Reklama

Przy okazji kryzysu imigracyjnego pojawiło się pytanie, czy część polskiej liberalnej inteligencji, rozsiana po niepisowskich mediach, jest zdolna do uprawiania polityki, do myślenia w kategoriach politycznego realizmu, a nie tylko do egzaltowania się swoją własną egzaltacją – pisze Cezary Michalski

Na granicy między Białorusią i Polską utknęło na wiele tygodni kilkudziesięciu Afgańczyków i Irakijczyków wypuszczonych na Polskę przez Łukaszenkę. Zarówno Łukaszenka, jak też Kaczyński (posługujący się tu Morawieckim, Błaszczakiem i innymi wirtuozami PiS-owskiego PR-u) postanowili użyć tych znajdujących się w tragicznej sytuacji ludzi do własnej wizerunkowej rozgrywki o to, który z nich przedstawi się swoim zwolennikom lub wyborcom jako ten silniejszy i bardziej „sprawczy”.

W rzeczywistości walczą ze sobą dwa peryferyjne polityczne karły. Oba, w różny sposób, używane przez Putina do destabilizowania Europy i całego liberalno-demokratycznego Zachodu. I właśnie dlatego ostatni kryzys imigracyjny nabrał tak krwawego kolorytu.

Jest to kryzys innej skali, niż trzy miliony Syryjczyków wypuszczonych w 2015 roku na południowe granice Unii Europejskiej przez Asada na rozkaz Putina. W zemście za poparcie UE dla ukraińskiego Majdanu. Jednak również dzisiaj Kaczyński ma zamiar dzięki niemu powtórzyć swój polityczny Blitzkrieg, jakim było wykorzystanie wówczas w dwóch zwycięskich dla PiS-u kampaniach (prezydenckiej i parlamentarnej) zarówno realnego kryzysu imigracyjnego w Europie, jak też autentycznego lęku wobec masowej imigracji, narastającego wówczas wśród wielu europejskich narodów, także wśród Polaków.

Przy okazji tego najnowszego kryzysu imigracyjnego znów pojawiło się jednak pytanie, czy część polskiej liberalnej inteligencji, rozsiana po niepisowskich mediach, jest zdolna do uprawiania polityki, do myślenia w kategoriach politycznego realizmu, a nie tylko do egzaltowania się swoją własną egzaltacją.

Reklama

Donald Tusk wypowiedział się w sprawie tego kryzysu w sposób zupełnie wydawałoby się oczywisty.

Powtórzył, że humanitarne, a nie cyniczne potraktowanie grupy imigrantów, szczególnie kobiet i dzieci, nie powinno wykluczać wysiłków państwa na rzecz skutecznego pilnowania granicy, szczególnie na wypadek umasowienia kryzysu. A rząd PiS, który popisuje się bezwzględnością wobec kilku kobiet i 15-letniej dziewczyny, powinien raczej zadbać o to, żeby na polskiej granicy w sposób zupełnie bezkarny nie działały mafie, które każdego miesiąca szmuglują do Polski setki, o ile nie tysiące nielegalnych imigrantów.

Ta deklaracja wzbudziła jednak wybuch antytuskowej i antyplatformerskiej egzaltacji u części bynajmniej nie PiS-owskich komentatorów (komentatorzy PiS-owscy po staremu nadawali bowiem do swoich odbiorców, że „Tusk się wije, a w rzeczywistości i tak chce islamizować Polskę”).

Na tle tego wybuchu egzaltacji („otwórzmy granice!”, „wpuśćmy każdego!”, „czyż jesteśmy ludźmi!?”, „kto myśli inaczej, ten jest kunktatorem!”) szokująco dobre wrażenie zrobiło wystąpienie w TVN24 siostry Małgorzaty Chmielewskiej. W przeciwieństwie do wielu publicystów i publicystek ona przynajmniej wiedziała, że jest zakonnicą, a nie polityczką. Zwracała uwagę na różnice obu tych powołań. Próbowała odpowiedzialnie formułować diagnozę i rady – jak połączyć humanitaryzm z politycznym pragmatyzmem.

Można powiedzieć, że w swoim realizmie i poczuciu odpowiedzialności była absolutnym przeciwieństwem Jacka Żakowskiego, choć to ona, nie on, nosi habit.

Na antypolitycznej egzaltacji części polskiej inteligencji próbowała żerować obumierająca politycznie lewica. Okazywanej publicznie „odrazy wobec kunktatorstwa Tuska” nie zmniejszyły nawet deklaracje instytucji unijnych, bardzo podobne do deklaracji lidera PO. Wzywały one PiS-owskie władze do humanitaryzmu, jednocześnie przyznając Polsce prawo do obrony własnych granic przed nielegalną imigracją i zachęcając, aby w tych działaniach Polska współpracowała z Frontexem i całą Unią.

Faktycznie, bezradność izolowanej Polski rządzonej przez PiS można oczywiście pokrywać „wizerunkową siłą”, posyłaniem straży granicznej do budowania zasieków przed kamerami TVP Info. Jednak dużo poważniejszy kryzys z uchodźcami z Syrii udało się przed paroma laty zażegnać tylko dzięki temu, że cała Unia Europejska poprowadziła – z pozycji siły albo co najmniej równowagi sił – negocjacje z Turcją, które pozwoliły na częściowe przynajmniej zamknięcie głównego kierunku masowej migracji w stronę europejskich granic.

Znów – pozostały realne programy humanitarne, pozostały korytarze humanitarne, pozostała gigantyczna finansowa pomoc Unii dla imigrantów, również w miejscach, z których wyruszają. Ale napór milionów uchodźców na granice zewnętrzne Unii został osłabiony.

W ten sposób złagodzono wewnętrzne polityczne kryzysy w wielu krajach UE, które mogły doprowadzić do przejęcia władzy w Europie przez prawicowych populistów, a nawet faszystów.

A to by oznaczało, że Europa przestałaby w ogóle istnieć jako miejsce, do którego mogliby docierać imigranci – nawet ci znajdujący się w najbardziej tragicznych warunkach, nawet ci naprawdę uciekający przed śmiercią, torturami, potrzebujący natychmiastowej pomocy.

Ten polityczny rachunek – powstrzymujemy masową migrację, aby ratując i stabilizując europejskie demokracje ocalić warunki dla najbardziej podstawowej migracji humanitarnej – zupełnie jednak nie interesował ludzi, którzy woleli egzaltować się swoją własną egzaltacją.

„Piękne dusze” przeciwko polityce

Przebieg obecnego kryzysu imigracyjnego przypomina mi dwie sytuacje z apogeum poprzedniego kryzysu.

W 2015 i 2016 roku wybuchł spór wokół tzw. przymusowej relokacji tysięcy imigrantów znajdujących się już na terenie UE. W ramach tego zaproponowanego przez Brukselę programu Polska miała przyjąć do 10 000 osób. Nie była to liczba astronomiczna, nie przekraczała też ekonomicznych możliwości Polski. Zdecydowanie jednak przekraczała już wówczas nasze możliwości społeczne i polityczne. Zarówno wobec realnego strachu większości Polaków przed imigrantami, jak też w konsekwencji bardzo skutecznej „polityki strachu”, jaką prowadził Kaczyński.

Ówczesne kierownictwo PO, łącznie z Grzegorzem Schetyną, sformułowało wówczas propozycję, która pozwalała połączyć kryteria humanitarne z politycznymi.

Schetyna wraz z europarlamentarzystami PO przedstawił w Brukseli pomysł sprowadzenia do Polski przynajmniej kilkudziesięciu rodzin imigrantów – przede wszystkim kobiet z małymi dziećmi już z ośrodków na terenie Unii, sprawdzonych przez unijne służby imigracyjne; osób, które rzeczywiście uciekły z terenów walk, represji, największego zagrożenia.

Takich uchodźców zobowiązały się przyjąć (znaleźć im mieszkania i pracę) samorządy lokalne kontrolowane przez opozycję, m.in. władze Sopotu. Jednocześnie ten gest miał być argumentem, za pomocą którego Polska mogłaby negocjować z Unią kwestię „przymusowej relokacji”. Autentyczny humanitarny gest mógł się stać argumentem w polityce realnej.

W odpowiedzi na to Kaczyński, a na jego polecenie premier i szef MSW zakazali samorządom przyjęcia uchodźców. A cała propaganda PiS-u oskarżyła PO o próbę „islamizacji Polski”.

Sam miałem wątpliwy zaszczyt kłócić się w telewizyjnych programach z najbardziej cynicznymi propagandystami PiS o to, czy rzeczywiście „nawet niemowlęta z Syrii wyrosną na terrorystów”. Jednocześnie Schetyna został w niepisowskich mediach zaatakowany za „zdradę wobec imigrantów” i „polityczne kunktatorstwo”. Nieraz przez te same osoby i tymi samymi sformułowaniami, którymi teraz atakuje się Tuska.

Pamiętam też inne tragikomiczne, groteskowe doświadczenie z tamtego okresu. Brałem udział w zorganizowanej przez różne polityczne środowiska manifestacji pod Pałacem Staszica w centrum Warszawy. Miała ona być skierowana przeciwko antyimigracyjnym marszom narodowców, a także przeciwko cynicznemu manipulowaniu strachem przez Jarosława Kaczyńskiego i rząd Zjednoczonej Prawicy. Nagle na trybunę zaczęli jednak wychodzić radykalni lewicowcy z Pracowniczej Demokracji i z partii Razem. Atakowali Unię Europejską i Frontex jako „faszystowskie struktury”, które „nie otwarły granic Europy przed imigrantami” i „topią dzieci w morzu”. Upajali się własnym radykalizmem, egzaltowali własną egzaltacją. Nie po raz pierwszy w życiu poczułem, że uczestniczę w teatrzyku, który wcale mi nie odpowiada.

Ludzie egzaltujący się własną egzaltacją na łamach prasy bądź wskakując na wiecową trybunę w ogóle nie interesują się polityką, wygrywaniem wyborów. Na dłuższą metę nie interesują się też losem imigrantów,

bo ich radykalizm, bardzo często odległy od społecznych nastrojów, oddaje władzę prawicowym populistom, którzy żadnego imigranta nie przyjmą. I nawet kobietę czy dziecko wykorzystają do PR-owego ohydnego spektaklu pseudosiły – w stylu Kaczyńskiego, Morawieckiego, Lisickiego czy braci Karnowskich.

Na tym tle, nie po raz pierwszy, wyróżniły się komentarze Dominiki Wielowieyskiej – swoją odpowiedzialnością, realizmem, zrozumieniem dla politycznych wyzwań, przed którymi w kontekście kryzysu imigracyjnego stanął Tusk, Platforma, cała opozycja. Nie znaczy to, że Wielowieyska jest propagandystką Tuska czy PO. Potrafi pisać pod ich adresem teksty bardzo krytyczne, ale zawsze jest to „krytyka lojalna” (sformułowanie użyte przez wybitnego komunitariańskiego filozofa Michaela Walzera wobec żydowskich proroków religijnych, którzy potrafili mówić swemu narodowi najbardziej gorzkie i brutalne rzeczy, ale po to, aby go uratować, a nie żeby się wobec niego wywyższać).

W przeciwieństwie do ludzi egzaltujących się na łamach prasy swoją własną łatwą egzaltacją, autorzy tacy jak Dominika Wielowieyska, Ernest Skalski czy Rafał Zakrzewski zawsze starają się przedstawiać realne diagnozy, formułować precyzyjne postulaty, pisać właśnie w duchu „krytyki lojalnej”.

A nie chodzi tu bynajmniej o lojalność wobec jakiegoś polityka czy partii, ale o lojalność w stosunku do całego zespołu dokonań, wartości, instytucji składających się na polską transformację ustrojową po roku 1989, a także na całą liberalno-demokratyczną Trzecią RP, wobec której naprawdę nie wypada dziś zgłaszać łatwych roszczeń, bo dzisiaj walczy ona o życie.

Przeciwieństwem jest pasożytowanie na liberalnej demokracji w czasach, kiedy jest silna i rządzi, a później zgłaszanie roszczeń pod adresem swego żywiciela, kiedy znajdzie się w kłopocie i nie może już karmić. Roszczeń pustych, kapryśnych, których realizmu w ogóle nie bierze się pod uwagę. Hegel nazywał ludzi, którzy tak robią, „pięknymi duszami”, a naprawdę nie był to w jego ustach komplement.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Aleksander Łukaszenka, Fot. president.gov.ua, licencja Creative Commons, Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Piotr Drabik, licencja Creative Commons

Reklama