecznej, lekarzy, żeby przełamywali stereotypy płciowe, żeby pomagali ofiarom przemocy, nie zrzucali winy na ofiarę, zostaną prawdopodobnie zmarnowane. I tak nie jest dobrze, ale będzie znów gorzej – ostrzega.

O co więc chodzi?

Po pierwsze, konwencja nakłada na nas pewne obowiązki.

– Państwa, które ją ratyfikowały, zobowiązują się do podejmowania konkretnych działań, konsekwentnych, mających na celu pomoc ofiarom przemocy. Np. powinien powstać 24-godzinny telefon antyprzemocowcy, ogólnopolski, z jednym numerem – tego w Polsce nie ma – wymienia Joanna Piotrowska. – Powinna powstać odpowiednia liczba schronisk. Ten aspekt prewencyjny zobowiązuje państwa, by raz w roku zrobiły dużą kampanię edukacyjno-informacyjną do społeczeństwa, związaną z przemocą. W Polsce ostatnia taka kampania, rządowa, była w 2005 roku – dodaje.

Po drugie zaś – według Barbary Grabowskiej – “konwencja zakłada powstanie międzynarodowego organu eksperckiego, który ma kontrolować to, jak państwo radzi sobie ze zjawiskiem przemocy domowej, jak je zwalcza, jak mu zapobiega”.

– W tej sytuacji takiej kontroli zewnętrznej nie będzie. Są obowiązki, które wynikają z konstytucji, ale przy nielegalnej blokadzie Trybunału Konstytucyjnego można założyć, że nie będzie on w stanie pełnić roli kontrolnej nad tworzonym prawem. I o to też pewnie chodzi; rząd uznał, że nie chce kontroli, nie chce, żeby ktoś sprawdzał, w jaki sposób działa, np. jak chroni kobiety przed przemocą. To jest, moim zdaniem, przykład strachu i izolacji międzynarodowej – tłumaczy Grabowska.

Debata o ratyfikacji miała miejsce prawie dwa lata temu. Panowało wówczas przekonanie, że międzynarodowy organ kontrolny będzie coś na Polsce wymuszał. Nic na razie nie wymusił, ale można odnieść wrażenie, że rząd bardzo boi się usłyszeć krytykę z zewnątrz.

To przykład strachu i izolacji międzynarodowej.

– Słyszałam taki argument, że Polska ma już przepisy prawne, których konwencja wymaga, więc nie musi już w niej być – opowiada Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. – To absurdalne tłumaczenie, bo ratyfikacja konwencji jest możliwa właśnie wtedy, gdy państwo osiągnie tę zgodność. Czyli właśnie dzięki tej wysokiej zgodności w prawie mogliśmy tak szybko tę konwencję ratyfikować. Ratyfikacja służy temu, żeby kontrolować później, czy przepisy są przestrzegane. Jeżeli wypowiadamy konwencję, to tak, jakbyśmy mówili: “Nie chcemy przestrzegać tego prawa”. Tego nikt nie zrozumie, naprawdę. Będzie to bardzo zły sygnał, który wyślemy w świat – zaznacza.

Co możemy zrobić?

– Doniesienia medialne, które docierają do nas, są bardzo niepokojące, jednak my jako organ konstytucyjny i organ ds. równego traktowania musimy mieć informację oficjalną – mówi dr Spurek. – Dlatego zwrócimy się do pana ministra Lipińskiego, pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, z pytaniem, czy takie prace, zmierzające do wypowiedzenia konwencji, rzeczywiście trwają – dodaje.

Pełnomocnik rządu ds. społeczeństwa obywatelskiego Adam Lipiński zapytany dziś o to przez PAP powiedział, że “program prac legislacyjnych rządu nie przewiduje wypowiedzenia konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”.

Innego zdania jest podobno Ministerstwo Sprawiedliwości. “Gazeta Wyborcza” pisze, że resort sprawiedliwości potwierdza, iż “rozpoczął dyskusję na temat konwencji”.  Nam tego już nie potwierdził. W rozmowie telefonicznej dowiedzieliśmy się, że są na ten temat zbierane informacje i polecono nam przysłanie maila. Na maila odpowiedzi nie ma.

Jeśli jednak okaże się, że udział Polski w konwencji jest zagrożony, zrobić możemy niewiele.

– Ustawa o umowach międzynarodowych nie przewiduje jednak udziału RPO ani w momencie przystępowania do umów międzynarodowych, ani przy ich wypowiadaniu. Nasza rola, jeśli okaże się, że takie prace trwają, musi być ograniczona do merytorycznego argumentowania przeciwko pomysłowi wypowiedzenia konwencji. Będziemy też próbowali pokazać istotę tej konwencji i jej znaczenie dla przeciwdziałania przemocy w rodzinie – mówi dr Spurek.

To, co się stanie, to protesty.

– Sytuacja jest taka sama, jak w przypadku Czarnego Poniedziałku 3.10. – mówi nam inicjatorka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Marta Lempart. – Każda i każdy z nas zna przynajmniej jedną osobę, w którą uderzyłyby nieludzkie przepisy promowanej przez PiS ustawy antyaborcyjnej. Tak samo każda i każdy z nas zna przynajmniej jedną osobę, której dotyczy przemoc domowa. Zasadnicza analogia wynika jednak z tego, że znów chodzi o to samo – o odebranie kobietom podmiotowości, wolności, godności. To jest kolejna wojna rządu z kobietami – podkreśla.

Dlatego też na Facebooku już coraz głośniej mówi się o tym, że bez wyjścia na ulice się nie obejdzie. Na razie trwa zbieranie podpisów pod petycją, która jest w zasadzie raczej ostrzeżeniem.

– Żądamy, aby do 10 grudnia premier Beata Szydło i pan poseł Jarosław Kaczyński oświadczyli publicznie, że Polska pozostanie stroną konwencji.  Treść petycji jest już im z pewnością znana, ale dla pewności doręczymy ją do Kancelarii Premiera i do klubu parlamentarnego PiS. Patrząc na tempo działania partii rządzącej w kwestiach zasadniczych dla Polski, możemy spokojnie uznać, że czasu mają aż nadto. To od decyzji tych dwóch osób zależy, co wydarzy się dalej. Zakładam, że to samo, co w przypadku poprzedniego strajku kobiet – symbolem zwycięstwa i źródłem inspiracji jest dla mnie, nieustająco, wysoko uniesiona ręka wściekłej i przerażonej posłanki Krystyny Pawłowicz, głosującej za odrzuceniem ustawy antyaborcyjnej. PiS nie wygra wojny z kobietami – mówi organizatorka protestów.

To znów cofnięcie kobiet to roli strażników tradycji, bez względu na to, jakie są konsekwencje tej tradycji.

I dodaje: – Najważniejszym elementem trwających właśnie uzgodnień dotyczących protestów jest zadbanie o to, żebyśmy nie byli “partią osobno”. Chcemy uwzględnić to, co już się w Polsce dzieje, tak aby nie tworzyć kontry do już planowanych protestów, a jednocześnie wyraźnie zaznaczyć, że chodzi o konwencję i nie pozwolić, żeby sprawy praw kobiet po protestach wróciły do kategorii spraw drugorzędnych. Musimy też przyjąć metodę PiS, które działa z zaskoczenia i twardo.

– Dzisiejsze doniesienia prasowe wskazują, że na skutek programu 500 Plus 150 tysięcy kobiet odeszło z pracy, w związku z czym nie będą miały emerytur – mówi Barbara Grabowska. – Kobiety te są więc zepchnięte na margines, jeśli chodzi o ich pozycję zawodową i uzależnione od mężów (i państwa). Pytanie, w jaki sposób taka sytuacja wpłynie na zjawisko tzw. przemocy ekonomicznej, również zabronionej na gruncie konwencji. Łącznie to wszystko może prowadzić do marginalizowania społecznej i zawodowej roli kobiet.

– To znów cofnięcie kobiet to roli strażników tradycji, bez względu na to, jakie są konsekwencje tej tradycji – podsumowuje Joanna Piotrowska. – Nie liczy się człowiek, nie liczy się krzywda, ale liczy się tradycja – dodaje.


Zdjęcie główne: autor Pavlofox, źródło pixabay.com

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama