Reklama

Czy antysemicki skandal w Kaliszu, demolujący międzynarodowy wizerunek Polski w momencie, kiedy każdy nowy wymiar izolacji naszego państwa jest dla nas śmiertelnie groźny, był rzeczywiście tylko „prowokacją Putina”, której państwo PiS nie mogło zapobiec? Było wręcz przeciwnie – pisze Cezary Michalski

Hodowla narodowców jest przez Jarosława Kaczyńskiego prowadzona konsekwentnie, od lat, z użyciem wszystkich instytucji polskiego państwa, a także przy obfitym wykorzystaniu do tego celu publicznych pieniędzy.

Kaczyński już w okresie pierwszych rządów PiS, w latach 2006-2007, skończył z udawaniem Piłsudskiego i postawił na nacjonalizm. W swoim odwiecznym lęku, żeby przy prawej ścianie nie powstała dla niego żadna konkurencja, postanowił narodowców po prostu zwerbować i kupić.

Ta strategia kupowania nacjonalistów uległa radykalizacji i umasowieniu po ponownym odzyskaniu przez Kaczyńskiego władzy w 2015 roku.

Jarosław Kaczyński i dwoje jego kolejnych premierów, Beata Szydło i Mateusz Morawiecki, zdecydowali o tym, że młodzi narodowcy stali się drugą najważniejszą – oprócz lokalnych działaczy PiS-u i ich rodzin – rezerwą kadrową „dobrej zmiany”.

Reklama

Działacze ONR i Młodzieży Wszechpolskiej zostali masowo „zaproszeni” do władz spółek skarbu państwa, które natychmiast zaczynały współfinansować nacjonalistyczne imprezy i media, łącznie z Marszem Niepodległości. Zostali też zatrudnieni w Narodowym Banku Polskim (kierowanym przez bliskiego Kaczyńskiemu Adama Glapińskiego), gdzie były szef regionu Młodzieży Wszechpolskiej został redaktorem naczelnym internetowego portalu NBP, a wiceprezes Młodzieży Wszechpolskiej został Dyrektorem Departamentu Audytu Wewnętrznego.

Narodowcy byli zatrudniani w mediach publicznych

(choćby działacz ONR Filip Łukaszewski, który rozpoczął tam pracę jako asystent wicedyrektora portalu polskieradio.pl, a wcześniej na Twitterze zachęcał do „pałowania opozycji”, opowiadał się za wprowadzeniem kary śmierci dla zwolenników aborcji albo po prostu pod natchnieniem chwili pisał, że „pedał pozostanie pedałem i nawet piękne określenie go nie wybieli”).

Młodzi ludzie, którzy przeszli przez ONR, Młodzież Wszechpolską czy Ruch Narodowy, byli poszukiwanym narybkiem w strukturach podległych Ministerstwu Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i Ministerstwu Rozwoju, kiedy tym resortem kierował jeszcze Mateusz Morawiecki, szykujący się dopiero do objęcia stanowiska premiera. Zostali też zatrudnieni w największych polskich spółkach zbrojeniowych w czasie, kiedy szefem MON był Antoni Macierewicz (choć Mariusz Błaszczak też nie wykonał na nich żadnej czystki).

Jarosław Gowin, kiedy w pierwszym gabinecie Zjednoczonej Prawicy został ministrem nauki i szkolnictwa wyższego, w kierowanym przez siebie resorcie powołał na Rzecznika Praw Absolwentów Grzegorza Piątkowskiego, który wielokrotnie przemawiał na manifestacjach narodowców i kiboli atakując imigrantów, islam i wrzeszcząc razem ze swoimi kolegami: „Cała Polska z nami krzyczy, nie dla imigranckiej dziczy!”.

Politycy PiS (np. poseł tej partii z Poznania Bartłomiej Wróblewski) i samorządowcy związani z PiS-em i Prawicą Razem (np. PiS-owski prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadbereżny) finansowali i organizowali wyjazdy ONR-owców i kiboli na kolejne Marsze Niepodległości. Samorządowcy PiS-u regularnie uczestniczyli w antyimigracyjnych marszach organizowanych przez narodowców, przemawiali na nich albo wręcz je współorganizowali i współfinansowali.

Niektóre polskie szkoły (np. elitarne płockie liceum im. Stanisława Małachowskiego) zaczęły traktować najbardziej skrajnych narodowców z ONR jako „partnerów w patriotycznym wychowaniu młodzieży”. Także inni wybrani już w okresie władzy PiS dyrektorzy szkół – czasem faktycznie sami mający skrajnie prawicowe poglądy, a czasem po prostu rozumiejący, skąd wieje wiatr w czasach „dobrej zmiany” – wpuszczali narodowców do szkół lub promowali ich poglądy i akcje własnym autorytetem na swoich kontach facebookowych czy twitterowych.

Działo się tak przy kompletnej obojętności albo wręcz przy cichym wsparciu MEN i kuratorów, którzy albo ostentacyjnie odrzucali skargi rodziców czy nauczycieli, albo na nie nie reagowali. Zupełnie oficjalnie współpracują z narodowcami niektóre lokalne struktury NSZZ „Solidarność”, np. w Świętokrzyskiem i na Podkarpaciu.

Całkowicie już kontrolowany przez PiS Instytut Pamięci Narodowej jest partnerem najbardziej skrajnych środowisk nacjonalistycznych przy organizowaniu imprez upamiętniających „żołnierzy wyklętych”.

Gwarancja bezkarności

Z tego wzięła się bezkarność narodowców. Nie można przecież swoich sojuszników politycznych w walce z „liberałami” czy „Brukselą”, a także swoich współpracowników w ministerstwach, spółkach skarbu państwa czy mediach wsadzać do aresztu, zakładać im teczek, piętnować jako przestępców.

Bezkarność gwarantowały narodowcom dwa kluczowe resorty rządów najpierw Beaty Szydło, później Mateusza Morawieckiego, to znaczy Ministerstwo Sprawiedliwości i MSWiA. To dzięki zbiorowym wysiłkom Zbigniewa Ziobro, Patryka Jakiego i Michała Wójcika jako szefów resortu sprawiedliwości, a jednocześnie zwierzchników polskiej prokuratury, Jacek Międlar, suspendowany jako kapłan za głoszenie antysemickich kazań, i Piotr Rybak, który w 2015 roku spalił kukłę Żyda na wrocławskim rynku, pozostali na wolności i mogli poprowadzić 11 listopada 2017 roku najbardziej brutalny i jawnie antysemicki marsz narodowców we Wrocławiu.

Dopiero po tym wydarzeniu „lewacki sąd” (nawet język używany do atakowania polskich sędziów przez narodowców i przez obecne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości był identyczny), mimo wysiłków prokuratorów działających wówczas raczej jako adwokaci, zdecydował o doprowadzeniu do więzienia Piotra Rybaka.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik, pytany wówczas w TVN24 o przyczyny bezkarności Jacka Międlara, odpowiedział – już po wrocławskim marszu nacjonalistów w 2017 roku, w czasie którego prowadzący ten marsz Rybak i Międlar powtarzali tezy o „żydowskich rządach nad Polską” i wrzeszczeli pod adresem ówczesnego prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza: „Dutkiewicz, zdejmij jarmułkę!” – że prokuratorzy odstąpili od jego ścigania, bo w jego wypowiedziach „nie dostrzegli znamion przestępstwa”. Zanim Piotr Rybak 11 listopada 2021 „wystąpił” w Kaliszu, w styczniu 2019 roku poprowadził jeszcze marsz narodowców przez Oświęcim i zakłócił obchody 74. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz.

Po drodze było też zagwarantowanie przez prokuratorów podlegających Ziobrze bezkarności narodowcom, którzy w listopadzie 2017 roku powiesili w Katowicach portrety europarlamentarzystów Platformy Obywatelskiej jako „zdrajców”. Jeszcze w 2020 roku Sąd Okręgowy w Katowicach musiał uchylać decyzję prokuratorów Ziobry o umorzeniu postępowania w tej sprawie.

Podobnie jak w przypadku zachowań prokuratury, także wymuszona przez kierownictwo MSWiA bierność wobec narodowców cechuje polskie służby praktycznie od momentu przejęcia władzy w Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego. Zaczynało się niewinnie, kiedy w 2016 roku policjanci z Wybrzeża zostali „postawieni do pionu” przez kierownictwo MSWiA, a później nasłano na nich upokarzające kontrole po to tym, jak ośmielili się założyć kajdanki córce radnej PiS, która wraz z narodowcami zaatakowała legalną Paradę Równości, lżąc najpierw „pedałów”, a później szarpiąc się z interweniującymi stróżami porządku.

Kiedy później narodowcy bili działaczy KOD-u na pogrzebie Inki w Warszawie i na obchodach rocznicy Czerwca ’76 w Radomiu, policja już nie interweniowała, a Mariusz Błaszczak (wówczas szef MSWiA) obwiniał ofiary pobić, a nie sprawców.

Policyjni związkowcy regularnie skarżyli się mediom i posłom z sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych, że kierownictwo resortu blokuje działania wobec środowisk nacjonalistycznych.

Dziś problemem dla Kaczyńskiego nie jest powstrzymanie dalszego rozwoju radykalnego ruchu narodowego, ale to, czy nacjonalistyczni bojówkarze będą bić jego, czy będą bić opozycję. Dlatego właśnie kupił sobie Roberta Bąkiewicza.

Prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Robert Bąkiewicz, który dzięki „upaństwowieniu” tegorocznego Marszu Niepodległości przez Kaczyńskiego stał się pełnoprawnym reprezentantem prezesa PiS w czasie obchodów Święta Niepodległości w Warszawie, był wcześniej przez państwo PiS karmiony, finansowany, kupowano mu sprzęt, a on w zamian za to atakował i zakłócał społeczne protesty i wiece opozycji. Tak było w czasie Strajku Kobiet, tak było w czasie antypolexitowej manifestacji warszawiaków.

Bąkiewicz był do 2018 roku jednym z liderów ONR. Ta organizacja, wraz z Młodzieżą Wszechpolską, organizowała przez wiele lat „wakacyjne” rajdy na Myślenice. Miały one upamiętniać pogrom dokonany przez narodowców na żydowskiej ludności tego miasteczka w 1936 roku (tamtejsi Żydzi byli wówczas bici i lżeni, a ich dobytek został spalony na rynku).

W ubiegłym roku, w odpowiedzi na apel Jarosława Kaczyńskiego, Bąkiewicz stworzył „Straż Narodową”, która biła i obrażała kobiety protestujące po złamaniu przez prezesa PiS (rękoma jego marionetek z trybunału Przyłębskiej) kompromisu aborcyjnego.

Organizator Marszu Niepodległości chwalił się wówczas: „podejmujemy działania defensywne. Jesteśmy wyposażeni w różańce, we własne ręce, sznury, gaz łzawiący…”. Później dowiedzieliśmy się, że część tego „sprzętu modlitewnego”, a także zakup przez bojówki Bąkiewicza środków łączności, samochodów i „sprzętu taktycznego”, sfinansowało państwo PiS, między innymi z budżetu Ministerstwa Kultury.

Ostatnio Bąkiewicz zaatakował też jako „Judasza” Tomasza Terlikowskiego, ponieważ ten, bardzo przecież konserwatywny publicysta, domaga się oczyszczenia Kościoła z pedofilii, nie zważając w swoich krytykach biskupów i przedstawicieli kleru na to, którzy z nich są sympatykami PiS i Zjednoczonej Prawicy, mają więc dla swoich zaniechań i patologii zagwarantowaną pełną osłonę ze strony Kaczyńskiego, Kamińskiego i Ziobry.

Zatem nie „prowokacja Putina”, ale konsekwentna polityka Kaczyńskiego, prowadzona przez niego od sześciu lat, doprowadziła do sytuacji, w której tegoroczne Święto Niepodległości znów zostało albo zmarnowane, albo wręcz splugawione w Warszawie, w Kaliszu, w Krakowie.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Kancelaria Senatu/M. Józefaciuk, licencja Creative Commons

Reklama