Reklama

Morawiecki (ani jego szef MSZ-u) nie odpowiedział na atak węgierskiego ministra spraw zagranicznych, tak jak wcześniej nie zareagował na zarzuty Orbána. Jedynym polskim politykiem, który się w tej sprawie odezwał, jest Paweł Kowal, poseł opozycyjnej Koalicji Obywatelskiej. Dlaczego Morawiecki połknął własny język? To jak zwykle nie jest jego wybór, ale wybór Kaczyńskiego, który nawet dzisiaj, kiedy na Lwów padają rosyjskie rakiety, uważa Brukselę za większe zagrożenie, niż Kreml – pisze Cezary Michalski

Wojna o panowanie nad globalizacją

Przy okazji konfliktu na Ukrainie obserwujemy pierwszą wojnę o panowanie nad globalizacją (choć być może niestety nie ostatnią). Każda z nich będzie bardziej ryzykowna, biorąc pod uwagę dostępne instrumenty militarne, gospodarcze czy trollingowe. Zachód odpowiedział na obecną agresję Rosji bardziej zdecydowanie nawet nie dlatego, że w 2014 roku Rosja zajęła część Ukrainy, ale dlatego, że później – przy brexicie, przy wyborach prezydenckich w USA, wspierając populistów w Europie –

Putin pokazał, że jest gotów zaatakować same centra Zachodu.

W naszym coraz mniejszym świecie coraz gęściej i ciaśniej zderzają się ze sobą formacje ustrojowe, kulturowe, różne systemy wartości, nawet estetyki. Idealny pluralizm i różnorodność w globalizacji nie istnieją. Są w niej silniejsi i słabsi, hierarchia i hegemonia budowane są w najlepszym razie za pomocą handlu, technologicznego wyścigu czy kulturowej „soft power”, a w najgorszym razie za pomocą siły.

W tej wojnie Polska stoi, a przynajmniej powinna stać po stronie liberalno-demokratycznego Zachodu, gdyż jego faktycznie przeciwnicy i konkurenci (przede wszystkim Putinowska Rosja, ale także Chiny czy Iran, które uważnie przyglądają się starciu Rosji z Zachodem, utrudniają wprowadzenie sankcji przeciwko Rosji, odmawiają izolowania jej nawet w obliczu rosyjskiego ludobójstwa na Ukrainie), reprezentują formacje ustrojowe, które niszczą prawa jednostki i odbierają wolność.

Reklama

Przy okazji wojny w Ukrainie wszyscy testują siłę Zachodu. I tak jak Ukraina stała się nowym przedmurzem Zachodu, tak samo Rosja stała się pierwszym okopem jego przeciwników.

Na siłę i słabości Kremla w tym starciu z uwagą patrzą Chińczycy, Hindusi, Pakistańczycy, antyamerykańscy Latynosi (co trochę tłumaczy ostrożność papieża Franciszka). Nawet Saudowie, pozornie sprzymierzeni z Zachodem, nie tylko bardzo powściągliwie odpowiadają na apele USA o zwiększenie wydobycia ropy, co pomogłoby zastąpić Rosję w naftowym miksie Zachodu, ale gotowi są sprzedawać Chinom ropę za juany (co uderzy w dolara i tak rozchwianego przez amerykańskie sankcje przeciwko Rosji). Oni z kolei liczą na to, że związany konfliktem z Rosją Zachód przestanie ich recenzować w kwestiach praw kobiet czy traktowania dysydentów. Trochę tak jak Kaczyński czy Orbán mają nadzieję, że Zachód zajęty wojną przestanie ich recenzować w sprawach demokracji i praworządności.

Ciekawe jest ulokowanie Polski na tej mapie. Oczywiste, po której stronie jest Tusk, podobnie jak cała opozycja.

Obóz władzy jest jednak podzielony. W zasadzie wszystkie jego elementy – od „dobrego policjanta” Dudy po „złego policjanta” Ziobrę – uważają, że wojna obniży zachodnie standardy dotyczące demokracji, wolności mediów czy praworządności. Dalej jednak zaczynają się różnice – języka, doraźnej politycznej taktyki.

W tej grze hipokryzji, której stawką są doraźne zdobycze w polityce wewnętrznej, Ziobro (chcący się Kaczyńskiemu sprzedać jak najdrożej) opóźnia przeprowadzenie kosmetycznej zmiany w sądownictwie. Kaczyński wierzy, że pozwoliłaby mu ona jak najszybciej przechwycić unijne pieniądze, aby wykorzystać je na zaspokojenie doraźnych politycznych potrzeb obozu władzy. Na innym froncie tej gry Kaczyński jednak wygrywa – przejmując działaczy i elektorat coraz głębiej wewnętrznie skłóconej Konfederacji.

We Francji wygrał Zachód i przegrał Putin

We Francji ważną potyczkę w globalizacyjnej wojnie wygrał Zachód, a przegrali jego wrogowie, przede wszystkim Putin. Macron przez kilka lat realizował ostrożniejszą wobec Rosji tradycyjną politykę francuską, jednak w chwili próby nie zawiódł Zachodu. Dzięki jego politycznym decyzjom (nie przez wszystkich we Francji akceptowanym) na Ukrainę trafia francuska pomoc humanitarna, francuska broń i francuskie pieniądze. Francuscy żołnierze pojawili się na wschodniej flance NATO (w Rumunii i w krajach bałtyckich). Macron nie jest też hamulcowym sankcji wobec Rosji.

Wybrany na kolejną kadencję prezydent Francji na pewno robi dla Ukrainy – ale także dla Polski jako członka Zachodu, kraju, którego samo przetrwanie zależy od solidarności i siły Zachodu – więcej, niż Kaczyński i Morawiecki, którzy wybrali sobie na strategicznego sojusznika w swojej prywatnej i partyjnej walce o osłabienie Unii Europejskiej Marine Le Pen, która jest po prostu utrzymanką Putina i piątą kolumną Kremla w Europie (jedną w paru kremlowskich piątych kolumn, z których wszystkie okazują się „strategicznymi sojusznikami” Kaczyńskiego, Morawieckiego i PiS-u). Marine Le Pen zaatakowała w kampanii Macrona za przyjmowanie uchodźców z Ukrainy, zapowiedziała wycofanie się Francji z wojskowej współpracy w ramach NATO i z obronnej współpracy w ramach Unii Europejskiej.

Przyjmowanie Marine Le Pen przez Mateusza Morawieckiego w Warszawie w grudniu ubiegłego roku, a więc jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie, i podejmowanie jej z honorami należnymi głowie państwa jako „strategicznego sojusznika PiS-u w Europie”, kiedy ona mówiła, że „Ukraina jest rosyjską strefą wpływów”, było błędem. Jednak

brutalne wejście przez Morawieckiego we francuską kampanię wyborczą po stronie Marine Le Pen, przeciwko Macronowi, w marcu tego roku, kiedy na Kijów spadały już bomby Putina używającego Le Pen do niszczenia Zachodu, było przejawem bezdennej politycznej i geopolitycznej głupoty, bardzo niebezpiecznej dla Polski.

Nie była to głupota samego Morawieckiego, gdyż jest on najmniej podmiotowym polskim premierem od czasów Edwarda Babiucha. Była to geopolityczne głupota Jarosława Kaczyńskiego, jedynego podmiotowego polityka w obozie władzy, ściśle zresztą powiązana z jego złowieszczą „mądrością”, a w każdym razie skutecznością w polityce wewnętrznej.

Zwycięstwo Macrona jest zwycięstwem status quo – stabilizuje Unię i NATO, zamiast je destabilizować. Putin musi teraz poczekać na inne okazje, na wybory we Włoszech, na wybory w USA, żeby próbować destabilizować Zachód, który przeszkadza mu zniszczyć (a więc w jego logice „odzyskać”) Ukrainę.

Aby jednak obronione we Francji (a wcześniej w USA, wraz ze zwycięstwem Bidena) status quo Zachodu nie stało się jego trumną, Macron (i jemu podobni) musi znaleźć sposób na ponowne zintegrowanie z ustrojową, polityczną, kulturową wspólnotą liberalnego Zachodu całych grup własnego społeczeństwa, które ekonomicznie lub kulturowo się z tej wspólnoty wyalienowały. Musi rozwiązać problem imigrantów, którzy nie chcą się asymilować. Musi rozwiązać problem „białych Francuzów”, którzy boją się imigrantów. Musi rozwiązać liczne problemy społeczne i ekonomiczne osłabiające francuskie społeczeństwo, bowiem

populizm, który dla Putina stał się instrumentem do rozbijania Zachodu, nie wziął się znikąd i nie przez Putina został stworzony.

Polityka Fideszu zagraża Polakom

Na Węgrzech wygrał Putin i przegrał Zachód, a polityczne różnice dzielące dwóch „strategicznych partnerów” (PiS i Fidesz) w kwestii Ukrainy zaczęły być problemem bezpieczeństwa Polski i Polaków. Także tych, którzy mieszkają na Ukrainie, we Lwowie.

Minister spraw zagranicznych rządu Viktora Orbána Peter Szijjarto (całkiem słusznie odznaczony przez Putina Orderem Przyjaźni „za rozwijanie stosunków węgiersko-rosyjskich”) podczas niedawnej wizyty w Ankarze usprawiedliwił rakietowy ostrzał Lwowa przez Rosję tym, że przez miasto i region, zamieszkały także przez polską mniejszość, przechodzą transporty zachodniej broni dla walczących Ukraińców, które Polska zgodziła się przepuszczać przez swoje terytorium. Minister Orbána, zgodnie z logiką populistycznej Europy plemion (totalnie egoistycznych, walczących ze sobą i sprzedających się wzajemnie wrogom Zachodu), która ma zastąpić Europę Ojczyzn (współpracujących ze sobą w ramach UE), pochwalił się tym, że rząd węgierski, „w przeciwieństwie do Polski”, ani nie dostarcza broniącej się Ukrainie sprzętu wojskowego, ani nie przepuszcza transportów NATO-wskiej broni przez swoje terytorium, przez co „broni mieszkających na Ukrainie Węgrów przed podobnym ryzykiem”.

Nie jest to pierwszy atak polityków Fideszu na Polskę.

Wcześniej sam Orbán skrytykował polską politykę wschodnią, mówiąc w wywiadzie prasowym, że „Polacy, zgodnie ze swoją błędną koncepcją, chcą przesunąć granicę Zachodu aż do granic Rosji, dlatego tak gorąco popierają członkostwo Ukrainy w NATO”. Podczas gdy on sam chce Ukrainy, której neutralność będzie gwarantować m.in. Rosja. A w zamian za to oczekuje od Kremla dalszej pomocy gospodarczej i militarnej.

Morawiecki (ani jego szef MSZ-u) nie odpowiedział na atak węgierskiego ministra spraw zagranicznych, tak jak wcześniej nie zareagował na zarzuty Orbána. Jedynym polskim politykiem, który się w tej sprawie odezwał, jest Paweł Kowal, poseł opozycyjnej Koalicji Obywatelskiej. Powiedział on wprost to, co powinien był powiedzieć premier, że rządzący Węgrami Fidesz nie tylko usprawiedliwia zbrodnie Rosjan (również te we Lwowie), ale także szczuje na Polskę, wskazuje ją palcem, usprawiedliwiając możliwe ataki Putina na nasz kraj.

Dlaczego Morawiecki połknął własny język? To jak zwykle nie jest jego wybór, ale wybór Kaczyńskiego, który nawet dzisiaj, kiedy na Lwów padają rosyjskie rakiety, uważa Brukselę za większe zagrożenie, niż Kreml.

Orbán po swoim niedawnym zwycięstwie wyborczym złożył bardzo ważną publiczną deklarację. Stwierdził mianowicie, że „Polska (rządzona przez PiS) pozostanie strategicznym partnerem Węgier” (rządzonych przez Fidesz). Skoro nie ma tego partnerstwa ani w kwestii Ukrainy, ani w stosunku do Rosji, może ono istnieć wyłącznie w obszarze wspólnego atakowania, osłabiania i rozbijania Unii Europejskiej.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Mateusz Morawiecki, Emmanuel Macron, Viktor Orbán, Fot. Flickr/KPRM, licencja Creative Commons

Reklama