Reklama

Są przynajmniej dwa powody, dla których można z niecierpliwością wyczekiwać nadejścia zimy: jeden to święta Bożego Narodzenia, a drugi – początek sezonu w skokach narciarskich. Miłośnicy narciarstwa wreszcie doczekali się inauguracji. W Wiśle przeprowadzono dwa konkursy: drużynowy i indywidualny. Motyw przewodni weekendu? Wiatr, który miał wpływ na wyniki niedzielnej rywalizacji.

Polscy kibice przybyli pod skocznię imienia Adama Małysza pozytywnie nastawieni – w ostatnich latach niemal normą stały się dobre występy naszych zawodników. Istotna jest tu liczba mnoga – minęły już czasy, gdy popularność całej dyscypliny budował sam Adam Małysz. Teraz Biało-Czerwoni to silna reprezentacja, która zawsze znajduje się w gronie faworytów do wygrania konkursów drużynowych. Indywidualne sukcesy to domena już nie tylko Kamila Stocha. Aktualnym mistrzem świata jest Dawid Kubacki, wcześniej brąz wywalczył Piotr Żyła. Rozwój drużyny to duża zasługa trenera Stefana Horngachera, austriackiego szkoleniowca, który po 3 sezonach opuścił Polskę, by przejąć reprezentację Niemiec.

Pytanie przed nadchodzącym sezonem brzmiało więc: jak w roli pierwszego szkoleniowca kadry wypadnie dotychczasowy asystent Horngachera, Czech Michał Doležal?

Po pierwszym weekendzie Pucharu Świata więcej, niż o wynikach, mówiono o fatalnych warunkach pogodowych, jakie panowały w niedzielę.

Podium z niedosytem

Dzień wcześniej rozegrano konkurs drużynowy. Doležal zdecydował, że w konkursie wystąpią Piotr Żyła, Jakub Wolny, Kamil Stoch i Dawid Kubacki. Rok wcześniej ten sam skład wygrał zawody, Polacy okazali się lepsi od Niemiec i Austrii. I tym razem długo wydawało się, że jest szansa na triumf, skończyło się jednak na trzecim miejscu.

Reklama

Dobre skakanie rozpoczął Piotr Żyła – osiągnął 131 metrów. Po drugiej kolejce i próbie Jakuba Wolnego (123,5 m) Polacy wyprzedzili Słowenię i zostali liderami konkursu. Prowadzenie utrzymał Kamil Stoch – jego skok na 125,5 m był co prawda o 6 metrów krótszy, niż próba Słoweńca Timiego Zajca, lecz Polak skakał w gorszych warunkach. Rekompensata punktowa sprawiła, że Biało-Czerwoni powiększyli przewagę. Po kończącym pierwszą serię skoku Dawida Kubackiego na 126,5 m, Polska miała 11 punktów więcej od drugiej Austrii.

Niestety, w drugiej serii Polacy skakali słabiej. Już w pierwszej serii Piotr Żyła uzyskał zaledwie 117 m, przez co nasza reprezentacja spadła na drugie miejsce. W tym momencie to my musieliśmy gonić Austriaków. A ci imponowali – Daniel Hubner skoczył aż 134 metry, a Jakub Wolny zaledwie 119. Dwie ostatnie serie wręcz pogorszyły sytuację – po próbie Kamila Stocha (118 m) Polska, zamiast odrobić punkty do lidera, dała się wyprzedzić Norwegom. W ostatniej kolejce Dawid Kubacki skoczył 120,5 m – to było za mało, by awansować na wyższą pozycję. Ostatecznie w Wiśle zwyciężyli Austriacy, drudzy byli Norwegowie. Prowadzeni przez Horngachera Niemcy skończyli na piątym miejscu, za Słowenią a przed Japonią, w której barwach wystąpił broniący Pucharu Świata Ryoyu Kobayashi.

Choć Trzecie miejsce konkursu drużynowego to zawsze dobry wynik, w tym konkretnym przypadku można mówić o małym niedosycie,

gdyż nie udało nie wykorzystać dobrej pozycji wyjściowej po pierwszej serii. Pierwsze podium dla Polski stało się faktem. Następnego dnia Biało-Czerwoni walczyli już o indywidualne punkty.

Groza na skoczni

Niedzielny konkurs należał do tych, o których wyniku decyduje łut szczęścia. Skoki narciarskie są, niestety, dyscypliną mocno uzależnioną od pogody. I dopóki ktoś nie wpadnie na szalony pomysł budowy monstrualnych hal – trzeba się z tym pogodzić. Problem z wiślacką inauguracją Pucharu Świata polegał na tym, że ryzyko można było przynajmniej zminimalizować. Konkurs zaplanowano bowiem na południe – porę, gdy na skoczni wieje najbardziej i nie jest to tajemnicą. Sami skoczkowie przyznawali, że na obiekcie trenują przed południem, a potem dopiero późnym popołudniem. Wieczorem rozegrano sobotnie zawody. Dlaczego tym razem było inaczej?

Nie jest to oczywiście informacja oficjalna, ale wiele wskazuje na to, że na ustalenie terminarzu wpływ miała telewizyjna ramówka.

W niedzielne popołudnie odbywał się w Gliwicach koncert dziecięcej Eurowizji, z którego odbyła się telewizyjna transmisja na żywo. Przez ten konflikt terminów skoki zostały zaplanowane na południe.

– Gdybyśmy brali pod uwagę tylko stronę sportową, to skoki w Wiśle zaczynałyby się o godzinie 18– powiedziała w rozmowie z portalem Sport.pl Agnieszka Baczkowska.

Temat warunków atmosferycznych jest szeroko komentowany głównie dlatego, że rzeczywiście zagrażał zdrowiu zawodników. Wszyscy na skoczni zamarli, gdy Piotr Żyła groźnie upadł po swojej próbie. Jego twarz zalała się krwią, Żyła miał stracić przytomność, dopiero po chwili wstał i o własnych siłach opuścił zeskok.

Przez loteryjność konkursu jego wyniki zeszły trochę na dalszy plan. W trudnych warunkach najlepiej poradził sobie Norweg Daniel Andre Tande, drugi był Słoweniec Anze Lanisek. Podium uzupełnił, ku uciesze kibiców, Kamil Stoch. Polskiemu mistrzowi pomogła decyzja o nieprzerywaniu zawodów po pierwszej serii. Dzięki temu awansował z 12. na 3. miejsce. Dominator z zeszłego sezonu, Japończyk Ryoyu Kobayashi, był czwarty. Pierwsze punkty zdobyli takie Dawid Kubacki – był siódmy – i Maciej Kot, który zajął 25. miejsce. Teraz skoczkowie przenoszą się do fińskiego Kussamo na dwa konkursy indywidualne. Niewykluczone, że zawodników czekać będzie kojenia walka z wiatrem – W Finlandii warunki nigdy nie należały do pewnych.


Zdjęcie główne: Skoczek narciarski, Fot: Tsutomu Takasu, licencja Creative Commons

Reklama