Reklama

W każdej sprawie PiS ma dwa języki. Język pokornego peryferyjnego karła skierowany do zagranicy. I język wielkiego mocarstwowego Kaczora skierowany do „PiS-owskiego ludu”. Zarówno zagranica, jak i polska ulica dostrzegą, że PiS w obu tych językach kłamie – pisze Cezary Michalski. Z nadzieją czekam na prezydenckie wybory. One jeszcze nie odsuną od władzy Kaczyńskiego, ale Rafał Trzaskowski jako prezydent RP wraz z Tomaszem Grodzkim jako marszałkiem Senatu mogą wybić zęby jego karłowatej, peryferyjnej dyktaturze.

Jarosław Kaczyński idąc do podwójnego zwycięstwa w 2015 roku zawarł z częścią Polaków bardzo precyzyjną umowę. Ja byłem w innej części narodu, która tej umowy z Wodzem wówczas nie podpisała. Ale ci, którzy podpisali, nie mają dziś żadnego prawa udawać, że coś przed nimi Kaczyński ukrywał.

Wszystko było jasne. Pozwolicie mi zniszczyć rządy prawa, zniszczyć wszystkie instytucjonalne ograniczenia władzy mojej i mojej partii, a ja w zamian za to – jako półdyktator, dzięki narzędziom raczkującego autorytaryzmu – stworzę państwo uczciwe i potężne. Wyrwę się z „liberalnego imposybilizmu” w wymiarze wewnętrznym i międzynarodowym.

W Polsce będzie to państwo bez korupcji i sitw, a w wymiarze międzynarodowym – zatrzymamy budowę Nord Stream 2, odzyskamy wrak, a także zrealizujemy wiele innych podobnych „mocarstwowych” obietnic. Zarówno tych faktycznie dla Polski ważnych, jak też tych obsługujących prawicowe mity („udowodnimy zamach smoleński”, „Polska zrechrystianizuje Europę rozpoczynając od bezbożnej Brukseli”). Wedle tej narracji Kaczyńskiego wcześniejsze ekipy tego wszystkiego nie zrobiły nie dlatego, że potencjał Polski – nawet po ćwierć wieku odbudowy z ruin, które pozostały po „socjalizmie realnym” – nie był wystarczający na bycie mocarstwem, ale dlatego, że wszyscy inni nie umieli i nie chcieli zrobić z Polski mocarstwa. Podczas gdy On miał to zrobić bez trudu.

Co zostało z obietnicy

Jak było dalej? Przez cztery lata Jarosław Kaczyński rządy prawa w Polsce zniszczył, ograniczenia dla władzy swojej i swojego obozu kompletnie zdemontował. Ale czy w zamian dał Polakom państwo uczciwe i mocarstwowe?

Reklama

Co do uczciwości, to już chyba wiemy, jak jest. Każdy przykład polityki TKM („Teraz, K…a, My!”) z czasów SLD, AWS, PSL, PO – Kaczyński przelicytował dziesięciokrotnie.

Nepotyzm, korupcja zwykła i „polityczna”, klientelizm, demontaż wszelkich kompetencyjnych kryteriów w obsadzaniu gospodarki i państwa, zdemolowanie procedur regulujących dostęp do funduszy i zamówień publicznych. Czarneccy prowadzili do państwowych stanowisk i publicznych pieniędzy Czarneckich, Waszczykowscy Waszczykowskich, Szumowscy Szumowskich.

Andrzej Jaworski sam się prowadził i sam sobie był „słupem”. Dwa miliony złotych łyknięte przez tego posła PiS w ciągu zaledwie roku pracy w PZU wzbudziły „szacun”, a przede wszystkim aktywną zawiść wszystkich jego towarzyszy partyjnych. W tym prawie pół miliona złotych „odszkodowania” za to, że po zwolnieniu z PZU (w ramach jednej z wielu wewnątrzpisowskich czystek, które wielokrotnie zwiększają liczbę partyjnych beneficjentów skoku na publiczną kasę) Jaworski nie podjął pracy dla jakiegoś wielkiego konkurenta PZU. No bo przecież do tego partyjnego tytana globalnych finansów ustawili się zapewne w kolejce kadrowcy z JP Morgan i HSBC.

PiS-owski szef Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski (ojcem chrzestnym jego kariery był Adam Glapiński, najwierniejszy kasjer Kaczyńskiego) powtórzył aferę Rywina proponując najbogatszym Polakom zmianę procedowanej przez PiS w parlamencie ustawy o nadzorze bankowym w zamian za zatrudnienie w ich firmach ludzi związanych z PiS-em i transfer gigantycznych politycznych pieniędzy.

Różnica pomiędzy aferą Rywina i aferą Chrzanowskiego była tylko taka, że tamta afera wywołała „gniew ludu” (nieco stymulowany przez Jana Rokitę i Zbigniewa Ziobrę w słynnej sejmowej komisji śledczej), który obalił rząd Leszka Millera i złamał potęgę SLD. Tymczasem Jarosław Kaczyński sam nauczył się „gniewem ludu” manipulować tak, aby osłaniał wszelkie przestępstwa i łajdactwa dokonywane przez jego własny polityczny obóz.

Zatem większej uczciwości w zamian za zniszczenie rządów prawa Kaczyński Polakom nie dał, a czy dał nam mocarstwo?

Dwa języki peryferyjnego karła

Po którymś kolejnym spotkaniu Matusza Morawieckiego z Angelą Merkel dowiedzieliśmy się od rzeczniczki PiS-owskiego rządu, że „Polska w sprawie Nord Stream 2 przedstawiła swoje stanowisko, które jest niezmienne”. Problem w tym, że Polska zawsze to swoje stanowisko „przedstawiała”. Żeby mogła dalej „przedstawiać” nie trzeba było łamać konstytucji, niszczyć Trybunału Konstytucyjnego, rozwalać sądów, uwłaszczać tysięcy prawicowych towarzyszy partyjnych na milionach publicznych złotówek, dawać CBA uprawnienia tajnej policji z czasów ZSRR.

A budowa Nord Stream 2 ma się zakończyć za mniej więcej dwa lata. I wtedy tylko wspólna unijna polityka energetyczna (współtworzona przez polskich polityków z wcześniejszych ekip, z SLD, PO, PSL) sprawi, że gaz Putina będzie do nas wracał z Niemiec już jako gaz europejski (tak jak po Majdanie płynął przez Polskę na Ukrainę, kiedy rząd PO-PSL pomagał nowym władzom w Kijowie poradzić sobie z rosyjskim embargiem).

Jeśli oczywiście do tej pory populistom nie uda się Unii rozwalić, bo wówczas znów znajdziemy się bez żadnej osłony w geopolitycznej pozycji ulubionej przez wszystkich Targowiczan – pomiędzy Niemcami i Rosją.

Tymczasem od momentu objęcia władzy przez Kaczyńskiego importujemy skokowo więcej Putinowskiego węgla (podziękowanie za „kelnerskie podsłuchy”?). Czasami rządowi PiS udaje się kupić gaz w USA albo w Katarze, zazwyczaj za cenę wyższą od rynkowej, co jednak nie przeszkadza przedstawiać tych propagandowych zakupów jako kolejnych „przełomów”. Gazoport w Świnoujściu zbudowany pod rządami PO-PSL został przez PiS nazwany imieniem Lecha Kaczyńskiego. I to by było tyle, jeśli chodzi o odzyskaną rzekomo pod władzą Kaczyńskiego „energetyczną suwerenność Polski”.

Wrak Tupolewa to z kolei – jak mówią kolejni PiS-owscy szefowie MSZ czy prezydencki minister Krzysztof Szczerski przy okazji kolejnych kampanii wyborczych – „sprawa trudna”. Cóż to za okrycie! Nie była łatwiejsza zanim Kaczyński nie uczynił polskiego państwa swoim prywatnym folwarkiem i nie zniszczył jego najważniejszych instytucji.

Kiedy Mateusz Morawiecki wdzięcznie dyga przed Merkel (po dwudziestu latach pracy w globalnej bankowości kolana ma miękkie) i nic o słynnych „reparacjach wojennych” publicznie nie mówi, poseł Arkadiusz Mularczyk – w imieniu tej samej partii, tego samego Kaczyńskiego – pohukuje groźnie na użytek wewnętrzny, że z wojennych reparacji od Niemiec nie zrezygnujemy, że to będzie najważniejsza sprawa w naszych relacjach.

W każdej sprawie PiS ma dwa języki. Język pokornego peryferyjnego karła skierowany do zagranicy. I język wielkiego mocarstwowego Kaczora skierowany do „PiS-owskiego ludu”. Te dwa języki już się nawet samemu PiS-owi mieszają. Jak przy awanturze o niesławną PiS-owską nowelizację ustawy o IPN. Albo jak wtedy, gdy Kaczyński posyła urzędującego prezydenta Polski do Waszyngtonu, żeby kucał przy Trumpie. To wszystko zwiększa ryzyko, że zarówno zagranica, jak i polska ulica dostrzegą, że PiS w obu tych językach kłamie.

Ostatnia broń karła

Nad tym, żeby w umysłach wyborców PiS-u propaganda i rzeczywistość nigdy się nie spotkały i nie pokazały totalnego imposybilizmu Jarosława Kaczyńskiego – czuwają Jacek Kurski i Tadeusz Rydzyk. Obaj warci dla Kaczyńskiego tyle złota, ile sami ważą. I dostający to złoto z budżetu polskiego państwa, z pieniędzy wszystkich polskich podatników, także tych, których ich media codziennie spotwarzają i niszczą.

Ale sama propaganda by nie wystarczyła, gdyby nie towarzyszyła jej kasa. Bardzo długo ten kompromitujący dla władzy efekt rozejścia się mocarstwowych obietnic Kaczyńskiego i jego faktycznej karłowatej pozycji był osłabiany przez konsekwentną PiS-owską politykę rozdawnictwa i demotywacji. Pozwalającą zapaść w drzemkę tej części społeczeństwa (ona zawsze istniała, tyle że Kaczyński okazał się jej skuteczniejszym politycznym reprezentantem, niż Tymiński czy Lepper), która miała dość modernizacyjnego zrywu po roku 1989, wolała wygodną biedę późnego PRL-u, niż ciężką pracę, pilną naukę, twardą konkurencję, ogromny wysiłek, jakim płaciło się za samą choćby szansę życiowego sukcesu w III RP.

To właśnie w konsekwencji tej „politycznej korupcji”, kupowania sobie władzy przez nielubianego przywódcę za pomocą publicznych pieniędzy, pod rządami PiS zadłużaliśmy się jako państwo u szczytu globalnej koniunktury gospodarczej, kiedy inne państwa likwidowały swój dług.

Zrównoważony budżet na rok 2020 był kolejnym kłamstwem Mateusza Morawieckiego, bo ukrywał gigantyczne zadłużanie się za pomocą instytucji, których wydatków ten kreatywny księgowy nie wpisywał do budżetu państwa, po drugie z pomocą planowanej jeszcze na początku tego roku likwidacji OFE, a po trzecie poprzez prowadzony od czterech lat drenaż budżetów wszystkich polskich samorządów lokalnych. Pandemia koronawirusa stała się dla Kaczyńskiego i Morawieckiego wygodnym alibi dla ukrycia katastrofy własnej polityki budżetowej w katastrofie globalnej.

Kiedy rezerwy zostaną przejedzone, nastąpi bankructwo PiS-owskiego „państwa dobrobytu”. Zbudowanego nie na innowacyjności, nie na prawdziwej konkurencyjności i sile, ale pasożytującego na dorobku i ciężkiej pracy 30 lat polskiej transformacji. Jednak czekanie na taką porażkę Kaczyńskiego jest samobójstwem dla Polski. Gierkowszczyzna trwała, dopóki się gospodarczo nie zapadła. Cena, jaką Polacy zapłacili za ten pełny cykl kłamstwa i jego kompromitacji, była potworna.

Dlatego klucz do uratowania narodu i państwa leży w skuteczności opozycji. A w tym konkretnym wyborczym starciu – w Rafale Trzaskowskim i w naszej własnej mobilizacji.

Peryferyjny autorytaryzm Kaczyńskiego to nie PRL, nawet to gierkowskie, w wielu aspektach dekadenckie. Wciąż mamy więcej wolności, więcej demokratycznych instytucji, procedur. Dlatego z nadzieją czekam na prezydenckie wybory. One jeszcze nie odsuną od władzy Kaczyńskiego, ale Rafał Trzaskowski jako prezydent RP wraz z Tomaszem Grodzkim jako marszałkiem Senatu mogą wybić zęby jego karłowatej, peryferyjnej dyktaturze.

Nie jest pomyłką, że w tym przedwyborczym komentarzu-pamflecie nie wymieniłem do tej pory nazwiska Andrzeja Dudy. Rafał Trzaskowski walczy z nim tylko formalnie. Jego faktycznym przeciwnikiem – bardzo niebezpiecznym – jest władca marionetek, a nie jeden z jego wielu połamanych Pinokiów, który w przeciwieństwie do przywołanej przeze mnie sympatycznej literackiej postaci nigdy nie stał się żywym, wolnym, podmiotowym człowiekiem.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Marsz Wolności 2018, Fot. Flickr/PO, licencja Creative Commons

Reklama