Reklama

W tej kampanii najważniejsze jest to, czy ma być kontynuacja tzw. dobrej zmiany, czy ma być prezydent, który będzie pilnował, aby władza jednej partii nie przełożyła się na trudne do odwrócenia zmiany instytucji niezbędnych do funkcjonowania demokracji – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Jeśli w niedzielę frekwencja wyborcza wyniesie 60 proc., w wyborach uczestniczyć będzie ok. 18 mln Polaków. Jeśli 40 proc. z nich odda głos na Andrzeja Dudę, oznacza to, że otrzyma on ok. 7,2 mln głosów. Ale już gdyby te same 18 mln poszło do głosowania w II turze, to zwycięzca musi dostać więcej niż 9 mln głosów. To oznacza, że prezydent Duda musi pozyskać dodatkowe 1,8 mln głosów – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Ostatni tydzień kampanii rozpoczął się od wystąpienia wicepremier na Jasnej Górze. Jak pan to ocenia?

ROBERT SOBIECH: To smutny obrazek. Okazuje się, że nie ma już takich symboli religijnych, których hierarchowie Kościoła katolickiego nie byliby w stanie wykorzystać dla doraźnych korzyści. Kiedy w tak ważnym miejscu dla polskich katolików jak Jasna Góra, pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, występuje przedstawiciel rządu, a kilka tygodni temu, pod tym samym obrazem, jeden z biskupów poszerza grono apostołów o obecnego premiera i ministra zdrowia, to trudno sobie wyobrazić bardziej służalczą postawę. To musi bulwersować wielu spośród 90 proc. Polaków, którzy uznają siebie za katolików. Podejrzewam, że dotyczy to także około 25 proc. Polaków, którzy popierają PiS.

Bardzo prawdopodobne, że takie wystąpienia pogłębią i tak już poważny kryzys Kościoła katolickiego, którego władze coraz bardziej oddalają się od wiernych. Można oczekiwać, że polskie kościoły będą coraz bardziej pustoszały.

Polscy katolicy dostają systematyczne sygnały, że w swoim obecnym kształcie Kościół przypomina bardziej grupę interesu niż wspólnotę wiernych.

Reklama

Taka agitacja z ambony może zaszkodzić partii rządzącej?
Korzyści polityczne płynące z takich wystąpień będą zapewne znikome, ale też nie przełożą się na zmniejszenie poparcia. Sondaże pokazują, że PiS posiada stabilny elektorat. To około ok. 7-8 mln osób, które systematycznie głosują na PiS lub kandydata tej partii w wyborach prezydenckich. Tak np. niemal wszyscy ci, którzy głosowali na PiS w wyborach parlamentarnych, deklarują, że będą głosować na obecnego prezydenta.

W agitację na rzecz Andrzeja Dudy zaangażował się mocno premier Morawiecki. W poniedziałek zabłysnął stwierdzeniem, że podczas meczu nie zmienia się trenera. Jak się panu podoba ta metafora?
Mobilizacja wszystkich sił w końcówce wyborów jest czymś normalnym. Nie dziwi mnie, że premier jeździ i wspiera prezydenta. Metafora o trenerze wpisuje się dobrze w główny przekaz PiS. Reelekcja Dudy to gwarancja kontynuacji dotychczasowej polityki, warunek wprowadzania kolejnych „dobrych zmian”. Jeżeli wygra inny kandydat na prezydenta niż kandydat PiS-u, to zmian nie będzie, bo nowy prezydent będzie blokował wszystkie propozycje rządu. Innymi słowy, wygrana opozycji to destrukcja państwa. To w pewnym sensie kontynuacja narracji władz PRL, dla których udział opozycji we władzy nieuchronnie prowadził do anarchii.

Druga narracja, która nie jest zbyt jasno wyartykułowana, to narracja opozycji. Wybór prezydenta spoza PiS to możliwość kontroli działań rządu, to ograniczenie możliwości podporządkowania rządzącym kolejnym instytucji, kolejnych obszarów życia społecznego.

Tak mówi Rafał Trzaskowski, który przekonuje, że nie będzie wetował wszystkiego, co zaproponuje rząd. To oznacza konieczność kompromisów, uzgodnień. To koncepcja prezydenta będącego bardziej mediatorem niż stroną konfliktu, trudna do zrealizowania w warunkach obecnego konfliktu politycznego i niechęci do dialogu ze strony obecnej ekipy rządzącej. To także koncepcja trudna do wyjaśnienia większości wyborców.

Nic więc też dziwnego, że większość kandydatów na prezydenta mówi, co w Polsce zmienią, gdy wygrają, tak jakby to były wybory parlamentarne, a oni sami mieli tworzyć nowy rząd. Dla zwolenników PiS organizuje się medialne przedstawienie, w którym obecny prezydent przejmuje obowiązki premiera, ministra zdrowia, a nawet szefa partii. To kolejna kampania prezydencka, gdzie politycy nie traktują polskich wyborców poważnie.

Czy porównując czasy rządów PO-PSL do koronawirusa prezydent się zagalopował, czy to był specjalny atak?
Wyniki sondaży pokazują, że w II turze będzie szalenie wyrównana rywalizacja. Dane dotyczące frekwencji są z kolei mocno zróżnicowane – jedne pokazują, że pójdzie do wyborów 60 proc., inne, że 80. Opieranie się na sondażach wymaga nie tylko podawania aktualnych rozkładów procentowych poparcia dla poszczególnych kandydatów, ale i odpowiedzi na pytanie, kto rzeczywiście weźmie udział w wyborach i na ile pewne są deklaracje wyborcze tych ludzi. Poważniejsze analizy na ten temat robi m.in. zespół prof. Markowskiego w SWPS, który próbuje właśnie odsiać tych niepewnych. Ich diagnoza potwierdza, że

II tura wyborów to właściwie wyścig „łeb w łeb”. To oznacza, że dla obu kandydatów, którzy wejdą do II tury, pozyskanie dodatkowych głosów jest bardzo istotne.

Gdyby przełożyć procenty na liczby, to jeśli w niedzielę frekwencja wyborcza wyniesie 60 proc., w wyborach uczestniczyć będzie ok. 18 mln Polaków. Jeśli 40 proc. z nich odda głos na Andrzeja Dudę, oznacza to, że otrzyma on ok. 7,2 mln głosów. Ale już gdyby te same 18 mln poszło do głosowania w II turze, to zwycięzca musi dostać więcej niż 9 mln głosów. To oznacza, że prezydent Duda musi pozyskać dodatkowe 1,8 mln głosów. Wypowiedzi porównujące osoby LGBT do ideologii komunistycznej czy poprzedni rząd do pandemii można odczytać właśnie jako próby pozyskania brakujących głosów.

Wyjazd do USA na spotkanie z Trumpem pomoże?
To zapewne wzmocni decyzję obecnego elektoratu PiS. Nie wiemy, w jakim stopniu wpłynie to na niezdecydowanych wyborców, zazwyczaj słabo orientujących się w polityce. Natomiast pomijając aspekt wyborczy ta wizyta pokazuje, że

Donald Trump chce wycofywać żołnierzy amerykańskich z Niemiec i nie wiadomo, czy nie zostawi ich małej części w Polsce. To oznacza, że Europa zrobi się mniej bezpieczna.

Rafał Trzaskowski nie musi prostować wypowiedzi o milionie bezrobotnych, tak orzekł sąd w trybie wyborczym. To ma dla wyborców jakiekolwiek znaczenie?
Niespecjalnie, natomiast warto zwrócić uwagę, że ta kampania jest totalnie oderwana od rzeczywistości. Wyniki ostatnich badań opinii publicznych wskazują na gwałtowne załamanie się nastrojów społecznych. Tak wysoki odsetek pesymistycznych ocen własnej sytuacji, sytuacji gospodarczej czy perspektyw dla Polski miał miejsce jedynie w okresie kryzysu 2008 roku. To oznacza, że ludzie widzą, że pandemia uderza w nich na rozmaite sposoby, a jednocześnie nikt z polityków o pandemii i jej konsekwencjach w zasadzie nie mówi w kampanii. A to oznacza, że zagrożenia z tym związane są bagatelizowane. Nie dziwię się sztabowi Dudy, że o tym nie chce mówić, ale nie rozumiem, dlaczego nie mówią o tym pozostali kandydaci.

Bo może Polacy nie chcą o tym mówić?
Sądzę, że raczej nie wiadomo, co się jeszcze zdarzy i sytuacja jest bardzo płynna.

Każda zapowiedź tego, co może być zrobione, nie jest wystarczająco ugruntowana w tym, co rzeczywiście trzeba będzie zrobić.

Na razie mamy tylko festiwal kandydatów, wcielających się w rolę premierów, obiecujących, ile pieniędzy dostaną poszczególne grupy zawodowe czy poszczególne rodziny. W tej kampanii najważniejsze jest jednak to, czy ma być kontynuacja tzw. dobrej zmiany, czy ma być prezydent, który będzie pilnował, aby władza jednej partii nie przełożyła się na trudne do odwrócenia zmiany instytucji niezbędnych do funkcjonowania demokracji.

Jeżeli wygra Duda, to tak się stanie?
Szczerze mówiąc, to już mamy tego przykłady w okresie obecnej kadencji.

Prezydent Duda podpisał w zasadzie wszystkie ustawy, które ograniczały niezależność takich instytucji.

To nie tylko sądy, ale też ustawy dotyczące tego, co się dzieje w mediach publicznych, to ustawy dotyczące służby cywilnej. Tak wygląda teraźniejszość. A jak będzie wyglądała przyszłość? Na razie prawie nikt takich pytań nie zadaje zarówno obecnemu prezydentowi, jak i innym kandydatom.


Zdjęcie główne: Robert Sobiech, Fot. Archiwum prywatne

Reklama