Reklama

Sondaże pokazujące wyrównaną walkę o dominację na opozycji pomiędzy Platformą i Hołownią są najlepszym prezentem, jaki mógł dostać Kaczyński. Jego władza nie leży na ulicy tak długo, jak długo nie ma efektywnie zjednoczonej opozycji, która mogłaby tę władzę podnieść – pisze Cezary Michalski. Kaczyński wygra przez nokaut, jeśli coraz bardziej bezsilne dzieci (wyrażające w wulgarności czy festiwalu haseł i memów swoje narastające poczucie bezsilności wobec Kościoła i władzy) trwale zwrócą swoją frustrację przeciwko „koderskim rodzicom”.

Jarosław Kaczyński uważał, że epidemia koronawirusa ograniczy zasięg protestów przeciwko zaostrzeniu ustawy aborcyjnej, a w dodatku najbardziej radykalni ich uczestnicy wystąpią pod hasłami antyklerykalnymi, co pozwoli mu zmobilizować po swojej stronie polski Kościół.

Część tych oczekiwań – choć nie wszystkie – okazała się błędna. W pierwszym tygodniu protestów na ulice polskich miast i miasteczek wyszły setki tysięcy osób. Jednak

liderzy protestu popełnili błąd nadmiernego radykalizmu, na który Kaczyński liczył.

Najnowsze sondaże pokazują, że większość Polaków jest przeciwnikami zaostrzenia regulacji antyaborcyjnych, ale zaledwie 22 proc. opowiada się za pełną liberalizacją aborcji. Tymczasem osoby, ciała i rady, które przejęły kontrolę nad protestami i dały im język, zaczęły je organizować pod hasłami pełnej liberalizacji aborcji, atakując w dodatku bardziej umiarkowanych sojuszników jako „dziadersów” i „tchórzliwych zwolenników pseudokompromisu”. W ten sposób skutecznie ograniczono zasięg protestów.

Reklama

Chodziłem na warszawskie protesty przeciwniczek i przeciwników „wyroku” Kaczyńskiego i Przyłębskiej przez tydzień, w którym były one najbardziej masowe. I widziałem to, co widzieli wszyscy, choć nie wszyscy mieli odwagę o tym mówić czy pisać. Przeciętna wieku uczestniczek i uczestników tych protestów wynosiła 18-25 lat. Tak jak przeciętna wieku na KOD-owskich protestach w obronie Trybunału Konstytucyjnego i sądów wynosiła pomiędzy 50 i 60 lat.

KOD w większości nie przyszedł na młodzieżowe protesty, tak jak w czasie KOD-owskich protestów w obronie Trybunału Konstytucyjnego i sądów w większości nie przyszła na nie młodzież.

Nie koronawirus jest jedyną czy nawet główną przyczyną nieobecności starszego pokolenia na obecnych protestach. W czasie pięcioletnich rządów Jarosława Kaczyńskiego właściwie tylko pierwszy „czarny protest” w 2016 roku połączył obie te grupy i Kaczyński natychmiast się go przestraszył, podkulił ogon pod siebie i uciekł (w ślad za nim ukryli się wtedy w swoich kuriach także najbardziej twardogłowi biskupi).

Ale pierwszy „czarny protest” połączył obrońców kompromisu aborcyjnego i zwolenników liberalizacji aborcji. To było kluczem do jego sukcesu, tak jak przeciwstawianie sobie obu grup może być przyczyną porażki obecnych protestów.

Kaczyński doszedł do wniosku, że wygra, kiedy zobaczył, jak energia młodzieżowych głównie protestów zaczęła się wypalać, a po stronie dzieci nie stanęli – także na ulicach – ich rodzice (tak jak, niestety, dzieci nie stanęły po stronie rodziców w czasie protestów w obronie Trybunału Konstytucyjnego i państwa prawa). Kaczyński wygra przez nokaut, jeśli coraz bardziej bezsilne dzieci (wyrażające w wulgarności czy festiwalu haseł i memów właśnie swoje narastające poczucie bezsilności wobec Kościoła i władzy) trwale zwrócą swoją frustrację przeciwko „koderskim rodzicom”.

W tym kontekście

do „sukcesów” Kaczyńskiego w dniach, kiedy protesty były jeszcze dosyć masowe, należał wywiad Roberta Mazurka z prof. Andrzejem Rzeplińskim,

w którym ostatni prezes Trybunału Konstytucyjnego (Julia Przyłębska jest szefem ciała, które zostało stworzone przez Kaczyńskiego i Dudę w konsekwencji wielokrotnego złamania przez nich Konstytucji i prawa RP, nie jest ona zatem prezesem Trybunału Konstytucyjnego w żadnym sensie tego słowa) potępił cyniczną grę Kaczyńskiego aborcją.

Jednak Mazurkowi udało się przy tej okazji sprowokować go do wypowiedzenia paru krytycznych słów za dużo pod adresem najbardziej radykalnych uczestników protestów i ich języka. Robert Mazurek jest człowiekiem mającym przyjaciół w pisowskich kręgach władzy. Zgadzanie się na rozmowę z nim – o czym przekonał się prof. Andrzej Rzepliński – to jak rozmawianie z esbekami w latach 80. Nie należało tego robić, chyba że zostało się na taką rozmowę „doprowadzonym”.

Na ten błąd Rzeplińskiego najbardziej zapalczywe osoby spośród najbardziej radykalnej populistycznej lewicy odpowiedziały natychmiast furiackim atakiem na „dziadersów” z PO i KOD-u

(tekst Mai Puto „Dziadersi, wypierdalać jest również do was” w „Krytyce Politycznej” i dziesiątki podobnych tekścików oraz wpisów internetowych autorstwa zarówno PiS-owskich trolli i prowokatorów, jak też autentycznych radykałów, którzy zawsze takim prowokacjom ulegną).

Jednocześnie jednak Kaczyński „poprosił o czas” – opóźniając publikację wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a także odraczając posiedzenie parlamentu, który miał się do wyroku odnieść. W ten sposób lider rządzącej partii czeka na rozwój sytuacji, uzależniając swoje decyzje od skali dalszych protestów, które – jak na razie – zdają się wygasać.

Jeśli władza leży na ulicy, czemu Kasprzak jej nie podniesie?

Gra się toczy i nic nie jest przesądzone. Dlatego kiedy przed tygodniem przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” tekst Pawła Kasprzaka (lidera Obywateli Rzeczypospolitej, którego jedynym dotychczasowym sukcesem było dzielenie i osłabianie KOD-u), że „władza leży na ulicy”, bo Kaczyńskiego obaliły już społeczne protesty, tylko „winą opozycji jest to, że nie potrafi tej władzy podnieść i przejąć”, nie mogłem wyjść ze zdumienia.

Tym bardziej, że redakcja „Gazety Wyborczej” zaprezentowała ten manifest jako poważną diagnozę polityczną, a nie tak, jak się traktuje zdjęcie dwugłowego cielęcia (sam pracowałem kiedyś w tabloidzie, więc bym się na odpowiednio opisane zdjęcie dwugłowego cielęcia nie obraził). Czytając tekst Kasprzaka chciało się mu odpowiedzieć: „jeśli władza rzeczywiście leży na ulicy, czemu Paweł Kasprzak jej nie podniesie”? Tego typu diagnozom towarzyszyła

narastająca egzaltacja części mediów,

które nie potrafiły nawet zauważyć problemu wygasania protestów, gdyż „reporterami” są w nich często młodzi uczestnicy owych protestów, sami pogrążeni w silnych emocjach, więc niebędący w stanie przedstawić żadnej obiektywnej relacji. Do tego dochodzą niepokojące informacje z kierownictwa i Rady Konsultacyjnej Strajku Kobiet, skąd „radykałowie” próbują przepędzić „dziadersów”, a zwolennicy ściślejszej współpracy z opozycją parlamentarną są tam traktowani jak „kompromisiarze”.

W tej sytuacji Jarosław Kaczyński ma wszelkie powody, aby opublikować „wyrok” Trybunału Przyłębskiej, licząc na to, że kolejne społeczne protesty nie będą miały skali, która mogłaby jego władzy w czymkolwiek zagrozić.

Kaczyński wychodzi z wywołanego przez siebie kryzysu osłabiony, ale nie zniszczony.

Media (pisowskie i antypisowskie) żyją sondażami, w których tym razem o pozycję lidera opozycji z Platformą Obywatelską walczy Szymon Hołownia. Hołownia ma wyrazistość, ale nie ma partii. Pracujący przy nim najbliżej Michał Kobosko czy Jakub Wygnański nie reprezentują nawet 10 proc. tej energii, jaką miało spore grono młodych kobiet i mężczyzn (część z nich sprawdziła się w polityce i jest dziś w KO) otaczających Ryszarda Peteru w czasie (niezbyt długim), kiedy to Nowoczesna walczyła z Platformą o przewodzenie opozycji.

Szymon Hołownia jest klasycznym solistą – niepozbawionym talentu ani energii. Z kolei Platforma Obywatelska ma najsilniejszą po stronie opozycji strukturę, najwięcej doświadczenia, najlepszą „pamięć instytucjonalną” i najsilniejszą reprezentację w parlamencie – ale wciąż nie odzyskała głosu.

Sondaże pokazujące, że ruch Hołowni i PO mogłyby podzielić pomiędzy siebie niepisowski elektorat (obojętnie w jakiej proporcji) są najlepszym prezentem złożonym Kaczyńskiemu.

Nawet osłabiony wygra, jeśli opozycja pójdzie do kolejnych wyborów na paru listach.

Tak jak chodziła w wyborach samorządowych (szczególnie do sejmików wojewódzkich), w wyborach europejskich (w konsekwencji błędu Biedronia) i w wyborach do Sejmu (w konsekwencji błędu Kosiniaka-Kamysza), mimo heroicznych prób Platformy Obywatelskiej, aby do tych wszystkich wyborów pójść na jednej liście (tam gdzie się udało, czyli w Senacie, opozycja pokonała Kaczyńskiego, a nawet Pawła Kasprzaka, co wyglądało na cud, ponieważ Kasprzaka poparł wówczas przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej niebywale wpływowy Jacek Dehnel).

Także teraz nawet częściowo odbudowany Kaczyński („częściowo”, bo nie zdoła się w pełni odbudować po kompromitacji jego modelu władzy w czasie pandemii i po kompromitacji jego własnego cynizmu, z którym rozpoczął spór o aborcję w apogeum pandemii) przegra, jeśli opozycja pójdzie na jednej liście w kolejnych wyborach.

Na razie sondaże pokazujące wyrównaną walkę o dominację na opozycji pomiędzy Platformą i Hołownią są najlepszym prezentem, jaki mógł dostać Kaczyński. Jego władza nie leży na ulicy tak długo, jak długo nie ma efektywnie zjednoczonej opozycji (najbardziej nawet „wielonurtowej”, ale potrafiącej pójść na jednej liście, i to nie skleconej byle jak na parę tygodni przed wyborami), która mogłaby tę władzę podnieść.

No i jeszcze ostatnie pytanie. Gdzie jest Zandberg i gdzie jest Margot?

Obaj (oboje) przez wiele tygodni podkręcali wojnę kulturową zarzucając liberalnemu centrum, Platformie, Trzaskowskiemu, Jaśkowiakowi, Dulkiewicz… że nie chcą w to iść. Obaj (oboje) zradykalizowali język lewicy (tak bardzo, że dziś lewica nie potrafi politycznie skorzystać nawet na ewidentnych błędach Kaczyńskiego), przy zupełnie obłąkanym entuzjazmie liberalnych mediów i liberalnych celebrytów. A kiedy przyszło iść na barykady tej wojny, obaj (oboje) gustownie zniknęli. Tak jakby byli drobnymi prowokatorami, a nie charyzmatycznymi liderami, na jakich kreowały ich media.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Mariusz Błaszczak, Jarosław Kaczyński, Marek Kuchciński, Fot. Flickr/Senat RP/M. Józefaciuk, licencja Creative Commons

Reklama