Reklama

„Sprawdzam” Tuska, czyli złożona w Płońsku propozycja konstytucyjnej blokady dla wyprowadzenia Polski z UE, pokazało, że są rzeczy z punktu widzenia przyszłości Polski ważniejsze, niż harce aktywistów na Facebooku czy impreza urodzinowa Mazurka, tryumf najbardziej toksycznych mediów nad resztkami polityki w Polsce, tryumf zupełnie niebywałej skali – pisze Cezary Michalski. Właśnie dlatego, że pomysł Tuska był celny, furiacko zaatakowali go lewicowi chłopcy z pisowskiej nagonki.

Kaczyński nie potrzebuje Europy, ale wciąż potrzebuje europejskich pieniędzy

Kaczyński nie potrzebuje Europy, Europa mu wyłącznie przeszkadza. Potrzebuje tylko europejskich pieniędzy, żeby opłacić swój elektorat. Potrzebuje tych pieniędzy na wybory przedterminowe (jeśli uda mu się politycznie zlikwidować Tuska i przedterminowe wybory nie będą się dla niego wiązały z ryzykiem przedterminowej utraty władzy) lub na wybory w 2023 roku, nawet za cenę dryfowania przez cały ten czas na tratwie „śmieciowej koalicji”, sztukowanej z posłów kupowanych lub szantażowanych pojedynczo lub grupowo w rytmie kolejnych ważnych dla Kaczyńskiego sejmowych głosowań.

Jeśli Kaczyński zdecyduje się na wybory wcześniejsze, każe Morawieckiemu zadłużyć państwo pod europejskie pieniądze, a uzyskane w ten sposób coraz mniej warte i coraz bardziej inflacyjne złotówki rozrzuci jedną wielką szuflą.

Jeśli na wybory będzie musiał poczekać dwa lata, wówczas będzie musiał płacić więcej i przez dłuższy czas – wybranym grupom elektoratu, wybranym samorządom, także po to, by pozostałe „niepisowskie” samorządy ukarać bankructwem i zarządem komisarycznym, gdyż pozbawione znacznej części dochodów własnych będą zdane na rządowe subwencje. I arbitralnie ograniczając te subwencje można je będzie po prostu zniszczyć.

Potem „niech się dzieje, co chce”. Zarówno z budżetem polskiego państwa (coraz bardziej dziurawym, bo coraz więcej jego wydatków kreatywni księgowi od Morawieckiego wyprowadzają poza oficjalne zadłużenie państwa). Ale szczególnie „niech się dzieje, co chce”, z Unią Europejską. Z punktu widzenia Kaczyńskiego najlepiej, żeby ją szlag trafił, jednak w taki sposób, by do ostatniego dnia swojego istnienia przekazywała rządowi PiS pieniądze, ale nie miała już politycznej siły, aby przestrzegać kryteriów i warunków ich przyznawania.

Reklama

Dokładnie o tym mówi najnowsza uchwała PiS „W sprawie przynależności Polski do Unii Europejskiej oraz suwerenności RP”, która ma propagandowo osłaniać

faktyczny polexit, jaki Kaczyński przeprowadza na naszych oczach – w obszarze sądownictwa, w obszarze całego państwa prawa, w obszarze praw kobiet, w obszarze praw mniejszości, w obszarze polityki klimatycznej i energetycznej, w obszarze polityki migracyjnej…

„Sprawdzam” Tuska, czyli złożona w Płońsku propozycja konstytucyjnej blokady dla wyprowadzenia Polski z UE, było oczywiście zagraniem PR-owym, ale we właściwym kierunku. Pokazującym, że są rzeczy z punktu widzenia przyszłości Polski ważniejsze, niż harce aktywistów na Facebooku czy impreza urodzinowa Mazurka (tryumf najbardziej toksycznych mediów nad resztkami polityki w Polsce, tryumf zupełnie niebywałej skali).

Właśnie dlatego, że pomysł Tuska był celny, furiacko zaatakowali go lewicowi chłopcy z pisowskiej nagonki, czyli Czarzasty i Zandberg. Ciekawe, co im PiS obiecało za udział w tej nagonce na Tuska. Jaką ofertę Kaczyński położył na stole i co pokazał pod stołem. Jakie gwarancje bezpieczeństwa w państwie PiS, jakie oferty współudziału w łupach.

Włodzimierz Czarzasty i Adrian Zandberg podążają dziś żwawo drogą Piotra Guziała.

Nie pamiętają Państwo Guziała? Trochę trudno się dziwić. Przez moment była to jednak bardzo zauważalna gwiazda na politycznym firmamencie lewicy. Krążył pomiędzy różnymi jej frakcjami, głosami lewicowych wyborców i aktywistów miejskich został wybrany do Rady Ursynowa, aby następnie zmienić front i zawiązać już nie lewicową, ale czysto populistyczną koalicję z PiS-em. Ta koalicja samego Guziała uczyniła na cztery lata burmistrzem Ursynowa, a partii Kaczyńskiego pozwoliła przez cztery lata współrządzić jedną z najbardziej antypisowskich dzielnic Warszawy (już nie współrządzi).

Sam Guział przestał w międzyczasie nawet udawać lewicowca i antyklerykała, jakiego odgrywał wcześniej. Wśród jego wspólnych z PiS-em inicjatyw znalazł się nawet – szczęśliwie nigdy niezrealizowany – pomysł monumentalnej kolejki linowej między Ursynowem a Świątynią Opatrzności Bożej na Wilanowie, która miała wozić ponad Wisłą „pielgrzymów”.

Kiedy Guział już się skompromitował – jako lewicowiec, jako centrolewicowiec, jako cokolwiek – poparł jeszcze Jakiego przeciw Trzaskowskiemu w wyborach prezydenta Warszawy, po czym przeszedł już całkowicie na utrzymanie PiS. Partia Kaczyńskiego zaczęła zatrudniać go w kolejnych przejętych przez siebie państwowych spółkach, a zwieńczeniem jego „biznesowej” kariery stało się kierownicze stanowisko u Obajtka w Orlenie. Tak wygląda droga lewicowego populisty w państwie PiS. Na drogę Guziała wstąpili teraz Czarzasty i Zandberg. Pytanie, jak szybko dotrą tam, gdzie Guział już jest.

Tak czy inaczej, lewicy jako socjaldemokracji, jako ważnej i potrzebnej siły w obozie polskiej modernizacji w Polsce dzisiaj nie ma.

Czy się kiedyś odrodzi, trudno powiedzieć. Ja też uważam lewicę za siłę w promodernizacyjnym obozie konieczną, ale ani Czarzasty, ani Zandberg podstawowych kryteriów bycia taką lewicą nie spełniają, i to nawet z bardzo daleka.

Negocjowanie przez chaos

Jarosław Kaczyński, żeby dostać pieniądze, zdecydował się na zmuszenie swoich samorządowców, aby w kilku rządzonych przez PiS województwach, w deklaracjach uderzających w mniejszości obyczajowe, zastąpili litery LGBT jeszcze bardziej bombastycznymi sformułowaniami „w obronie rodziny”. Kaczyński kazał swoim ludziom schować ideologię w zamian za całkiem sporą garść euro, co oczywiście dało Ziobrze okazję do kolejnego zaatakowania swego większego i silniejszego koalicjanta za „wywieszanie białej flagi” i „miękiszoństwo”.

Inną formą dialogu Kaczyńskiego z Brukselą – nastawionego wyłącznie na jak najszybsze wydobycie kasy – stało się (przynajmniej w umyśle Prezesa) niepodejmowanie żadnych wiążących decyzji w kwestii dalszego działania Izby Dyscyplinarnej i – szerzej – wszystkich sędziów wybranych przez upolitycznioną neo-KRS. To z kolei doprowadziło do jeszcze głębszego chaosu w polskich sądach, począwszy od Sądu Najwyższego, aż po sądy rejonowe i okręgowe.

Dla Kaczyńskiego chaos i niepodejmowanie decyzji są formą negocjacji. Nauczył tej bardzo specyficznej „metody politycznej” Morawieckiego i Sasina, co doprowadziło do totalnego zabagnienia sporu z Czechami o kopalnię w Turowie.

Podobne „negocjowanie przez chaos” mamy w przypadku TVN. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przedłużyła co prawda koncesję dla TVN 24, ale jednocześnie – na żądanie Kaczyńskiego, gdyż to ciało jest wobec niego mniej więcej tak samo „niezależne”, jak Trybunał Przyłębskiej – podjęła uchwałę głoszącą, że właściwie całe TVN działa nielegalnie. I to już w oparciu o bardzo specyficzną i amatorską wykładnię obecnie obowiązującego prawa, nawet bez uchwalania „Lex TVN”.

Może to znaczyć, że „śmieciowa koalicja” Kaczyńskiego nie wystarczy, by odrzucić senackie weto do „Lex TVN”. Prezes swoją słabość będzie próbował przedstawić jako „skłonność do negocjacji z Amerykanami i Unią”, próbując jednocześnie zniszczyć TVN metodami całkowicie pozaprawnymi i nieformalnymi.

Negocjowanie przez chaos, negocjowanie przez niepodejmowanie lub odwlekanie decyzji nie jest żadnym negocjowaniem. Jest po prostu dalszym pogłębianiem chaosu. Rząd PiS przekonał się o tym w sporze z Czechami, w sporze z Unią, w sporze z Ameryką, w sporze z Izraelem. Dlaczego obóz rządzący dziś Polską niczego się na tych błędach nie uczy? Czemu coraz głębiej w te błędy brnie? Ponieważ

Kaczyński nie potrafi budować żadnego ładu – prawnego, konstytucyjnego, politycznego, społecznego, gospodarczego.

Zarządzanie przez kryzys, zarządzanie przez chaos, jest jedyną formą polityki, jaką uprawiać potrafi. Eskalując kryzys, pogłębiając chaos, można ograć konkurentów, można osłabić opozycję. Można było na przykład za pomocą zupełnie cynicznie wznieconego przez Kaczyńskiego kryzysu aborcyjnego rozedrgać Platformę, dopóki nie wrócił tam Tusk. Jednak przy okazji takich „zwycięstw” niszczy się państwo, rozbija się społeczeństwo. Dla nihilisty to żaden problem, dla obywateli tego państwa już tak.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Donald Tusk, Fot. Flickr/European Committee of the Regions/European Union/Laurie Dieffembacq, licencja Creative Commons

Reklama