Reklama

Polska nie jest sportowym supermocarstwem, z Igrzysk nie wraca z naręczem medali – może dlatego każdy triumf smakuje tak dobrze? Jak bardzo kibice głodni są sukcesów naszych sportowców, widać po euforycznych reakcjach na zwycięstwa Adama Małysza, Justyny Kowalczyk czy Anity Włodarczyk. W XXI wieku momenty radości sprawili nam też przedstawiciele sportów zespołowych.

Schemat jest dość prosty – nasze zespoły osiągały sukcesy przed dekadami, w czasach PRL, ale potem dochodziło do zapaści. Sukcesy, najczęściej nieoczekiwane, zaczęły przychodzić po roku 2000. Sprawiały one, że będący zawsze w cieniu piłkarzy reprezentanci stawali się bohaterami narodowymi, a same dyscypliny awansowały do grona sportów narodowych. Najlepiej widać to na przykładzie siatkówki.

Siatkarze – praca u podstaw

Siatkówka w wydaniu męskim to wyjątkowy przykład. Tutaj sukces nie przyszedł znienacka – został krok po kroku wypracowany. Kibice, którzy oglądają Biało-czerwonych od ich debiutu w prestiżowej Lidze Światowej, czyli od 1998 roku, mogli obserwować stopniowy, regularny wzrost poziomu – aż do osiągnięcia statusu jednej z siatkarskich potęg.

Po sukcesach związanych głównie z erą legendarnego trenera Huberta Wagnera, który doprowadził reprezentację do złota olimpijskiego, mistrzostwa świata i zdobył trzy medale mistrzostw Europy, Polska czekała wiele lat na powrót do światowej czołówki. Duże nadzieje wiązano z pokoleniem, które zdobyło juniorskie mistrzostwo świata w Bahrajnie w 1997 roku. W tej drużynie grali m.in. Paweł Zagumny, Krzysztof Ignaczak czy Sebastian Świderski. I po latach ogrywania się m.in. w Lidze Światowej, której atrakcyjna formuła mocno przyczyniła się do popularyzacji dyscypliny, sukces przyszedł.

Reklama

Był rok 2006, polscy kibice jeszcze rozpamiętywali nieudany piłkarski mundial, a w otarciu łez pomocni okazali się siatkarze, którzy przywieźli z japońskich mistrzostw świata srebrne medale. Kadrę prowadził wówczas argentyński fachowiec, Raul Lozano.

Powierzenie reprezentacji trenerowi z zagranicy okazało się strzałem w dziesiątkę, uwolniło potencjał polskiej drużyny, która zaczęła zdobywać medale już dość regularnie. Kolejni selekcjonerzy dokładali cegiełkę do budowania potęgi, nieudana była tylko krótka kadencja Ferdinando De Giorgiego. Następca Lozano, Daniel Castellani zdobył złoto mistrzostw Europy, Andrea Anastasi m.in. triumfował w Lidze Światowej, Stéphane Antiga wygrał w 2014 mundial, co powtórzył cztery lata później Vital Heynen. Zabrakło tylko jednego – olimpijskiego medalu. To misja do wykonania na przyszły rok. Jedno jest pewne – Polacy będą jednym z faworytów turnieju w Tokio, a podium będą od nich wymagać kibice. Na zaufanie i związane z nimi oczekiwania siatkarze zapracowali sobie latami dobrej gry.

Siatkarki – niewykorzystana era Złotek

Jednak to nie męska reprezentacja przyniosła dyscyplinie pierwsze medale w XXI wieku. Swoich kolegów w triumfach wyprzedziły panie. Zaskakujące zwycięstwo w mistrzostwach Europy w 2003 roku zapoczątkowało erę Złotek.

Podobnie jak w przypadku męskiej siatkówki, kobieca reprezentacja także kolekcjonowała medale w zamierzchłych czasach PRL. Od końca lat 40. do początku 70. siatkarki regularnie stawały na podium międzynarodowych imprez. Największym osiągnięciem było zdobycie brązowych medali olimpijskich w latach 1964 i 1968 oraz wicemistrzostwa świata w 1952 roku. Od srebra mistrzostw Europy w 1971 trzeba było jednak czekać aż 32 lata na kolejny sukces. Przyszedł on niespodziewanie w Turcji.

Polki przegrały na tym turnieju tylko jeden mecz, z Włoszkami 1:3 na koniec fazy grupowej. Ta porażka nie skomplikowała jednak sytuacji i dzięki drugiemu miejscu w tabeli siatkarki awansowały od razu do półfinału. Tam w dramatycznym meczu pokonały Niemki 3:2, w finale już dość łatwo ograły gospodynie, Turczynki, 3:0.

Nagle reprezentantki, wcześniej znane tylko fanatykom dyscypliny, stały się ogólnopolskimi gwiazdami – tym bardziej, że dwa lata później powtórzyły ten sukces. 

Każdy wiedział, kim są Katarzyna Skowrońska, Małgorzata Glinka czy Dorota Świeniewicz, MVP imprezy z 2005 roku. Częścią tej drużyny była też zmarła w 2008 Agata Mróz. Nie żyje już też twórca tej reprezentacji, Andrzej Niemczyk. Charyzmatyczny trener zmarł w 2016 roku na raka płuc.

Niestety, niespodziewane sukcesy nie zamieniły się w seryjne zdobywanie trofeów – rozwój został zahamowany, potencjał – niewykorzystany. Po Niemczyku kadrę objął, być może wzorem reprezentacji siatkarzy, włoski trener, Marco Bonitta – awansował co prawda na Igrzyska Olimpijskie, lecz sam turniej był już bardzo nieudany, Polki wygrały w Pekinie tylko jeden mecz. Do dawnej chwały siatkarki nawiązały jeszcze w 2009 roku, gdy pod wodzą Jerzego Matlaka sięgnęły we własnych halach po brąz mistrzostw Europy. Teraz odbudowaniem kadry zajmuje się Jacek Nawrocki.

Niespodziewane triumfy siatkarek spotkały się z olbrzymim entuzjazmem kibiców. Był to bowiem pierwszy tak znaczący sukces w popularnym sporcie zespołowym w XXI wieku. W 1999 roku najlepsze w Europie były polskie koszykarki, ale to siatkówka zaczęła ugruntowywać się na pozycji jednego ze sportów narodowych. Początek ery „Złotek” przypadł też na czas małyszomanii – to seryjne wygrane Adama Małysza obudziły w Polakach sportową radość, poczucie, że z polskiego sportu można czuć dumę nie tylko raz na cztery lata, gdy uda się zdobyć medal olimpijski.

Siatkarki to potwierdziły, ich sukces miał zacząć żniwa w sportach zespołowych. Wkrótce dołączyli do nich koledzy, a niedługo później – piłkarze ręczni.

Piłka ręczna – tęsknota za emocjami

Przypadek piłki ręcznej powiela schemat podobny do siatkarek. Nagle kadra, która nie jest powszechnie znana, osiąga niespodziewany sukces, a zawodnicy, trener i sama dyscyplina zdobywają niebywałą popularność.

Polscy piłkarze ręczni swoje pierwsze sukcesy osiągali przed dekadami. W 1976 roku wywalczyli brąz Igrzysk Olimpijskich, w 1982 – mistrzostw świata. Potem zespół narodowy zniknął z kibicowskiego radaru, lecz gdy już wrócił, narobił niesamowitego szumu.

Drużyna prowadzona przez byłego reprezentanta Polski i Niemiec, Bogdana Wentę, zrobiła prawdziwą furorę na rozgrywanych w Niemczech mistrzostwach świata. Jeszcze w 2006 roku jeszcze niewiele osób wiedziało, że kadra gra w mistrzostwach Europy, a już rok później miliony śledziły dramatyczne mundialowe mecze z Rosją, Danią i finał z Niemcami. Wicemistrzów globu po królewsku przywitano na warszawskim Torwarze, a Karol Bielecki, Sławomir Szmal, bracia Michał i Marcin Jureccy czy sam selekcjoner stali się jednymi z najpopularniejszych osób w kraju. Zresztą, w kadrze nie brakowało wyrazistych postaci, a cała drużyna zjednała sobie wszystkich kibiców głównie swoim charakterem.

Zwano ich „gladiatorami”, to był zespół, który mógł irytować słabą skutecznością, czy błędami, lecz nigdy się nie poddawał. Jego wizytówką stały się mecze horrory,

z tym największym, legendarnym spotkaniem z Norwegią z 29 stycznia 2009. Chyba nie ma osoby, która nie pamięta rzutu Artura Siódmiaka ze swojej połowy boiska, do pustej bramki – ten gol, strzelony na kilka sekund przed końcową syreną (słynna „jedna Wenta”), dał Polakom awans do półfinału kolejnej mistrzowskiej imprezy, a w rezultacie – brązowe medale.

W przypadku piłki ręcznej sukces wywindował dyscyplinę na szczyty popularności, lecz nie poszedł w parze z jej rozwojem. Zabrakło, wzorem męskiej siatkówki, płynnej przemiany pokoleniowej. W każdym kolejnym turnieju kibice liczyli, że sprawy w swoje ręce wezmą starzejący się herosi. Ostatnim sukcesem tego pokolenia było trzecie miejsce na katarskich mistrzostwach świata w 2015 roku. Zmienił się trener – kadrę od 2012 prowadził Niemiec Michael Biegler – pozostały stare nawyki: brąz szczypiorniści wywalczyli po zażartych, przyprawiających o zawał serca bojach (ćwierćfinał z Chorwacją, mecz o medal z Hiszpanią). Rok później, już pod wodzą Tałanta Dujszebajewa, Polacy zajęli świetne, 4. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich. Niedosyt ze straconej medalowej szansy był olbrzymi, lecz czuło się też, że był to wynik ponad stan.

Nie udało się przebudować drużyny i teraz reprezentacja musi tworzyć swą siłę od nowa. Po absencji na dwóch dużych turniejach, Polska wraca na mistrzostwa Europy, które rozegrane zostaną w styczniu 2020 roku.

W 2013 bardzo miłą niespodziankę sprawiły polskie piłkarki ręczne, które – wzorem kolegów – zaskoczyły dobrą grą na mistrzostwach świata. Paniom nie udało się ostatecznie sięgnąć po medale, ale czwarte lokaty na świecie, zdobyte w 2013 i 2015 roku budziły ogromne wrażenie. Dużą zasługę miał w tym sukcesie selekcjoner Kim Rasmussen. Duńczyk budował tę kadrę od 2010 roku i ostatecznie doprowadził kobiecy szczypiorniak do największych sukcesów w historii. Niestety, i po tych chwilach radości pozostały wspomnienia – w ostatnich turniejach, już pod wodzą Leszka Krowickiego, Polki zajmowały odległe miejsca.

Emocje – towar zawsze pożądany

Przykłady zespołów, które sprawiały polskim kibicom wiele radości udowadnia, że w naszym kraju jest olbrzymia potrzeba sportowych sukcesów. Widać to po euforycznych reakcjach, z jakim przyjmowany jest każdy medal, każde zwycięstwo. Skrajnością jest przykład ze sportów indywidualnych – Adam Małysz, którego niespodziewany mistrzowski wyskok formy nie tylko wywindował niszową dyscyplinę do szczytów popularności, lecz także doprowadził do jej olbrzymiego rozwoju. Gdyby nie zwycięstwa jednego człowieka, nie byłoby dziś radości z olimpijskich medali Kamila Stocha i całej drużyny, pełnych trybun podczas zawodów oraz nowoczesnych skoczni.

Podobnie w sportach zespołowych. Piłka nożna ma wyjątkowy status, którego nie zmienią porażki reprezentacji, lecz w przypadku innych dyscyplin widać, że sukces to prosta droga do wzrostu popularności.

Najważniejszy cel jest jednak taki, by te sukcesy przestały być przypadkowe, a wzorem siatkówki – wypracowane. Inaczej pozostanie nam żyć dawnymi emocjami i wypatrywać kolejnej niespodzianki.

Teraz na swoją szansę liczą polscy koszykarze, którzy rozpoczynają grę w mistrzostwach świata. Czy przywrócą blask trochę zapomnianego jednak w kraju basketu? Recepta jest jedna – sukces i dostarczenie dużej dawki emocji.


Zdjęcie główne: Radość piłkarzy ręcznych po meczu, Fot: Piotr Drabik, licencja Creative Commons

Reklama