Reklama

W końcówce poprzedniego sezonu przejął Legię, jednak na ostatniej prostej drodze nie zdobył mistrzostwa. W tym – nie awansował do Ligi Europy, a jego drużyna gra w kratkę w Ekstraklasie. Serb jednak wciąż pracuje przy Łazienkowskiej, po wygranych z Lechem i Wisłą złapał oddech i nie można powiedzieć, że budowa jego Legii zmierza donikąd.

Aleksandar Vuković niemal od samego początku ma przy Łazienkowskiej pod górkę. Gdy właściciel Legii, Dariusz Mioduski jeszcze przed zakończeniem ubiegłego sezonu ogłosił, że to Serb będzie w kolejnym sezonie trenerem warszawian, w legijnym środowisku rozpoczęła się dyskusja. Zwolennicy tej decyzji uważali, że człowiek, który zna ten klub od podszewki, był asystentem m.in Stanisława Czerczesowa, będzie odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Oponenci uznawali, że charyzma i osławione “DNA Legii” to za mało. Brak doświadczenia w samodzielnej pracy z pierwszą drużyną, której towarzyszy nieustanna presja wyniku, miała ich zdaniem przekreślać Serba.

I Vuković pierwszy egzamin oblał. Mając prostą i otwartą drogę do mistrzostwa Polski, nie doprowadził drużyny do celu. W ostatnich czterech kolejkach Legia zdobyła ledwie dwa punkty, z czego skorzystał Piast Gliwice, zawstydzając warszawian. Już wtedy nie brakowało głosów, że decyzja o pozostawieniu Vukovicia w roli pierwszego szkoleniowca była pochopna, błędna i prezes Mioduski powinien – przecież nie pierwszy raz – wycofać się z poparcia dla trenera i przygotowania do nowego sezonu powierzyć komuś innemu.
Tak się jednak nie stało. Właściciel klubu przełknął tę gorzką pigułkę i – być może z braku pieniędzy, być może z braku innego pomysłu albo po prostu – chcąc uniknąć kolejnego wizerunkowego blamażu pozostawił Vukovicia za sterami drużyny.

Zarzuty? Upartość Vukovicia i nieskuteczność Legii

Kończy się październik, jesienią były już dwie przerwy na mecze reprezentacji. To jest ten moment, w którym najczęściej w trakcie rundy dochodzi do zmiany trenera. Aleksandar Vuković po wygranych z Lechem (2:1) i Wisłą (7:0) złapał oddech, choć wydawało się, że jego posada już wisi na włosku. Nic dziwnego. Serb niektórymi swoimi decyzjami zraził do siebie masę kibiców.

Upartość. To pierwsze skojarzenie, które przychodzi na myśl, gdy myśli się o trenerze Legii. Vuković uparł się na wystawianie w pierwszym składzie Sandro Kulenovicia, który nie dawał sobie rady w ataku Legii. A każdym kolejnym meczem rosła presja, trybuny odwracały się od Chorwata, a dziennikarze liczyli kolejne minuty bez gola młodego napastnika. A była alternatywa. Był nią Carlitos, król strzelców Ekstraklasy, zawodnik, którzy potrafił dać tej drużynie coś ekstra. Jasne, nie był typem walczaka, faceta, który wypruwa sobie żyły w defensywie, ale Vukoviciowi nie było z nim po drodze. Nie jest powiedziane, że Legia nie odpadłaby z Glasgow Rangers mają w składzie Hiszpana (albo wracającego po kontuzji Jarosława Niezgodę), jednak trudno uciec od pytań: co by było gdyby… Efekt jest taki, że Legia odpadła z Ligi Europy, a w klubie nie ma już Carlitosa. I nie ma Kulenovicia.

Reklama

Nieskuteczność. Kolejnym problemem Legii w pierwszych miesiącach pracy Vukovicia jest (była?) ofensywa – tu nie chodzi już o pojedyncze nazwiska, ale o całokształt. Bo za strzelanie bramek i kreowanie okazji nie odpowiada jeden napastnik, czy skrzydłowy, jak za bronienie nie odpowiada tylko środkowy i boczny obrońca. Do ostatniego meczu z Wisłą, Legia strzeliła 23 gole w 21 meczach tego sezonu. Wynik to co najmniej mizerny, biorąc pod uwagę, że legioniści grali m.in ze słabiutkim KuPS Kuopio z Finlandii, FC Europa z Gibraltaru czy Puszczą Niepołomice w Pucharze Polski. Co więcej, warszawianie więcej niż jednego gola strzelili w tym sezonie tylko w 9 meczach na 22 rozegrane.

To właśnie m.in ta nieskuteczność doprowadziła do tego, że Legii nie ma w Lidze Europy, a w Ekstraklasie, która jak co sezon przypomina wyścig żółwi, warszawianie są na czwartym miejscu i mają na koncie już cztery porażki. A przecież nie minęła jeszcze połowa sezonu. Pomijając już strzelanie goli i wyniki, na drużynę Vukovicia w wielu spotkaniach patrzyło się po prostu ciężko. Legia nie miała oczekiwanego stylu, często brakowało jej pomysłu na rozmontowanie lepiej zorganizowanych rywali. Ostatnie dwa zwycięstwa rozbudziły nadzieje kibiców, ale żeby Vuković doczekał się kilku ciepłych słów – Legia musi stać się regularna i stabilna i przestać sprawiać miłe, ale tylko niespodzianki, jak w ostatnią sobotę z Wisłą.

Plusy? Defensywa, nowe rozwiązania i…upartość

Upartość, która była zarzutem w kierunku Vukovicia w sprawie Carlitosa, jest jego atutem przy innych nazwiskach. Serb poszedł drogą swojego poprzednika, Ricardo Sa Pinto i uznał, że pora pożegnać się z zasłużonymi piłkarzami. Nie przywrócił do składu i nie namawiał prezesa na nowe kontrakty dla Arkadiusza Malarza, Miroslava Radovicia, Kaspera Hamalainena czy Michała Kucharczyka. Wydaje się, że była to słuszna decyzja. To był już ten moment, kiedy i Legia i wspomniani zawodnicy powinni pójść inną drogą. Jeśli robić rewolucje, to właśnie po przegranym sezonie.

Vuković uparł się też, że zrobi z 18-letniego Michała Karbownika lewego obrońcę. Karbownik – nominalny środkowy pomocnik z meczu na mecz rośnie. Imponuje szybkością, spokojem, dojrzałością. Legia będzie miała z niego ogromny pożytek i prawdopodobnie ogromne pieniądze, jeśli jego rozwój dalej będzie tak wyglądał. Serb bez oporów sięga też po innych młodych piłkarzy z akademii, jak Mateusz Praszelik czy Maciej Rosołek. O Radosławie Majeckim nawet nie ma co wspominać, bo to już jeden z filarów Legii. Vuković uparł się też na Domagoja Antolicia – zawodnika, który w Legii przez dwa sezony grał mało, a jeśli grał to człapał, grał na alibi. Teraz jest piłkarzem, od którego Serb spokojnie może zaczynać ustalanie składu.

Defensywa. Być może nie funkcjonuje przez cały czas bez zarzutów, ale w porównaniu do legijnej ofensywy – jest nieźle (pod warunkiem, że gra Igor Lewczuk). W 23 meczach tego sezonu, Legia straciła 14 bramek. W 12 meczach Majecki zachowywał czyste konto. To niezły wynik, choć w samej Ekstraklasie mogłoby być lepiej – tu Legia traci średnio jednego gola na mecz. Wydaje się, że w spotkaniach z Lechem i Wisłą, wreszcie na dobre ukształtowała się w Legii ta formacja – Michał Karbownik, Igor Lewczuk, Mateusz Wieteska i Artur Jędrzejczyk – powinni dawać więcej spokoju stojącemu w bramce Majeckiemu i stojącemu przy linii Vukoviciowi.

I tak, jak nowym rozwiązaniem na lewej obronie Legii jest Karbownik, tak nowym rozwiązaniem na pozycji numer dziesięć jest Luquinas. Co prawda Brazylijczyk zagrał dopiero dwa mecze za plecami napastnika, ale widać, że doskonale czuje się na małej przestrzeni, potrafi wykorzystać swój drybling i zagrać prostopadłą piłkę. Jeśli tak będzie dalej – plus dla Vukovicia, bo to jego autorski pomysł, który się sprawdza. Co ciekawe, Luquinas “zluzował” na tej pozycji Waleriana Gwilię – najlepszego gracza pierwszej części sezonu, w dodatku etatowego wykonawcę stałych fragmentów. Gwilia wchodzi z ławki, podobnie jak Jarosław Niezgoda, którego gorszy okres wykorzystał Jose Kante i wskoczył do składu. Kante strzelił Wiśle trzy bramki, po raz pierwszy w swojej karierze, co pokazuje, że po prostu jest w formie. Plus dla Vukovicia za sprawiedliwość – kibice chcą Niezgody, prezes pewnie też (wiadomo – transfer), ale Serb wybiera zawodnika, który jest aktualnie w lepszej dyspozycji. Nauka z historii Carlitos-Kulenović nie poszła w las?

Jeśli Legia jest rzeczywiście na fali wznoszącej, to Vuković będzie mógł spokojnie pracować do końca rundy. W przypadku Legii i jej ostatnich trenerów będzie to naprawdę duże osiągnięcie. I może nadejście okresu normalności? Tego przy Łazienkowskiej brakowało chyba najbardziej w ostatnim czasie.


Zdjęcie główne: Trener Aleksandar Vuković na konferencji prasowej. Fot: Dominik Kwaśnik

Reklama