Reklama

Czy opozycja przetrwa przyszły rok? Czy przetrwa kolejną kadencję rządów Kaczyńskiego i będzie zdolna do odebrania mu władzy? – pyta Cezary Michalski. Tylko partia jest w stanie zatrzymać partię i odebrać jej władzę. A po stronie opozycji najważniejszą partią pozostaje Platforma, która ma przed sobą wybory przewodniczącego. Największe szanse na wygranie ma Grzegorz Schetyna. Jednak po to, aby nie było to pyrrusowe zwycięstwo, musi wyjść ze swojego pokolenia i odzyskać język – przekonuje publicysta

Była kiedyś taka książeczka Andrieja Amalrika, antysowieckiego dysydenta trzymanego w łagrze. Została napisana w 1969 roku, a nosiła tytuł „Czy Związek Radziecki przetrwa do roku 1984?” (zawdzięczała oczywiście swój tytuł słynnej książce Orwella). Amalrik dożył do roku 1980. Związek Radziecki przetrwał do roku 1984, lecz niewiele dłużej.

Czy opozycja przetrwa przyszły rok? Czy przetrwa kolejną kadencję rządów Kaczyńskiego i będzie zdolna do odebrania mu władzy?

Czy zatrzyma proces likwidacji instytucji i elit demokratycznego społeczeństwa w Polsce (nazwijmy te elity, może zbytnio uogólniając, merytokratycznymi, żeby poczuć się lepiej w te Święta)?

Czy opóźni proces zastępowania demokratycznych instytucji i merytokratycznych elit autorytarnymi instytucjami wymyślonymi przez Kaczyńskiego i elitami PiS budowanymi wyłącznie, tak jak w latach 40. ubiegłego wieku, w oparciu o przyjęcie legitymacji partii władzy?

Reklama

Pisząc „opozycja” mam oczywiście na myśli przede wszystkim PO i KO. Zandberg, Gdula, Zawisza… zagłosowali właśnie po raz kolejny wraz z PiS-em za podniesieniem akcyzy na alkohol i papierosy. Gwarantując w ten sposób, że już całkiem otwarcie będą wspierać to, co dla Jarosława Kaczyńskiego jest najważniejsze, ważniejsze nawet niż sądy, czyli zbilansowanie PiS-owskiego budżetu składającego się z „darów” dla telewizji Kurskiego, dla Rydzyka i Ordo Iuris, ale przede wszystkim z „darów” na kampanię Andrzeja Dudy, która stała się „być albo nie być” rządów Kaczyńskiego przez całą kadencję. A

Włodzimierz Czarzasty znów nie był w stanie Zandberga zdyscyplinować i zatrzymać na konsekwentnie wybranej przez niego drodze pomagania PiS-owi w zaorywaniu liberalnej demokracji w Polsce.

Partia przeciwko partii

Tylko partia jest w stanie zatrzymać partię i odebrać jej władzę. A po stronie opozycji najważniejszą partią pozostaje Platforma. PO ma przed sobą wybory przewodniczącego. To oczywiście musi Platformę kosztować i opóźni o miesiąc mobilizację najważniejszej siły opozycji.

Ten miesiąc rozpoczął się zresztą fatalną wpadką w pierwszych głosowaniach nad porządkiem obrad posiedzenia Sejmu, na którym zajmowano się PiS-wskim projektem ustawy kagańcowej dla sędziów. Jednak ten miesiąc może się też stać pokazem siły opozycji w Senacie. Tomasz Grodzki może tam na 30 dni zamrozić autorytarną antysędziowską ustawę. Może też w tym czasie przedstawić senacki projekt ustawy przywracającej apolityczną KRS. W Senacie opozycja ma szansę wywalczyć czas na zmobilizowanie Polski i Unii przeciwko nowym autorytarnym pomysłom Kaczyńskiego.

Natomiast jeśli chodzi o samą kampanię wyborczą wewnątrz Platformy, tak jak ona wygląda na dzisiaj, jest w niej widoczna próba zniszczenia Schetyny, ale nie widać próby wykreowania ani nowego silnego lidera (lub liderki), ani nowego głosu, ani nowego programu.

Joanna Mucha, Borys Budka, jeśli jakimś cudem (musiałby to być cud) te wybory wygrają, stracą konserwatywne skrzydło Platformy. Bogdan Zdrojewski, jeśli jakimś cudem wygra, straci całą resztę. I w ten  sposób Kaczyński dostanie swój „Budapeszt w Warszawie”, czyli pełnię władzy z opozycją sprowadzoną do paru 10-procentowych karzełków.

Bartosz Arłukowicz (jeśli poprzestać wyłącznie na nazwiskach z medialnej giełdy) tych wyborów nie wygra, bo jako transfer z epoki Tuska wciąż pozostaje w Platformie ciałem obcym, nawet jeśli mogą się na niego przesunąć głosy różnych dysydentów w PO.

Największe szanse na wygranie wyborów w Platformie ma Grzegorz Schetyna. Jednak po to, aby nie było to pyrrusowe zwycięstwo, Schetyna musi wyjść ze swojego pokolenia (sam jestem z jego rocznika, 1963, więc piszę to trochę przeciwko sobie), pokazać nowych młodszych ludzi, którzy będą wobec niego, ale przede wszystkim wobec Platformy tak samo lojalni jak Tomasz Grodzki czy Jacek Jaśkowiak. Ale będą też gwarantować, że Platforma Obywatelska zakorzeni się wśród centrowych trzydziesto- i czterdziestolatków, że nie obumrze wraz z pokoleniem, które w 1989 roku zaczęło budować nową demokratyczną Polskę.

Schetyna musi też wyjść ze swojego milczenia, odzyskać język.

Platforma Obywatelska ma program, począwszy od projektu sensownej decentralizacji państwa (w połączeniu ze wzmocnieniem centrum rządu, aby państwo w Polsce było naprawdę „silnym państwem minimum”), aż po „sześciopak” z kampanii parlamentarnej zawierający narzędzia motywujące Polaków do nauki, pracy, przedsiębiorczości wszędzie tam, gdzie stagnacyjny program PiS ich demotywuje. A jednocześnie PO wciąż nie ma języka, w którym ten program mógłby się do Polaków przebić (także przez pogrążone w kompletnym chaosie niepisowskie media).

Odzyskanie własnego silnego głosu to wyzwanie dla otoczenia Schetyny, jego doradców, PR-owców, ale przede wszystkim dla niego samego. Robiłem z nim przed rokiem wywiad rzekę, parę miesięcy rozmów. Tak jak rozmawia w wąskim gronie, musi rozmawiać w mediach. Jeśli tu nie będzie przełomu, Schetyna i tak pozostanie najsilniejszym punktem Platformy, ale zarówno jemu, jak i najsilniejszej opozycyjnej partii będzie po prostu trudniej.

Wewnątrzpartyjne kampanie wygrywa się dzięki zdolności do personalnych roszad i gier. Tę zdolność Grzegorz Schetyna posiada. Jednak tej jego kampanii musi towarzyszyć wyrazisty program i ludzie. Dlatego że tym razem nie wystarczy wygrać.

Gdy Schetyna wygra, kiedy zostanie przewodniczącym PO na kolejną kadencję, zintensyfikuje się atak na Platformę z zewnątrz. W wykonaniu zarówno jawnych wrogów, jak też pozornych „przyjaciół”, nie mówiąc już o mediach i celebrytach pełniących – z naiwności lub wyrachowania – rolę „pudeł rezonansowych” tego typu kampanii.

Kaczyński wie, że tylko PO jest przeszkodą na drodze do „Budapesztu w Warszawie”. Lewica i PSL wiedzą, że rozszarpanie politycznego centrum pozwoli im samym przeżyć i długo jeszcze dogasać (bo w obu tych formacjach nie widzę niczego, co zwiastowałoby ich faktyczne odrodzenie). Platforma może znów mieć w Lewicy i PSL koalicjantów w walce z PiS, ale tylko wówczas, kiedy sama przejmie inicjatywę.

Zblazowanie walką

Kolejnym zagrożeniem dla opozycji jest zblazowanie walką, polityką w ogóle, skoro nie przyniosła zwycięstwa przez ostatnie cztery lata. Walka polityczna to nie jest rozrywka, tak jak nie były rozrywką średniowieczne oblężenia zamków. To mozolny wysiłek wymagający przywódców, armii, zaplecza. Polityczna walka to wieloletnie walenie tym samym młotem w to samo kowadło. Z nadzieją, że da się w ten sposób wykuć w Polsce jakieś instytucje, prawa i państwo… albo bez nadziei.

Tymczasem Jakub Bierzyński, znany polityczny doradca, który doradzał (bez skutku) Ryszardowi Petru, a potem Robertowi Biedroniowi (ze skutkiem w postaci wyekspediowania szefa Wiosny do Brukseli i wchłonięcia jego partii przez SLD), ogłosił właśnie manifest własnego zblazowania stwierdzając, że żadnego zagrożenia autorytaryzmem PiS-u już nie ma. Wobec tego można sobie pozwolić na wybory irracjonalne, na zabawienie się polityką, zamiast się nią nudzić. Kiedy to ogłaszał, PiS właśnie składało do Sejmu ustawę kagańcową, a w Brukseli Mateusz Morawiecki rozpoczynał inną odsłonę polexitu wyprowadzając Polskę z najważniejszej wspólnotowej polityki UE, jaką jest polityka klimatyczna.

W każdym innym kraju po takich wpadkach nasz kawiarniany Nostradamus przestałby pełnić rolę eksperta, w Polsce zapewne powróci z nowymi radami.

Rafał Matyja, którego jako analityka i po prostu człowieka cenię nieporównanie bardziej, doszedł z kolei do wniosku, że pojawienie się w Sejmie Lewicy i Konfederacji pozwoli pozostawić za nami zużyty, nudny, nieciekawy konflikt pomiędzy PiS i PO. To też nie był błąd diagnozy, ale zblazowanie, którego po tym sensownym konserwatyście się nie spodziewałem. No bo jaka nowa jakość, jaki interesujący potencjał kryje się w Konfederacji będącej mieszanką Korwinowskich nerdów ze skrajną prawicą? Co jest ciekawego i pożytecznego dla Polski w tym chaotycznym związku obsesyjnego libertarianizmu z plemiennym zdziczeniem? A po lewej stronie? Świeżość Czarzastego (dla mnie i tak najrozsądniejszego z tego towarzystwa)? Oportunizm i nieudolne trendziarstwo Gawkowskiego? Populizm Zandberga?

Telewizyjny kandydat Hołownia

Kolejny objaw kryzysu uderzającego przede wszystkim w obóz demokratyczny to telewizyjny kandydat Szymon Hołownia, który ze swojego show i poczciwej lifestyle’owej publicystyki postanowił przesiąść się do polityki.

Czemu pojawienie się telewizyjnego kandydata w polskiej polityce nie budzi mojej radości? Parędziesiąt lat temu prezydentem najludniejszego stanu Indii został aktor, który wcześniej przez kilkanaście lat grał najważniejszych bogów hinduizmu w bollywoodzkich produkcjach. Wyborcy pomylili go z bogami, których grał, jednak politykiem okazał się kiepskim.

Na bliższej nam Ukrainie podobnym przypadkiem stał się Wołodymyr Zełenski. Grał „przyjaciela ludu” w sponsorowanym przez proputinowskich oligarchów serialu, a potem zagrał tę samą rolę w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Teraz realizuje scenariusz wcale nie gwałtowny czy apokaliptyczny, ale jednak taki, który oznacza powolny powrót całej Ukrainy w rosyjską strefę wpływów. Tak jak to się stało po klęsce pierwszej pomarańczowej rewolucji. Aż do nowego Majdanu.

Także Donald Trump przechodząc do polityki wykorzystał nie tylko pieniądze odziedziczone po tacie, ale także własną autentyczną popularność zbudowaną w ciągu siedmiu lat prowadzenia telewizyjnego reality show „The Celebrity Apprentice”.

Każdy z tych przykładów ludzi przechodzących z medialnego show-biznesu do polityki jest przykładem bardzo głębokiego kryzysu polityki, a nie lekarstwem na kryzys.

Populistyczna normalizacja

„Normalizacja” to ponure określenie z dziejów „realnego socjalizmu” w bloku wschodnim. Była węgierska normalizacja po zdławieniu powstania 1956, była czeska normalizacja po zdławieniu Praskiej Wiosny, była polska normalizacja po stanie wojennym. Zawsze oznaczało to ponury tryumf oportunizmu na ogromną skalę – łamiący kręgosłupy ludzi, rodzin, zawodowych środowisk i całych narodów na dziesięciolecia. Na to samo liczy dzisiaj Jarosław Kaczyński.

Z każdym miesiącem rządów PiS przez karuzele personalne ministerstw, służb, pomniejszych państwowych urzędów, agencji, spółek Skarbu Państwa do obozu władzy przechodzą dziesiątki, setki, tysiące zarówno ideowych prawicowców, jak też oportunistów. A w drugą stronę, do starych i nowych uczestników obozu władzy, do ich rodzin, ich lokalnych klientów płyną dziesiątki, a może już setki milionów złotych z budżetu państwa.

To jest wezwanie do wszystkich oportunistów, którzy w Polsce (i w każdym innym kraju) stanowią najsilniejszą partię. Stronnictwo bardziej liczne, niż prawica, lewica czy centrum.

Przysłuchiwałem się przez ostatnie lata wielu rozmowom z ludźmi reprezentującymi różne dziedziny, od biznesu po sztukę, od dyplomacji po dziennikarstwo. W każdej z tych rozmów pojawiało się w pewnym momencie pełne skrępowania pytanie: „czy sądzisz/sądzicie, że powinienem przyjąć…” – tu następowała nazwa stanowiska, instytucji, programu, ministerialnego grantu. Nie należę do „bojkoterów” (ze stanu wojennego pamiętam, że nie ma nic bardziej bardziej bezsilnego, żałosnego, niż bojkot i nieuniknione złamanie tego bojkotu przez oportunistyczną większość). Nie lubię też „moralistów”, przez kilkadziesiąt lat życia w Polsce realnej oduczyłem się „moralnego wzburzenia”. Słuchając jednak tych wszystkich pytań,

zobaczyłem działanie najskuteczniejszej broni Jarosława Kaczyńskiego – zwyczajnego ludzkiego oportunizmu, którym prezes PiS umie i lubi się posługiwać.

Ale taką „normalizację” można przerwać tylko odbierając PiS-owi władzę nad państwem. Zatem Senat, kampania prezydencka, kolejne lata tego samego monotonnego uderzania politycznym młotem w polityczne kowadło. Żadnej łatwej przyjemności, żadnych ekstrawaganckich doznań. Kto tego szuka w polityce, po prostu źle wybrał swoje hobby.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Grzegorz Schetyna i Donald Tusk, Fot. Flickr/PO

Reklama