Reklama

Czarzasty, Zandberg i Biedroń zrobili wszystko, aby demokratyczna Polska stała się wobec autorytarnych planów Kaczyńskiego zupełnie bezbronna. Ich zachowanie po raz kolejny potwierdza, że kluczowy konflikt dzielący dziś Polskę to nie jest spór lewicy z prawicą, ale spór demokratycznego centrum z antyliberalnym populizmem – pisze Cezary Michalski

Sejmowa Lewica rzuciła Kaczyńskiemu koło ratunkowe. Dobrze wypasione, podbite futerkiem, z uchwytami na drinki. Czarzasty zrobił to z cynizmu, Zandberg z powodów ideologicznych, Biedroń z politycznej głupoty. Opozycja, działając razem, mogła wymusić na PiS-ie przyjęcie przygotowanej wspólnie w Senacie ustawy o Agencji Spójności i Rozwoju. Stworzyć w ten sposób minimalne choćby instytucjonalne i prawne gwarancje, że unijne miliardy trafią w uczciwej proporcji do wszystkich Polaków. Do wszystkich samorządów, do wszystkich przedsiębiorców, do wszystkich organizacji pozarządowych, a nie tylko do krewnych Obajtka, do przyjaciół Czarnka, do klonów Ordo Iuris, do ludzi Rydzyka.

Dzięki decyzji Czarzastego, Zandberga i Biedronia stanie się inaczej. Kaczyński dostanie największy w historii fundusz wyborczy dla swojej partii. I kupi sobie władzę w Polsce na kolejną kadencję.

Za gigantyczne pieniądze z przyszłego unijnego budżetu i z europejskiego Funduszu Odbudowy PiS zamierza zbudować w Polsce system – polityczny, społeczny, własnościowy – który będzie nie do obalenia. A „nowe elity” PiS-owskie zostaną uwłaszczone na takim poziomie, że staną się jedynym rozstrzygającym graczem w polskiej gospodarce, polityce, w życiu swoich środowisk zawodowych i wspólnot lokalnych. Co ciekawe, przy okazji dystrybucji i przechwytywania pieniędzy unijnych Jarosław Kaczyński chce dodatkowo ograć i zmarginalizować koalicjantów z Solidarnej Polski i Porozumienia Gowina, którzy są konsekwentnie odsuwani od projektów i z obszarów, gdzie będą wydawane unijne pieniądze.

Kaczyńskiemu można było w tych planach przeszkodzić. Wystarczyło (tak, wiem, że nie było to łatwe) zmusić go do przyjęcia choćby części instytucjonalnych i prawnych warunków opozycji. W tym dwóch najważniejszych: akceptacji ustawy o Agencji Spójności i Rozwoju przygotowanej i uchwalonej przez opozycję w Senacie i skierowanej do Sejmu oraz przystąpienia Polski do Prokuratury Europejskiej, która zajmuje się ściganiem nadużyć w wydatkowaniu środków unijnych.

Reklama

Ten drugi warunek wynikał z uzasadnionych obaw, że Komisja Europejska czy Rada UE mogą z doraźnie politycznych powodów przymknąć oczy na nieprawidłowości w wydawaniu unijnych pieniędzy przez PiS. Żeby Polska i Węgry nie przeszkadzały w jak najszybszym wykorzystaniu gigantycznych pieniędzy z Funduszu Odbudowy przez najbardziej potrzebujące kraje strefy euro – Francję, Hiszpanię i Włochy.

Porażka w głosowaniu nad ratyfikacją Funduszu Odbudowy bez spełnienia warunków opozycji mogła Kaczyńskiego pozbawić władzy.

I sprawić, że unijne pieniądze wydawałby nowy rząd sformowany po przedterminowych wyborach albo rząd techniczny wyłoniony jeszcze w tym parlamencie. Kaczyński nie miał głosów, żeby przeprowadzić ratyfikację na swoich warunkach. Nawet Ziobro i Gowin wiedzieli, że jeśli teraz mu się nie postawią, to wkrótce zostaną przez niego dorżnięci. W przypadku Ziobry nie chodziło o Unię, ale o własną skórę. W przypadku Gowina o własną skórę i o zachowanie potencjalnie obrotowej pozycji.

To parlamentarna Lewica rzuciła Kaczyńskiemu koło ratunkowe. Czarzasty zrobił to z prostego cynizmu. Wcześniej zagroziła mu osobista polityczna kompromitacja. Adrian Zandberg i jego grupka, a także paru posłów wywodzących się z „Wiosny” Biedronia, coraz bardziej otwarcie grozili, że zagłosują za ratyfikacją Funduszu Odbudowy bez względu na stanowisko władz klubu Lewicy. Oznaczałoby to, że Czarzasty utracił kontrolę nad własną formacją. Zmieniając front udał, że to on nadal jest liderem lewicy. Tak naprawdę ogon zamachał jednak psem. Zrealizowana została ideologiczna agenda Zandberga, który w klubie Lewicy dysponuje zaledwie kilkorgiem posłów, podczas gdy Czarzasty (formalnie, bo nie wiadomo jak jest naprawdę) kontroluje resztę.

O ile bowiem Czarzasty podpisał dla Kaczyńskiego czek in blanco na unijne miliardy dla paru drobnych (mam nadzieję, że tylko politycznych) wziątek, to

Zandberg poparł PiS z powodów czysto ideowych. On jest klasycznym lewicowym populistą, a nie żadnym socjaldemokratą.

Polscy liberałowie, polskie mieszczaństwo i biznes, gospodarka rynkowa w Polsce, dorobek transformacji… – wszystko to od początku było dla niego i wychowanych przez niego członków partii Razem priorytetowym ideowym wrogiem, w walce z którym można było współpracować nawet z populistyczną prawicą.

Zandberg i jego grupka od półtora roku głosowali wraz z PiS-em za podnoszeniem danin i podatków (zaczęło się od głosowania za podniesieniem podatku cukrowego, a potem akcyzy). Zdarzało się, że głosowali z PiS-em wbrew reszcie klubu Lewicy. Zandberg wiedział doskonale, że pieniądze, które pomagał w ten sposób zdobyć Kaczyńskiemu trafią ostatecznie do Ordo Iuris, do Rydzyka, na „strefy bez LGBT”, na organizacje i działania niszczące liberalną demokrację w Polsce. Ale najważniejsze było dla niego to, że zostaną one wydarte znienawidzonym przez niego „libkom”, a także – last but not least – pomogą zniszczyć Platformę.

Najbardziej groteskowe było to, że obaj panowie – Czarzasty i Zandberg – wystawili do obrony swego dealu z PiS-em Roberta Biedronia, żeby całkiem się skompromitował i nigdy już nie był dla nich problemem.

Załatwiając deal z Kaczyńskim Czarzasty i Zandberg liczyli na zmęczenie Polaków. Sugerując, że dzięki sojuszowi Lewicy z PiS-em nastąpi jakaś „normalizacja”. Nastąpi, ale „normą” będą Przyłębska, Czarnek, Ordo Iuris, strefy „oczyszczone” z LGBT, Polska Press oczyszczona z niezależnych dziennikarzy i ostatni niezawiśli sędziowie doprowadzani do prokuratury w kajdankach. Akurat Biedroń, żyrując taką „normalizację”, traci resztki wiarygodności.

„Zaszumianie” prawdy

Problemem nie jest sam tylko polityczny deal Czarzastego i Zandberga z Jarosławem Kaczyńskim, ale sposób osłaniania tego dealu w niepisowskich mediach (bo w telewizji Jacka Kurskiego natychmiast natychmiast rozpoczął się miesiąc miodowy). Lewica – wzorem PiS-u – ma „przekaz dnia”, który powtarzają zarówno politycy, jak też dziennikarze osłaniający ten obóz. Głównie resztą osłaniający Zandberga, bo Czarzasty jest dla nich elementem obojętnym lub wrogim. Właśnie dlatego Zandberg może szantażować szefa SLD, bo to on ma w niepisowskich mediach swoich ludzi, podczas gdy Czarzasty ma tam tylko wrogów.

Są dwa podstawowe elementy tego przekazu dnia. Pierwszy głosi, że PO nie miało żadnego warunku dla PiS, a tylko chciało w ciemno odrzucić Fundusz Odbudowy, żeby „unijne pieniądze nie trafiły do polskich domów”. Drugi element przekazu dnia osłaniającego lewicowy deal z Kaczyńskim głosi, że „Bruksela ma wystarczające narzędzia, żeby zdyscyplinować PiS przy wydawaniu unijnych pieniędzy, więc deal Czarzastego, Zandberga i Biedronia nie wiąże się z żadnym ryzykiem”.

Posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk powiedziała w środę: „Jeżeli PO nie chce postawić żadnych warunków i chce tylko w ciemno głosować przeciwko, to postawa Platformy gwarantuje Polakom jedno – że tych pieniędzy nigdy nie zobaczą”. Mówiąc tak po prostu kłamała i wiedziała, że kłamie.

Najbardziej precyzyjnym warunkiem poparcia przez opozycję ratyfikacji Funduszu Odbudowy było właśnie zaakceptowanie przez rząd ustawy o Agencji Spójności i Rozwoju. Ustawy popartej także przez senatorów Lewicy, którzy coś zapewne pani posłance musieli o tej sprawie powiedzieć.

W czwartek kłamstwo Agnieszki Dziemianowicz-Bąk powtórzył w TVN24 Grzegorz Sroczyński, mówiąc w rozmowie z Andrzejem Morozowskim i Dominiką Wielowieyską, że Platforma nie miała żadnego pomysłu, nie wypracowała żadnych warunków, zależało jej tylko na tym, żeby Polacy nie dostali unijnych pieniędzy. Na zdziwione pytania Wielowieyskiej i Morozowskiego o projekt ustawy o ASiR Sroczyński odpowiedział, że „nie słyszał”. Oczywiście nie jest to możliwe, ale Sroczyński wolał się skompromitować jako dziennikarz, niż jako lewicowy populista osłaniający Zandberga.

Niezupełną prawdą jest także twierdzenie, że Unia Europejska ma wystarczające instrumenty, aby uniemożliwić Kaczyńskiemu kupienie sobie za unijne miliardy władzy na kolejną kadencję.

Jak nadużywać funduszy unijnych do uwłaszczania elit władzy i kupowania społecznego poparcia pokazały już zarówno Węgry Orbána, jak też Czechy Babisza.

Oczywiście Unia Europejska ma narzędzia kontrolne. W przypadku Funduszu Odbudowy zarówno zgłaszane przez rządy państw członkowskich Krajowe Plany Odbudowy, jak też ich realizacja będą oceniane i opiniowane przez Parlament Europejski i Komisję Europejską. W europarlamencie już powstaje specjalna międzypartyjna grupa robocza, która ma przygotowywać opinie dla Komisji. Ostateczna decyzja o przyjęciu projektów, a także o wypłacie środków, będzie jednak należeć do Rady UE, składającej się w tym przypadku z delegowanych przez rządy krajów członkowskich ministrów finansów lub ministrów odpowiadających za wykorzystanie środków unijnych. W tym gronie decyzje będą zapadały kwalifikowaną większością głosów i mogą to być decyzje bardziej polityczne, niż merytoryczne.

To znaczy, że na przykład Francja, Włochy, Hiszpania i inne kraje, którym naprawdę zależy na jak najszybszym wykorzystaniu wszystkich pieniędzy z Funduszu Odbudowy, będą sobie „kupowały” milczenie i zgodę Polski czy Węgier w zamian za przymykanie oczu na nieprawidłowości przy wydatkowaniu unijnych pieniędzy przez partie Orbána i Kaczyńskiego.

Właśnie dlatego opozycja – ostatnio Radosław Sikorski – zaproponowała przystąpienie Polski do Prokuratury Europejskiej. Ale tego warunku Czarzasty, Zandberg i Biedroń też Kaczyńskiemu nie postawili.

Unia Europejska – wbrew temu, czym straszą nas eurosceptycy, a na co czasem mają nadzieję niektórzy euroentuzjaści – nie jest „nowym Układem Warszawskim”. Nie wymusza na obywatelach krajów członkowskich konkretnych politycznych wyborów. Przeciwnie, główny ciężar obrony demokracji i praworządności w krajach UE nadal spoczywa przede wszystkim na obywatelach i politykach tych krajów. Także jeśli chodzi o przeciwdziałanie przechwyceniu środków unijnych przez PiS, to Czarzasty, Zandberg i Biedroń zrobili wszystko, aby demokratyczna Polska stała się wobec autorytarnych planów Kaczyńskiego zupełnie bezbronna.

To nie jest spór lewicy z prawicą

Zachowanie Czarzastego, Zandberga i Biedronia po raz kolejny potwierdza, że kluczowy konflikt dzielący dziś Polskę to nie jest spór lewicy z prawicą, ale spór demokratycznego centrum z antyliberalnym populizmem.

Na lewicy poseł Andrzej Rozenek otwarcie wystąpił przeciwko dealowi z Kaczyńskim. W mediach Sławomir Sierakowski i Jakub Majmurek też ten deal krytykują albo przynajmniej wyrażają wobec niego spore wątpliwości. Oni wszyscy chcieli jednak, by polska lewica była naprawdę socjaldemokratyczna, broniła państwa prawa, była rzecznikiem polskiej modernizacji.

Jacek Żakowski czy Grzegorz Sroczyński takich wygórowanych wymagań wobec polskiej lewicy nie mają. Im wystarczy lewicowy totem, który ich czyni „lepszymi” – głównie we własnych oczach.

Ja się nie oburzam, ja tylko to widzę i o tym mówię. Także Państwu radzę dobrze popatrzeć, zapamiętać, uważać na „zaszumianie” medialne prowadzone przez zwolenników zandbergowskiej lewicy w mediach. Od tego bowiem, czy media potrafią rozliczyć Czarzastego, a szczególnie Zandberga, czy potrafi ich rozliczyć elektorat, zależy dziś wszystko.

Jeśli lewica Zandberga i Czarzastego po swoim zwrocie w stronę PiS będzie dostawała ponad 5 procent (albo tak jak teraz, pomiędzy 5 i 10) głosów, to Kaczyński zawsze będzie tutaj rządził. Jeśli jednak za to, co zrobili, zostaną rozliczeni przez swoich wyborców, mimo wysiłków „zaszumiania” prawdy przez ich ludzi w mediach, to socjaldemokratyczne skrzydło liberalnego centrum mają szansę budować Barbara Nowacka, Dariusz Joński czy Andrzej Rozenek. I wielu innych ludzi – w sejmowym klubie Lewicy i poza nim – którzy wiedzą, że Czarzasty to nie żaden zbawca lewicy, ale powiatowy Makiawel, który ostatecznie zawsze gra tylko na siebie.

Reszta jest milczeniem, opowieścią pełną wrzasku i wściekłości, lecz nic nieznaczącą. Reszta jest Budapesztem w Warszawie. Gdzie

Kaczyński i jego następcy rządzą w sposób absolutny, nawet mając tylko 30-35 procent poparcia.

Budując Gilead, wyciągając Polskę z liberalnego Zachodu, wciągając ją do Putinowskiej przestrzeni „suwerennego autorytarnego tradycjonalizmu” (będącego w rzeczywistości totalnym nihilizmem władzy pozbawionej ograniczeń moralności i prawa).

A po drugiej stronie mamy parę słabych i pokłóconych ze sobą grupek opozycji, rozbijanych służbami, odcinanych od mediów. Z populistyczną lewicą tak bardzo niewierzącą już w możliwość rządzenia Polską, że gotową się sprzedać rządzącej tym krajem coraz głębiej i pewniej populistycznej prawicy.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Shutterstock

Reklama