Reklama

Jeśli Tusk przesądził, jak się wydaje, o podjęciu frontalnej konfrontacji z PiS, na przekór bajaniom innych opozycyjnych polityków o chęci przełamania „duopolu politycznego” i zakończenia „wojny polsko-polskiej”, reszta opozycji musi zdecydować o swoim udziale w tej batalii – pisze Janusz A. Majcherek. Liderzy mniejszych ugrupowań muszą się liczyć z układem sił i porzucić mrzonki o przechwyceniu przywództwa opozycji przez siebie. Tusk wyraźnie sugeruje gotowość do ustępstw i kompromisów.

Przed podjęciem decyzji o sposobie skonfigurowania opozycji do przyszłej walki wyborczej jej stratedzy muszą rozstrzygnąć kilka dylematów.

Jeden z najważniejszych jest następujący: zabiegać o przeciągnięcie na swoją stronę części elektoratu głównego przeciwnika (i w ten sposób podwójnie zwiększyć szanse na wygraną z nim) czy o takie zmobilizowanie własnego i dotychczas niegłosującego, aby tamten przegłosować, pokonać go liczebnie.

Jest takie quasi-makiaweliczne powiedzonko: „Jeśli nie jesteś w stanie pokonać przeciwnika, to się do niego przyłącz”. Część opozycji rozumie je dosłownie, sterując w stronę PiS.

Zdeklarowana opozycja antypisowska ma dylemat wynikający z parafrazy tego powiedzonka: ufać w pokonanie pisowskich przeciwników czy próbować przyłączyć jakąś ich część.

Reklama

Są to warianty rozłączne. Wybór tego pierwszego oznacza pogłębienie polaryzacji i antagonizmu politycznego, co przekreśla szanse na pozyskanie mniej zdeterminowanych wyborców PiS. Za takim wyborem przemawia jednak dość stała przewaga liczebna zsumowanych zwolenników opozycji nad wyborczym zapleczem PiS. Jej wyzyskanie wymagałoby jednak stworzenia jednego, wspólnego bloku wyborczego, bo system D’Hondta niweluje przewagę rozproszonych sił nad skonsolidowanymi.

Trzeba byłoby jednak wtedy stawić czoła kilku innym dylematom. Czy stworzenie jednolitofrontowej reprezentacji wyborczej nie spowoduje utraty części zwolenników poszczególnych ugrupowań składających się na nią, przed czym tak stanowczo przestrzegają liderzy tych mniejszych? Mają oni, oczywiście, partykularny interes w przekonywaniu, że rozmycie partyjnej odrębności, czyli także ich własnego przywództwa, odstręczy część najbardziej ideowych i wiernych wyborców, zrażonych kompromisami koniecznymi do sprzymierzenia się z innymi, niekiedy dość odmiennymi ugrupowaniami. Dlatego

trzeba podchodzić dość ostrożnie do takich antyzjednoczeniowych wywodów działaczy lewicy, PSL czy Hołowni.

Problem wymaga jednak nie tylko silnej perswazji (nasilającej się ostatnio w mediach niepisowskich), lecz także wnikliwych badań. Co najmniej dwa sondaże opublikowane w ostatnich kilku miesiącach pokazywały, że wspólny blok opozycyjny wygrałby o kilka punktów procentowych ze Zjednoczoną Prawicą, choć wzrasta w takim wariancie odsetek niezdecydowanych. Problem wymaga dalszych, pogłębionych badań demoskopijnych, ale argumenty przeciw wspólnemu blokowi wydają się wątpliwe.

Hołownia i Kosiniak-Kamysz stawiają na inną strategię i przekonują o swojej zdolności pozyskania części elektoratu PiS, nieosiągalnej ponoć dla PO/KO, zwłaszcza pod kierownictwem Tuska, mającego duży elektorat negatywny. Innymi słowy, Tusk miałby być niejako skazany na walne starcie z PiS, gdy oni mają potencjał do osłabiania obozu rządzącego przez przechwytywanie jego uczestników i zwolenników.

Jak do tej pory, te przechwałki wydają się gołosłowne. Badania pokazują raczej przepływy pomiędzy ugrupowaniami opozycyjnymi, zwłaszcza PO/KO i Polską 2050 – wzrosty jednych odbywają się kosztem spadku drugich i vice versa. Rozkład sił między opozycją a PiS (Zjednoczoną Prawicą) wyglądał dotychczas na nienaruszalny i liderzy opozycji chełpiący się zdolnością przekonania do siebie części wyborców PiS musieliby ją udowodnić przed wyborami, bo potraktowanie tychże jako sprawdzianu byłoby zbyt ryzykowne.

Zwłaszcza w przypadku PSL, chwiejącego się na progu wyborczym, bo wyraźnie utracił wiejskich wyborców na rzecz PiS i zdolność ich odzyskania miałaby duże znaczenie dla pomyślności operacji odebrania władzy obecnie rządzącemu obozowi.

Trzeba też brać pod uwagę, że mobilizacja elektoratu opozycyjnego do wspólnej rywalizacji z obozem władzy wyzwoli także potencjał mobilizacyjny jego zwolenników. Pokazały to wybory prezydenckie, w których głosy na kandydata PiS ostatecznie przeważyły liczebnie nad oddanymi na reprezentanta opozycji. Niektórzy twierdzą, że to strategia polityczna Kaczyńskiego nastawiona jest na pogłębianie polaryzacji elektoratu, bo sprzyja ona PiS. Odmiennej interpretacji dostarczają argumentów poczynania węgierskiej opozycji, która po zjednoczeniu notuje wyniki dające nadzieję na pokonanie Fideszu. A przecież Orbán dysponuje nie mniej wydajnym aparatem agitacyjno-propagandowym niż Kaczyński.

Tusk bodaj już dokonał wyboru: przeprowadzenia frontalnego starcia z obozem władzy, bez szukania w nim i wśród jego popleczników potencjalnych odszczepieńców. Tym bardziej, że ci, o czym już była mowa, wydają się nieliczni, co przykład Gowina potwierdza – liczba jego wyborców jest trudna do ustalenia, bo sytuuje się poniżej granicy błędu statystycznego.

Resztę opozycji postawił Tusk w sytuacji ambiwalentnej. Proponuje pozostałym siłom przyłączenie się, co ich liderzy odbierają jako uwłaczające im i pomniejszające ich znaczenie, redukujące do roli „przystawek”. Muszą się jednak liczyć z układem sił i porzucić mrzonki o przechwyceniu przywództwa opozycji przez siebie. Ponadto Tusk wyraźnie sugeruje gotowość do ustępstw i kompromisów. Byłyby one o tyle łatwiejsze, że

poniechanie prób pozyskiwania części elektoratu PiS oznacza rezygnację z suflowanego mu przez niektórych partyjnych i publicystycznych konserwatystów przesunięcia w prawo, gdzie ci wyborcy są rozlokowani.

Kosiniak-Kamysz zarzuca mu wręcz zbytnią lewicowość i zachęca do tworzenia liberalno-lewicowej koalicji wyborczej. Bez siebie, oczywiście, bo pozostawił sobie rolę kreatora i przywódcy drugiego, centroprawicowego bloku opozycyjnego.

Sukces wyborczy dwublokowo skonfigurowanej opozycji w Czechach zapewne utwierdza go i jego popleczników w słuszności tej koncepcji. Szkopuł w tym, że nie ma na razie chętnych do współdziałania z PSL, jeśli nie liczyć jakichś planktonowych pretendentów o niewykrywalnym elektoracie. Nie bardzo więc wiadomo, kto miałby się na ten drugi blok złożyć. Wspólny start z kukizowcami to doświadczenie niezbyt zachęcające, zważywszy gdzie jest teraz i co wyczynia Kukiz z garstką pozostałych przy nim towarzyszy. Są też fatalne doświadczenia z „bezpartyjnymi samorządowcami” i inną drobnicą, łatwo zwabianą i przekupywaną przez PiS.

A ewentualne, na razie czysto hipotetyczne, sprzymierzenie się z Hołownią oznaczałoby zyskanie przez PSL znacznie silniejszego sojusznika, gdy Kosiniak-Kamysz wciąż roi o przywódczej roli dla siebie. Przypomnijmy: Hołownia dostał w wyborach prezydenckich prawie 14 proc. głosów, a „tygrysek” niecałe 2,5 proc. Znaj proporcją, mocium panie. W sondażach partyjnych proporcje zaś są niewiele dla PSL korzystniejsze.

Tusk ma w odwodzie jeszcze jeden, ryzykowny krok, jeszcze bardziej niebezpieczny dla reszty skłóconej i hamletyzującej opozycji: samodzielny start PO/KO, z rachubą, że wyborcy antypisowscy gremialnie wesprą taką listę jako najsilniejszą alternatywę dla PiS, porzucając – przynajmniej w części – inne opozycyjne formacje o słabszej pozycji. Konsolidacja elektoratu wokół najmocniejszego reprezentanta ma jednak swoje granice i nie wiadomo, gdzie one przebiegają. Tusk i inni platformiarze mówią o przekroczeniu 30 proc. jako swoim celu. To nie jest niemożliwe, ale wysoce niepewne.

Trzeba też brać pod uwagę, że jeden opozycyjny kandydat w drugiej turze wyborów prezydenckich jednak uległ kandydatowi PiS, gdy pozostali nie wspierali go wystarczająco aktywnie.

Jeśli więc Tusk przesądził, jak się wydaje, o podjęciu frontalnej konfrontacji z PiS, na przekór bajaniom innych opozycyjnych polityków o chęci przełamania „duopolu politycznego” i zakończenia „wojny polsko-polskiej”, podobno upragnionego przez wielu wyborców, reszta opozycji musi zdecydować o swoim udziale w tej batalii. Albo przyłączyć się do wspólnego bloku i wziąć udział w walnym starciu, albo jednak próbować, zgodnie z logiką przełamywania podziałów, przeciągania na swoją stronę części wrogiego dotychczas elektoratu pisowskiego. Oba warianty są ryzykowne, ale pozbawionego ryzyka sposobu odsunięcia PiS od władzy nie widać.

W tych kalkulacjach można natomiast zbagatelizować zarzut, że frontalna konfrontacja z PiS oznacza pogłębienie polaryzacji polskiego społeczeństwa. Jak niegdyś ujął to Bronisław Łagowski, nie ma w polityce sprzeczności między konfrontacją i kompromisem. Aby zyskać władzę, trzeba ostro konkurować z rywalami, w jej sprawowaniu można, a nawet należy się posługiwać kompromisami. To dobra wytyczna dla obecnej polskiej opozycji, choć wymaga przekształcenia w taktyczne decyzje, zwłaszcza z kim chce się rywalizować, a z kim szukać kompromisów.

Trzeba jednak brać pod uwagę, że PiS prowadzi politykę konfrontacji zarówno w trakcie kampanii wyborczych, jak i sprawowania władzy, a nawet zaostrza ją wówczas. Jak długo wszakże będzie ona skuteczna?

Wyniki wiosennych wyborów na Węgrzech dostarczą pewnych wskazówek, ale nierozstrzygających. Jeśli tamtejsza zjednoczona opozycja pokona Fidesz i przejmie władzę, wzmocnienia doznają zwolennicy jednolitofrontowej strategii w Polsce. Ale wciąż będą się spotykać z kontrargumentem, że w Czechach zwycięstwo dała jednak dwublokowość, więc jest też ta inna możliwość. Ewentualne niepowodzenie antyfideszowego sojuszu znacznie osłabiłoby opcję jednoblokową. Jej zwolennicy powinni więc trzymać kciuki za sukces węgierskiej opozycji, choć to nie jedyny powód, by go jej życzyć.

Janusz A. Majcherek

PS

Najnowsze sondaże sugerują, że wspólny blok wyborczy PO/KO i Polski 2050 nie tylko dostałby premię za zjednoczenie, ale także przechwyciłby – jako najsilniejsze wówczas ugrupowanie – większość mandatów po PSL, które do Sejmu by wówczas prawdopodobnie nie weszło. To kolejny argument dla jednoblokowców i powód do głębokiego namysłu strategów PSL i Lewicy.


Zdjęcie główne: Donald Tusk, Fot. Flickr/PO

Reklama