Reklama

Możemy się oszukiwać i zaklinać rzeczywistość, ale mamy w Polsce stan wojny domowej. Na razie „zimnej”, ale od prawdziwej wojny dzieli nas bardzo niewiele. Sytuacja jest tym bardziej niebezpieczna, że politycy obozu władzy albo nie dostrzegają stanu wrzenia, albo lekceważą go i próbują wygrać dla siebie – pisze Piotr Gajdziński

Kampania wyborcza ma oczywiście swoje prawa i z natury rzeczy podgrzewa emocje. O ile jednak do tej pory przynajmniej politycy „głównego nurtu” trzymali się pewnych nieprzekraczalnych granic, to w tym roku daleko wykroczyli poza ich obrys.

NAJEŹDŹCY, SPRZEDAWCZYCY I NARÓD

To już nie była próba pognębienia przeciwnika politycznego, to była zaplanowana i z determinacją realizowana

akcja dehumanizacji i niszczenia elektoratu opozycji, odebrania mu prawa do istnienia, a w każdym razie prawa do przynależności do narodu.

Jakby w czerwcu 2020 roku w Polsce do urn wyborczych nie wybierali się ludzie o odmiennych poglądach, reprezentujący inne pomysły na Polskę i inną wizje tego, jak ich ojczyzna powinna być urządzona, ale hordy najeźdźców, żołdaków wynajętych do pohańbienia i zniszczenia kraju położonego między Odrą i Bugiem. Niestety, nie ma w tym cienia przesady.

Reklama

Chcieliby doprowadzić do sytuacji, które z czasem mogą zakwestionować istnienie naszego państwa, a w dłuższej perspektywie nawet naszego narodu – takie intencje wyborcom opozycyjnych wobec obecnego układu kandydatów przypisał Jarosław Kaczyński.

To słowa, które nietrudno uznać za podburzanie do rozprawy z przeciwnikami. No bo jeśli blisko połowa aktywnych uczestników życia politycznego, biorąc udział w wyborach działa, aby „zakwestionować istnienie państwa, a nawet narodu”, to takich ludzi w polskiej tradycji uważa się za sprzedawczyków. W polskiej tradycji sprzedawczyków traktuje się szubienicą, a w najlepszym wypadku kulą.

Sam kandydat obozu władzy, Andrzej Duda, jeśli nawet w wyzwiskach wobec różnych grup społecznych pozostawał w tyle, to wyraźnie starał się utrzymywać niewielki dystans do czołowych harcowników swojego obozu.

Jego słowa dotyczące LGBT były, w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, w kraju członkowskim Unii Europejskiej, szokujące. Szokujące tym bardziej, że padły z ust urzędującego prezydenta. Ten urząd ma w swoim DNA zapisaną integracyjną rolę wobec całego narodu i wszyscy poprzednicy Dudy, z lepszym lub gorszym skutkiem, tak właśnie starali się swoją belwederską misję wypełniać. Również Wojciech Jaruzelski. Duda jako pierwszy postanowił tej tradycji zaprzeczyć.

STARCIE CYWILIZACJI

W lipcowych wyborach – dodajmy wyborach, w których nie zachowano zasady równości – po raz pierwszy po II wojnie światowej spór polityczny został przeniesiony na poziom konfliktu cywilizacyjnego. Mówił o tym Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Telewizji Trwam: jeżeli ktoś uważa, że warto być Polakiem, to musi stać po stronie, która broni tradycyjnych wartości. Przy czym, rzecz jasna, za „wartości tradycyjne” Polaków prezes PiS uważa wyłącznie katolicyzm, a raczej, nazwijmy rzecz po imieniu, absolutne zawierzenie Kościołowi katolickiemu i duchowieństwu.

W ostatnim dziesięcioleciu prawica skutecznie wyeliminowała z polskiej pamięci historycznej całe bogactwo myśli lewicowej i liberalnej, spychając nas w otchłań obskurantyzmu.

Otchłań, w której Polacy z niechęcią odnosili się do obcych, a czasem ich mordowali, w której kobieta była poddaną mężczyzny – co już po wyborach potwierdziło dążenie Zbigniewa Ziobro do wypowiedzenia konwencji stambulskiej – w której ponad wymogi wyzwań cywilizacyjnych przedkładano sobiepaństwo i absurdalne przekonanie, że to co tradycyjne jest najlepsze i najbardziej właściwe.

W XVIII wieku też hołdowano tej zasadzie i kosztowało nas to słabość państwa, a w efekcie niepodległość, w utracie której polskie duchowieństwo, owo – jeśli posłuchać głosu prawicy – ucieleśnienie tradycyjnych wartości, miało swój niebagatelny udział. Wystarczy przypomnieć targowiczan – prymasa Michała Jerzego Poniatowskiego, biskupa przemyskiego Michała Sierakowskiego, chełmskiego Wojciecha Skarszewskiego, żmudzkiego Jana Stefana Giedroycia, poznańskiego Antoniego Onufrego Okęckiego, łuckiego Adama Naruszewicza i wileńskiego Jakuba Massalskiego. Lista jest dłuższa i niepoślednie na niej miejsce zajmuje papież Pius VI.

WARTOŚCI TRADYCYJNE, CZYLI JAKIE?

A jeśli już przy duchowieństwie jesteśmy. Prawica zapamiętale i z sukcesem buduje mit katolickich księży, którzy w latach 1944‒1989 stanowczo sprzeciwiali się władzy komunistycznej. Oczywiście, wielu księży rzeczywiście bezkompromisowo opierało się komunistom, niektórzy oddali za to nawet życie. Ale wcale liczna grupa księży tak wojownicza oraz bohaterska nie była i żyła z funkcjonariuszami komunistycznego państwa – przynajmniej od lat siedemdziesiątych – w symbiozie.

Jak bardzo nieprawdziwy jest mit „Kościoła niezłomnego”, widać po ostatnich rewelacjach na temat kardynała Henryka Gulbinowicza,

bohatera lat osiemdziesiątych, który wcześniej, gdy sprawował władzę nad kościołem podlaskim, często i chętnie współpracował z władzami PRL. Ale wcale liczna jest też grupa księży, którzy nie – jak Gulbinowicz – żyła z władzą w symbiozie, ale się jej najzwyczajniej wysługiwała, donosząc Służbie Bezpieczeństwa na swoje „owieczki”.

Liczba kapłanów współpracujących z SB nie jest może porażająco długa, ale nie ma pewności, czy nie jest to efekt zniszczenia teczek ludzi Kościoła jeszcze przez funkcjonariuszy generała Czesława Kiszczaka – co samo w sobie dowodziłoby znakomitych kontaktów hierarchów z władzami twórców stanu wojennego – czy może pewnej, nazwijmy to ostrożnie, „niefrasobliwości” w traktowaniu tego tematu przez Instytut Pamięci Narodowej.

Pozostaje pytanie, co Kaczyński ma na myśli, mówiąc o „tradycyjnych wartościach” naszego narodu. Czy zdrada prymasa Poniatowskiego i innych purpuratów mieści się w tym zbiorze? A co z Tadeuszem Kościuszką z jego, jak na owe czasy wręcz „lewackimi” poglądami? A Hugo Kołłątaj, arianie, książę Józef Poniatowski jeżdżący nago po Warszawie? Krzysztof Kamil Baczyński, Ciołkoszowie, Witos i Jerzy Giedroyc? A bardziej współcześnie?

Czy skasowanie pierwszego, trwającego blisko ćwierć wieku małżeństwa Jacka Kurskiego i nowy, kościelny ślub w sanktuarium łagiewnickim są zgodne z narodowymi wartościami, którymi Polacy mają się kierować? Czy zgodne z nimi są liczne małżeństwa bratanicy prezesa PiS?

A hippisowska przeszłość prominentnych polityków tej partii – Ryszarda Terleckiego i Marka Kuchcińskiego? Bicie żony przez byłego posła PiS Łukasza Zbonikowskiego (wykluczonego z partii, ale za inne winy)? Rozliczanie delegacji w Parlamencie Europejskim przez Ryszarda Czarneckiego i przepisywanie majątku na żony przez premiera Mateusza Morawieckiego oraz ministra Łukasza Szumowskiego, aby nadmiernie nie kłóć nim w oczy elektoratu i partyjnych towarzyszy?

WOJNA ZIMNA I GORĄCA

Naród, społeczeństwo – to truizm, ale w Polsce drugiej połowy 2020 roku trzeba to przypominać – jest zbiorem ludzi o bardzo różnych poglądach. Zadaniem polityków, najważniejszym zadaniem, jest budowanie kompromisu i równowagi między nimi. Bo w Polsce, podobnie jak we wszystkich innych demokratycznych społeczeństwach, zawsze będą tacy, którzy będą chcieli uznania Jezusa Chrystusa za króla i niepodzielnego władcę, oraz tacy, którzy chcą nieskrępowanej niczym religijnej wolności i usytuowania religii poza obrębem życia państwowego.

Tacy, którzy wymagają od polityków zawierzenia swojej misji Matce Boskiej, i tacy, u których ten pomysł wywołuje białą gorączkę. Linii podziałów jest oczywiście więcej, ale jeśli którąkolwiek ze zbiorowości politycy uznają – a tak się obecnie w Polsce dzieje – za „nie-Polaków”, bo „nie stoją po stronie, która broni tradycyjnych wartości”, to jest to totalitaryzm. Nie znajduję delikatniejszego słowa, które równie trafnie nazywałaby to zjawisko.

W ostatnich wyborach blisko połowa uczestników głosowania – ponad 10 milionów osób – opowiedziała się przeciwko Andrzejowi Dudzie, co w rozumieniu Jarosława Kaczyńskiego oznacza, że chcą „zakwestionować istnienie państwa, a nawet narodu”.

Część tej grupy zrobiła to, jak można wnioskować ze słów marszałka Terleckiego, ze zwykłej głupoty (Może mają wykształcenie wyższe, ale nie mają podstawowego), ale oznacza to jednocześnie, że ponad jedna czwarta Polaków to, według rządzącego obozu, najzwyczajniejsi zdrajcy.

Co z nimi zrobić? Jak skłonić do porzucenia mrzonek o wolności i zbliżeniu do cywilizacji zachodniej? Jak przekonać do powrotu na łono Kościoła, do głosowania na partie prawicowe i odrzucenia rewolucji obyczajowej, a nawet znacznie drobniejszych odstępstw od „tradycji”? Właśnie od oferty dla tej grupy będzie zależało, czy obecna „zimna wojna” przerodzi się w „gorącą”.

OD EMOCJONALNEGO NIEBA DO ROWU PODZIAŁÓW

Tyle tylko że nic nie wskazuje na to, by obóz władzy zamierzał taką ofertę złożyć. Zwycięzcy bywali czasem łaskawi dla swoich przeciwników i dobrze na tym wychodzili, ale częściej opłacała się im raczej bezwzględność. Pytanie, czy komukolwiek i kiedykolwiek w historii bezwzględność wychodziła na dobre, gdy miał przeciwko sobie połowę wyborców.

Może warto byłoby, aby obóz władzy uważniej wczytał się w biografię tak hołubionego przez siebie marszałka Piłsudskiego i jego działania po zamachu majowym. Budowa muzeum Marszałka nie idzie zbyt szparko, podobnie jest z pomnikiem upamiętniającym Bitwę Warszawską, więc może chociaż uważne przeczytanie biografii Piłsudskiego nie nastręczy politykom prawicy zbyt wielkich trudności? Tylko muszą czytać uważnie i ze zrozumieniem…

Losy Polski w dużym stopniu, podkreślę to jeszcze raz, zależą od oferty dla przegranych.

Nie przegranych polityków – Rafała Trzaskowskiego, Szymona Hołowni, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Krzysztofa Bosaka – bo oni sobie poradzą. Chodzi o ofertę, którą obóz władzy musi złożyć ich wyborcom. Z premedytacją piszę „obóz władzy”, a nie Andrzej Duda, bo ta oferta musi być poważna, a jej adresaci pewni, że zostanie dotrzymana. W przypadku Dudy, z racji jego kiepskiej pozycji w obozie władzy, adresaci nie będą mieli żadnej gwarancji.

Zależy od tej oferty bardzo wiele. Także dlatego, że spór polityczny, który do tej pory interesował stosunkowo nieliczną grupę Polaków, w ostatnich latach objął znacznie większą liczbę obywateli. Kampanie wyborcze, zwłaszcza prezydenckie, nie tylko w Polsce zresztą, nigdy nie miały charakteru merytorycznego, zawsze opierały się przede wszystkim na emocjach. Niestety, w tym kierunku ewoluuje demokracja. Rzecz w tym, że emocje w Polsce zostały po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem wyniesione na niebotyczne, trudne dzisiaj do opanowania rejestry, a rów między zwolennikami PiS i wyborcami innych partii jest tak głęboki, że

do przedstawicieli obu obozów nie docierają żadne, dosłownie żadne racjonalne argumenty.

PREZYDENTOWI W MASECZCE NIE DO TWARZY

W ostatnich wyborach emocje podgrzewały oczywiście oba obozy, ale Trzaskowski, Hołownia czy Kosiniak-Kamysz wielokrotnie wyciągali rękę do zwolenników PiS-u. Obóz Dudy takich gestów nie wykonywał. Przeciwnie, cała jego machina wyborcza – na czele z telewizją Kurskiego – pracowała na wywołanie negatywnych emocji wobec kontrkandydatów Dudy i, co gorsza, jego elektoratu. Było to, przyznajmy, do pewnego stopnia działanie racjonalne. Także dlatego, że emocje są zrozumiałe dla wszystkich, nawet dla najmniej intelektualnie wyrobionych wyborców, a kluczowe kwestie – gospodarka, zmiany klimatyczne, procesy globalizacyjne, praworządność – tylko dla nielicznych.

PiS, jak wszystkie partie populistyczne, robi wiele, aby były zrozumiałe jeszcze mniej. Drobną, ale dobrą tego ilustracją, była wypowiedź Marka Pęka, wicemarszałka Senatu i przywódcy pisowskiej mniejszości w izbie wyższej, który w maju br. zatwittował: Co się stało z globalnym ociepleniem, bo nieco zmarzłem. Nie był to bynajmniej żart Pęka na temat zmian klimatycznych. Są fakty, które mogą wskazywać, że w tym zakresie [globalnego ocieplenia] mamy do czynienia z różnymi hipotezami – oświadczył wicemarszałek podczas radiowego wywiadu. Podobne filipiki na temat klimatu wygłaszali również inni politycy PiS, na czele z prezydentem Dudą.

Ignorancja stała się znakiem firmowym prawicy.

To celowe działanie. Ta taktyka, obliczona na wywołanie zamętu i podgrzanie emocji, stosowana jest nie tylko w sprawach klimatu. Dowodem wypowiedź Andrzeja Dudy w sprawie szczepień, a także jego powyborcze już oświadczenie, że nie lubi chodzić w maseczce. Ani mi to nie ułatwia życia, ani nie jest dla mnie przyjemne – oświadczył. Zatrważające, bo przecież nie można wykluczyć, że są w Polsce ludzie traktujący obecnego prezydenta poważnie, a nawet się na nim wzorujący.

DEZYNWOLTURA GIMNAZJALISTKI

Te słowa padły zaledwie kilka dni wcześniej, nim rząd wprowadził obowiązek noszenia maseczek i gdy liczba wykrytych przypadków zarażenia koronawirusem gwałtownie rosła… W czasie, gdy organizacje międzynarodowe i najważniejsi wirusolodzy apelowali o noszenie maseczek, prezydent Rzeczpospolitej mówił o tym podstawowym środku chroniącym przed rozprzestrzenianiem się groźnego wirusa tak, jakby rozprawiał o noszeniu czerwonego pomponika do berecika. Tylko czekać na oświadczenie, że nie myje rąk, bo przecież wielokrotne w ciągu dnia podchodzenie do umywalki też życia nie ułatwia.

Ta urocza, ale wyłącznie w ustach gimnazjalistki, dezynwoltura wobec nauki i rozumu – właściwa zresztą nie tylko polskim populistom, bo w tej materii modę wyznacza Donald Trump – dotyczy znacznie szerszego kręgu spraw.

W tym miejscu mała dygresja. Każdy, kto choć raz oglądał publiczne wystąpienie Trumpa, musiał zwrócić uwagę, że prezydent Stanów Zjednoczonych zawsze występuje w rozpiętej marynarce i zbyt długim, a więc źle zawiązanym krawacie. Z pewnością styliści w Białym Domu wielokrotnie zwracali mu na to uwagę i z pewnością Trump nosi się niezgodnie z panującym kanonem najzupełniej świadomie.

Sprawa byłaby błaha, gdyby nie to, że ilustruje stosunek obecnego prezydenta USA – a przy okazji jego naśladowców w innych częściach globu, także w Polsce – do świata. W tym do norm, osiągnięć naukowych, kultury i obyczajów. A także, oczywiście, do autorytetów.

A teraz już poważnie. Dezynwoltura PiS odbija się na nas wszystkich. Doświadczamy tego w polityce zagranicznej, bo ministrowie Waszczykowski i Czaputowicz, oczywiście nie na skutek samodzielnych decyzji, ale wytycznych Nowogrodzkiej, właściwie wyprowadzili nas już z Unii Europejskiej, a w każdym razie spowodowali, że stoimy w kącie niczym krnąbrny Karolek.

Podobnie jest ze sprawami gospodarczymi, owymi obietnicami miliona samochodów elektrycznych, uczynienia z Polski kraju nowoczesnych technologii, europejskiej Doliny Krzemowej, budowy Centralnego Portu Lotniczego i przekopu Mierzei Wiślanej.

PiS, a przynajmniej Mateusz Morawiecki, muszą sobie zdawać sprawę, że to fantasmagorie. Ale to polityka najzupełniej świadoma i obliczona na wywołanie emocji oraz zaspokojenie polskiej megalomanii.

EKSPERCI NASI I ICH…

Taka polityka ma swoje następstwa. Szkoda strzępić języka na powtarzanie, że polityczne podziały są dzisiaj głębsze niż kiedykolwiek – a ostatnia kampania jeszcze je zaostrzyła – że przebiegają również przez rodziny, że

nawet w stanie wojennym temperatura sporów między zwolennikami Jaruzelskiego a jego przeciwnikami była niższa.

Szkoda strzępić języka, bo wszyscy tego doświadczamy. Rzecz nie w tym, że nie mamy już chęci, jak kiedyś, zasiąść do kolacji z reprezentującym inne poglądy polityczne szwagrem i wspólnie ponarzekać na ciągle ingerującą w nasze życie teściową. Rzecz w tym, że to podkopuje – i tak tradycyjnie w Polsce niskie – zaufanie do państwa i druzgocze kapitał społeczny.

A bez zaufania do państwa, do siebie nawzajem, nie da się budować nowoczesnego państwa i nowoczesnego społeczeństwa. Nie da się i już. Pozostanie nam „państwo tradycyjne”, rezerwat na mapie Europy. Dokładnie taki, jakim byliśmy w osiemnastowiecznej Europie.

Ilu spośród czytelników „Odry” jest pewnych, że tegoroczne wybory prezydenckie były demokratyczne, a głosy zostały uczciwie policzone? Może fałszerstw naprawdę nie było, a w każdym razie nie udało się ich udowodnić, ale znaczna część Polaków i tak żyje w przekonaniu, że były. I nic ich tej pewności nie pozbawi. Ilu wierzy, że podawane przez ministra Szumowskiego, skompromitowanego między innymi aferą maseczkową i respiratorową, liczby zakażonych koronawirusem są prawdziwe? Z pewnością niewielu.

Może akurat w tej sprawie przyjaciel obrotnego instruktora narciarstwa jest świętszy do świętego Franciszka, ale i tak znaczna część Polaków jest przekonanych, że prawda jest diametralnie inna, niż podaje Ministerstwo Zdrowia. (Notabene 7 sierpnia br. ministerstwo przyznało, że wykonano o 230 tys. testów mniej niż wcześniej podawano. Blisko ćwierć miliona!) I z tego stanu niewiary też nic Polaków nie wyrwie, żadni eksperci i ponadpartyjne autorytety, bo eksperci i autorytety są w dzisiejszej Polsce albo „nasi”, albo „ich”.

Wierzymy wyłącznie „naszym”. I wszystko to dzieje się w sytuacji nadzwyczajnej, niezrozumiałej, gdy

wszystkie scenariusze, w tym te najbardziej czarne, są jeszcze możliwe. Czy jeśli te czarne scenariusze zaczną się spełniać, czego wykluczyć nie sposób, polskie państwo będzie w stanie przetrwać?

Czy bez zaufania będzie w stanie odbudować się po pandemii? Kraj, którego dziesięć milionów obywateli jest przez rządzącą partię uznawana za jego wrogów?

REWOLUCJE NIGDY SIĘ NIE KOŃCZĄ

Wojny domowe nie wybuchają z powodu lekceważenia przez polityków zasad higieny, kwestionowania naukowych prawd czy idiotycznych inwestycji gospodarczych. Ale mogą wybuchnąć, gdy działania władz jeszcze bardziej rozpalą społeczne emocje. A to już nie jest niemożliwe.

Można by oczekiwać, że po wyborach prezydenckich zwycięski obóz zareaguje na pęknięcie w polskim społeczeństwie, że zareaguje na arytmetykę. Bo wymowa liczb jest przecież oczywista – po stronie kandydata PiS opowiedziało się 10 440 648, a po stronie kandydata opozycji 10 018 263. Można było sądzić, że w interesie władzy będzie łagodzenie nastrojów rozhuśtanych kampanią wyborczą, że zrozumie ona, że nie da się zamknąć połowy społeczeństwa w rezerwacie lub nowej Berezie Kartuskiej.

Nic jednak nie wskazuje, by taka refleksja stała się udziałem obozu władzy. Przeciwnie. Widać raczej zaostrzenie kursu. Policja z entuzjazmem godnym lepszej sprawy ściga osoby, które zawiesiły tęczowe flagi na pomniku Chrystusa przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Prokuratura odmawia wszczęcia postępowania wobec biskupa Janiaka – choć robi to Watykan – bo nie dopatruje się znamion przestępstwa w ukrywaniu przez hierarchę pedofila w sutannie.

Kierowanie państwową komisją do spraw pedofilii oddaje się w ręce członka Ordo Iuris i odrzuca wejście do niej księdza Isakowicza-Zaleskiego, jednego z nielicznych duchownych opowiadających się za bezwzględnym ściganiem pedofilów wśród księży.

Za chwilę, najpewniej, aresztowany zostanie jakiś molestujący dzieci murarz i władza zrobi z tego wielki show w publicznej telewizji, udając, że nie rozumie zjawiska zinstytucjonalizowanej pedofilii w polskim Kościele katolickim. Albo, co bardziej prawdopodobne, że jej w ogóle nie ma.

Władza zapowiedziała już także zmiany na uczelniach wyższych, bo młodzież nie głosowała zgodnie z jej zaleceniami, i „odbicie” prywatnych mediów, bo były krytyczne wobec Andrzeja Dudy. Zapowiada twardy kurs i „dokończenie rewolucji”, co jest kolejną ułudą, bo rewolucje nigdy się nie kończą. U człowieka choćby pobieżnie znającego historię, słowa o „dokończeniu rewolucji” wywołują gęsią skórkę, bo przywołują lata trzydzieste w rządzonym przez Stalina Związku Sowieckim.

POLICJANT ZŁY I POLICJANT DOBRY

Po wyborach zabrakło choćby symbolicznych, nawet najmniejszych gestów wobec wyborców, którzy 12 lipca zamanifestowali swój sprzeciw wobec polityki Jarosława Kaczyńskiego. Nie da się tego odczytać inaczej, jak pogarda wobec 10 milionów Polaków.

Wyrazem tej pogardy jest również spektakl wokół konwencji stambulskiej, mającej chronić kobiety przed przemocą. Większość komentatorów jest zdania, że to samodzielna akcja Zbigniewa Ziobry, który chce zamanifestować swoją niezależność i otworzyć Zjednoczoną Prawicę na narodowców. Nie podzielam tej w istocie optymistycznej interpretacji.

Moim zdaniem to zaplanowana akcja, w której Ziobro gra „złego”, a Mateusz Morawiecki „dobrego policjanta”.

Akcja, która ma zbudować w społeczeństwie obraz Zjednoczonej Prawicy jako nowego Frontu Jedności Narodu, w którym są wprawdzie „jakobini”, ale są i „Europejczycy”, więc nie ma sensu budować alternatywy dla obozu władzy. To spektakl, bo w istocie – opieram ten osąd na znajomości poglądów Morawieckiego – między „złym” a „dobrym policjantem” nie ma wielkich różnic poza rozbuchanym ego obu. Do starcia między nimi musi dojść, ale na razie tylko odgrywają swoje role na potrzeby gawiedzi.

Jeszcze bardziej było to oczywiste w przypadku niedawnych negocjacji w sprawie budżetu pomocowego dla krajów Unii Europejskiej. Politycy Solidarnej Polski publicznie wzywali Morawieckiego do ich zerwania, gdyby tylko pojawił się cień podejrzenia, że pomoc dla Polski będzie powiązana z przestrzeganiem praworządności.

Naprawdę ktoś jest w stanie uwierzyć, że Zbigniew Ziobro byłby gotowy odrzucić ponad 700 miliardów zł w sytuacji, gdy polska gospodarka wchodzi w największy od lat osiemdziesiątych kryzys?

To też tylko wyreżyserowany przez Kaczyńskiego spektakl, bo żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie jest na tyle durny, aby nie zdawać sobie sprawy, że populistyczne rządy trwają dopóty, dopóki Polacy są zadowoleni ze stanu swojego konta.

I nawet jeśli założyć, że Ziobro jest idealistą, dla którego pieniądze nie są ważne – a kariera jego żony w Grupie PZU temu przeczy – to przecież naprawdę nie sposób uwierzyć, że jest gotów odrzucić tak gigantyczną kasę. Przy której pomocy nietrudno znaleźć oddanych zwolenników.

Z naiwności Ziobro został wyleczony w czasach, gdy próbował zbudować alternatywę dla PiS-u. Jego niedawna demonstracja miała poprawić w Brukseli pozycję negocjacyjną Morawieckiego oraz zbudować pozycję Ziobry w skrajnie prawicowym elektoracie, a premiera w elektoracie bardziej proeuropejskim. Tylko tyle i aż tyle.

MINISTRANT OD SZÓSTEGO ROKU ŻYCIA

W działaniach obozu Zjednoczonej Prawicy wyraźnie widać dążenie do zaostrzenia kursu i „dokończenia rewolucji”. Na razie brakuje jeszcze wprawdzie projektów ustaw zmieniających programy nauczania w szkołach i na uniwersytetach, ale już w lutym tego roku powołano Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej imienia Romana Dmowskiego i Ignacego Paderewskiego. Będzie się on zajmował, jak ogłoszono, realizacją polityki pamięci w zakresie historii i dziedzictwa polskiej myśli politycznej, ze szczególnym uwzględnieniem myśli konserwatywnej, chrześcijańsko-demokratycznej i narodowej.

Ponieważ na czele Instytutu stanął profesor Jan Żaryn, zajmujący się historią Kościoła katolickiego oraz obozu narodowego, człowiek, który w swoich biogramach podkreśla, że od szóstego roku życia był ministrantem, to można być pewnym, jaki będzie kierunek prac nowej instytucji.

Biogramy innych członków kierownictwa Instytutu rozwiewają resztkę ewentualnych wątpliwości: to profesor Paweł Skibiński, były dyrektor Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego oraz Marek Jurek. Wkrótce powstanie jeszcze Fundusz Patriotyczny, zapowiedziany podczas kampanii wyborczej przez Morawieckiego. Instytut będzie operatorem Funduszu, co oznacza również kształtowanie jego polityki. A jesienią zmieni się rzecznik praw obywatelskich. Adama Bodnara zastąpi któryś ze wskazanych przez władzę kandydatów, być może poseł Bartłomiej Wróblewski, oczywiście z PiS-u, w 2017 roku autor wniosku do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z Konstytucją ustawy antyaborcyjnej.

Władza będzie coraz mocniej ingerowała w kulturę, więc dyrektorzy teatrów powinni szybko sprzątać biurka.

Ale nie tylko oni, zmiany będą głębsze, skoro Jarosław Kaczyński zdiagnozował już nawet grzechy rodzimej muzyki, stwierdzając, że „kształtuje ona kontrrzeczywistość”. A przeszłość uczy, że gdy Kaczyński wydaje diagnozę, to jego akolici szybko wymyślają odpowiednią terapię.

GDY REWOLUCJONIŚCI NIE ŚWIĘTUJĄ, TRZEBA SIĘ BAĆ

Nie wszystko jednak jest już przesądzone. Na początku sierpnia najważniejsi politycy PiS-u zebrali się w Jachrance, gdzie mieli świętować zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Wcześniej szef partii obiecywał, że jeśli Duda wygra, na spotkaniu będą wanny szampana, ale z doniesień mediów wynika, że nastrój wcale szampański nie był. I nic dziwnego, bo

po latach przekupywania różnych grup społecznych okazało się, że połowa wyborców opowiedziała się za „wrogiem tradycyjnych wartości”. Już wcześniej ważni politycy Zjednoczonej Prawicy podkreślali, że jeśli nie zostaną podjęte odpowiednie decyzje, to kolejne wybory partia Kaczyńskiego przegra.

Gdy rewolucjoniści nie świętują, trzeba się bać. Gdy nie świętują po zwycięstwie, to znaczy, że są niezadowoleni, a niezadowoleni rewolucjoniści z reguły, właściwie zawsze, dochodzą do wniosku, że trzeba „bardziej”, „mocniej” i „głębiej”. W takich wypadkach nigdy nie dopuszczają myśli, że kroczą złą drogą, bo to oznaczałoby przyznanie się do błędu. Rewolucjoniści są z reguły ludźmi ponurymi i jeśli nawet po zwycięstwie nie piją z wanien szampana, to oznacza, że rozmyślają nad sposobem „dokończenia rewolucji”. Bo tylko wtedy będą się mogli napić szampana. A lubią.

Nawet jeśli nie wszystko jest jeszcze przesądzone, nawet jeśli Jarosław Kaczyński waha się między „miękkim” a „twardym” kursem, to jego akolici starają się uprawiać politykę faktów dokonanych. Prowokacyjne działania policji w sprawie Margot, warszawskiej aktywistki LGBT, to wyraz takich działań. Granie na emocjach Kaczyńskiego, aby popchnąć go w kierunku „utwardzenia” rewolucji.

Bo to kolejna niesprzyjająca okoliczność: coraz starszy Kaczyński w coraz mniejszym stopniu kontroluje swoją partię, a w drugim szeregu zaczyna się przebieranie nogami.

Fotel prezesa jeszcze się nie chwieje, co najwyżej, z racji wieku zasiadającego na nim lidera, lekko drży, ale w kolejce po schedę politycy już okładają się łokciami. Wiedzą, że aby wdrapać się na szczyt, trzeba się oprzeć przede wszystkim na partyjnym aparacie. A partyjny aparat, zawsze przeciwny zmianom i podszyty strachem o utratę przywilejów, zagłosuje na tego, kto obieca jeszcze lepsze warunki. Zaś „jeszcze lepsze warunki” oznaczają wyłącznie „dokończenie rewolucji”. W tej sytuacji byłoby naiwnością wierzyć, że PiS pójdzie drogą marszałka de Gaulle’a z jego ofertą „pokoju zwyciężonym”.

BYĆ MOŻE LONT JESZCZE SIĘ NIE PALI…

Po drugiej stronie barykady, zwłaszcza w niektórych środowiskach, narasta wściekłość. Te środowiska czują się zapędzone do rogu, mają poczucie krzywdy. I przekonanie, że nie mają już nic do stracenia. Obawiam się, że ich cierpliwość dla demokracji i jej rozwlekłych, zmanipulowanych przez prawicę procedur, jest na wyczerpaniu. Uważają, nie bez racji, że mamy dzisiaj w Polsce „demokrację bezobjawową”.

Czeka nas bardzo gorąca jesień, bo wściekłość narasta nie tylko w środowiskach anarchistycznych i LGTB, ale także wśród górników, którym przed wyborami obiecywano świetlaną przyszłość, a teraz proponuje się zamykanie kopalń. Wśród nauczycieli, personelu medycznego… Być może lont jeszcze się nie pali, ale władza bawi się krzesiwem w jego bezpośredniej bliskości. Jedna iskra może doprowadzić do zapalenia się łatwopalnego materiału. A później na reakcję nie będzie już czasu.

Tym bardziej że

nie ma już dziś instytucji, która potrafiłaby powściągnąć społeczne emocje.

Nieco ponad trzydzieści lat temu tę rolę – podobnie, jak w 1981 roku – odegrał Kościół. Dzisiaj już nie odegra. Sam jest stroną w tym sporze, powiązaną z obecną władzą wieloma interesami, a jego społeczny autorytet jest dzisiaj mniejszy niż był kiedykolwiek w polskiej historii.

Piotr Gajdziński

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Odra” (9/2020)


Zdjęcie główne: Plac Piłsudskiego, 11 listopada 2018 roku, Fot. Flickr/Sejm RP, licencja Creative Commons

Reklama