Reklama

Deklaracja Jarosława Kaczyńskiego na temat Pegasusa zawiera taki sam przekaz, jak niegdyś deklaracja Ferenca Gyurcsány’ego. Ten świetnie się zapowiadający młody lider węgierskich postkomunistów przyznał: „kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem”. Kosztowało go to władzę, podczas gdy Kaczyński wydaje się być pewny, że jego nic władzy pozbawić nie może – pisze Cezary Michalski

Jarosław Kaczyński wciąż ma w swoim obozie pierwsze i ostatnie słowo.

Jego manie, obsesje i koszmary na temat Polski (bo żadnych marzeń związanych z Polską już nie posiada, może nigdy ich nie miał) są naszym światem, dopóki jego obóz rządzi.

Po raz kolejny pokazała to autorska „zmiana narracji” na temat Pegasusa. Przez wiele dni Morawiecki i jego ludzie, Ziobro i jego ludzie, a także cała gromada pseudodziennikarzy zatrudnionych przez PiS za państwowe pieniądze do uprawiania prostej propagandy… wszyscy oni powtarzali na różne sposoby, że po pierwsze PiS-owskie państwo nie nabyło Pegasusa, po drugie nie użyło do jego zakupu pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości, a po trzecie nigdy nie użyło go do inwigilowania opozycji.

Towarzyszące tym zapewnieniom dowcipy na temat fake newsów czy konsol do gier, jakie przy tej okazji wyciskali z siebie premier i jego ministrowie, były na poziomie konferansjerki z telewizji Jacka Kurskiego albo satyry prezentowanej w programie „W tyle wizji”.

Reklama

Kaczyński to wszystko przekreślił jednym wywiadem. Powiedział, że owszem, PiS-owskie państwo kupiło Pegasusa. Owszem, zrobiło to za pomocą pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości. I owszem, użyło Pegasusa do inwigilowania opozycji. W tym Krzysztofa Brejzy, kiedy był on szefem sztabu wyborczego największej opozycyjnej partii w czasie kampanii parlamentarnej 2019 roku.

Pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości miały służyć ofiarom przestępstw. Tymczasem Pegasus trafił do Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, czyli do sprawców przestępstw. Obecni zwierzchnicy PiS-owskich służb zostali bowiem w 2015 roku skazani – każdy na trzy lata więzienia bez zawieszenia – za nadużycie władzy, za łamanie prawa, za nielegalne podsłuchy i prowokacje, za wyłudzanie od sądów zgody na inwigilację politycznych przeciwników Kaczyńskiego i PiS-u – czyli dokładnie za te same działania, o które dziś są podejrzewani w sprawie Pegasusa.

Deklaracja Jarosława Kaczyńskiego na temat Pegasusa zawiera taki sam przekaz, co niegdyś deklaracja Ferenca Gyurcsány’ego. Ten świetnie się zapowiadający młody lider węgierskich postkomunistów przyznał: „kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem”. Kosztowało go to władzę.

Dziś Jarosław Kaczyński mówi własnymi słowami: my, PiS-owska władza, rząd Zjednoczonej Prawicy, kłamaliśmy na temat Pegasusa i kłamaliśmy na temat inwigilacji opozycji rano, nocą i wieczorem.

Deklarację Kaczyńskiego od deklaracji Gyurcsány’ego różni jednak parę ważnych rzeczy.

Po pierwsze deklaracja Gyurcsány’ego była adresowana wyłącznie do aparatu jego partii, miała pozostać w tajemnicy. Kiedy została upubliczniona, zniszczyła Gyurcsány’ego i jego partię. Tymczasem deklaracja Kaczyńskiego została przez niego wygłoszona publicznie, do całego polskiego narodu, za pośrednictwem tuby trzymanej przy jego buzi przez dyspozycyjnych braci Karnowskich.

Po drugie Gyurcsány dawał do zrozumienia swoim współpracownikom, że powinni się wstydzić kłamstw, które dały im władzę i długo ich przy tej władzy utrzymywały. Tymczasem Kaczyński deklaruje, że PiS jest dumny ze swoich kłamstw. I że te kłamstwa nie odbiorą mu władzy.

Czy Kaczyński ma rację? Co musi się w Polsce wydarzyć, aby okazało się, że racji nie ma i że władzę straci? Na razie jego propaganda jest coraz bardziej brutalna, coraz bardziej prymitywna, coraz bardziej bezczelna, jednak nawet na swoich ofiarach sprawia wrażenie skuteczności i siły. Tak jest i tak pozostanie, dopóki 30 procent Polaków wciąż głosuje na PiS, bo wciąż uważa, że zniszczenie w Polsce państwa prawa, zniszczenie politycznego i ideowego pluralizmu w naszym kraju, wyciąganie Polski z demokratycznego Zachodu… z tych czy innych powodów im osobiście nadal się opłaca.

Jak już wielokrotnie powtarzano – opłaca im się albo materialnie (500 plus dla elektoratu osłaniające 50 000, 500 000, a czasami nawet 5 milionów plus dla ludzi z aparatu władzy), albo „ideowo”. Poza mechanizmem politycznej redystrybucji publicznego pieniądza Kaczyński uruchomił bowiem mechanizm kulturowej wojny. Podporządkował mu całe państwo – od edukacji po media, od „pracy z Kościołem” po kampanie nienawiści wobec obyczajowych mniejszości.

Do tego stworzył jeszcze mechanizm „godnościowy”, czyli dał wielu ludziom możliwość dokonania zemsty na tych, którzy na różne sposoby stali im na drodze.

Rafałowi Ziemkiewiczowi na drodze do Nobla w dziedzinie literatury, Januszowi Janowskiemu na drodze do stanowiska dyrektora Zachęty, Jackowi Kurskiemu na drodze do stanowiska prezesa TVP, Julii Przyłębskiej i równie jak ona mało uzdolnionym, leniwym, nieudacznym hejterom Ziobry i oportunistom Kaczyńskiego na drodze do stanowisk w sądach okręgowych, w Sądzie Najwyższym, w Trybunale Konstytucyjnym.

Kaczyński obiecał zatem wielu Polakom pieniądze i godność. Godność rodzącą się nie z poczucia własnego dorobku zawodowego, naukowego, twórczego, ale „godność” biorącą się z upokorzenia własnych konkurentów i w ogóle – ludzi, których z różnych powodów nie lubiliśmy.

Ziobro zaczynał swoją publiczną karierę od walki z lekarzami, których obciążał odpowiedzialnością za śmierć swego ojca. Ta strategia – nie wiadomo, czy od początku cyniczna, czy tylko prostacka – stała się istotą metody politycznej, która dała Kaczyńskiemu władzę nad Polską i wpływ na wielu Polaków. Poszczucie pacjentów na lekarzy, rodziców na nauczycieli, ludzi z różnych powodów stających przed sądami na sędziów, próba poszczucia praktycznie każdego na każdego – to jest drugie paliwo rządów Kaczyńskiego, po politycznej redystrybucji publicznych pieniędzy.

Dziś jednak oba te „fundamenty legitymizacji” władzy Kaczyńskiego zaczynają się chwiać. „Dary” zjada inflacja. Oczywiście nie „dary” dla Obajtka, Sasina, Mejzy…

Inflacja w Polsce musiałaby wynieść 10 000 procent rocznie, żeby Obajtek poczuł ją w swojej kieszeni. Ale groszowe „dary” Kaczyńskiego dla elektoratu inflacja zjada bardzo szybko.

Problem jest jednak również z drugim typem paliwa. Nienawiść wszystkich wobec wszystkich zaczyna uderzać także we władzę PiS. Przedstawianie Tuska i PO jako władzy w Polsce (odpowiadającej za drożyznę, za paraliż sądów…) po sześciu latach rządów Kaczyńskiego i PiS zaczyna być groteskowe. W końcu panowie i panie wyposażani przez Kaczyńskiego, jedynie za posłuszeństwo i dyspozycyjność, w miliony złotych, w limuzyny z kogutem, w nieruchomości… sami stają się „elitą”, której pisowski lud nienawidzi także.

Już dziś Jarosław Kaczyński stracił możliwość rozpisania przedterminowych wyborów. Wie, że by je przegrał. Obojętnie, czy tą przegraną byłaby utrata władzy na rzecz opozycji, czy też konieczność rządzenia z jeszcze słabszej pozycji. Np. w koalicji z Konfederacją, która bardzo szybko stałaby się koalicją Ziobry i Konfederacji skierowaną przeciwko Kaczyńskiemu i jego PiS-owi.

Zatem Kaczyński musi dryfować do wyborów w 2023 roku. Z Mejzą (w rządzie czy poza rządem tak samo kupowanym i zastraszanym, i tak samo wizerunkowo obciążającym Kaczyńskiego), z wygłupiającym się wiecznie Kukizem. A ponieważ wie, że ani jego „dary” nie odzyskają wartości, ani rozpętana przez niego nienawiść wszystkich przeciwko wszystkim nie da się ponownie wydestylować w czysty roztwór służący wyłącznie PiS-owi, musi do wyborów 2023 zniszczyć opozycję.

Temu służy Pegasus. Temu służy dalsze przejmowanie sądów i niszczenie niezależnych sędziów, choćby Polska musiała za to zapłacić nie tylko pieniędzmi z Funduszu Odbudowy, ale całym unijnym budżetem. Temu ma służyć stworzenie 300-tysięcznej armii, niezdolnej do obrony kraju, ale zdolnej do pacyfikowania protestów. No i temu ma służyć mur na granicy, na który do czerwca ma zostać wydane ponad półtora miliarda złotych.

Do czerwca z powodu koronawirusa umrze kolejnych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Część z tych ludzi dałoby się ocalić, gdyby te półtora miliarda złotych wydano na lekarzy, na ratowników medycznych, na pielęgniarki, na sprzęt medyczny, na najnowsze (niestety bardzo drogie) lekarstwa antywirusowe.

Ten rząd ma jednak inne priorytety. Mur za półtora miliarda jest piramidą, którą postanowili zbudować dla siebie Jarosław Kaczyński i Mariusz Kamiński. Wierząc, że ta piramida ich unieśmiertelni, a przynajmniej pozwoli im zachować władzę. Oby zostali w tej piramidzie pogrzebani.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Piotr Drabik, licencja Creative Commons

Reklama