Reklama

Andrzej Duda posłusznie brał udział w „zamachu ustrojowym” Kaczyńskiego. Łamał konstytucję i prawo pomagając Kaczyńskiemu i Ziobrze przejąć Trybunał Konstytucyjny, KRS, telewizję publiczną, zniszczyć służbę cywilną. Do dziś pomaga im przejmować polskie sądy. Czy jednak wynika z tego konieczność wiecznego podporządkowania się Dudy Kaczyńskiemu? Niekoniecznie. Osoba zewnątrzsterowna nie musi przez całą swoją biografią „chodzić” pod jednym panem. Może pana zmienić. I właśnie taka możliwość otwarła się dzisiaj przed Dudą – pisze Cezary Michalski

Prezydent Andrzej Duda stał się wręcz biegunem prozachodniej narracji obozu władzy. Od momentu wybuchu wojny na Ukrainie nie tylko porzucił tradycyjne „suwerennościowe” uszczypliwości pod adresem UE, ale zaczął Unię Europejską przedstawiać jako jeden z dwóch, obok NATO, geopolitycznych filarów polskiego bezpieczeństwa.

Mógł liczyć na wzajemność ze strony coraz lepiej wypowiadających się o nim polityków i dyplomatów UE. W dodatku Bruksela już wie, że to ośrodek prezydencki jest autorem najdalej idącego i najbliższego unijnym oczekiwaniom projektu zmian w polskim sądownictwie. Choć nie wiadomo jeszcze, w jakim kształcie te zmiany zostaną ostatecznie uchwalone. I

jak wielka będzie determinacja Dudy, żeby własnego projektu bronić przed wydrążającymi go „poprawkami” Kaczyńskiego i Ziobry, choćby odwołując się po raz kolejny do weta.

Wielu przedstawicieli obozu władzy pojechało po wybuchu wojny do Kijowa, ale to wizyta Andrzeja Dudy wypadła najbardziej okazale. Nawet Zełenski czuł się przy polskim prezydencie zdecydowanie lepiej, niż w towarzystwie Kaczyńskiego zupełnie cynicznie rozgrywającego w Kijowie swoją własną antyunijną i antyzachodnią grę, czy w obecności androida Morawieckiego martwym głosem recytującego puste formułki.

Reklama

Andrzej Duda, który do ostatniej chwili pozostawał wierny linii PiS w stosunkach z Ameryką, to znaczy uważał relacje z Trumpem za „bezalternatywne” i nawet zwycięstwo Bidena oficjalnie uznał już po tym, jak uznał je Kreml, ma teraz najlepsze w obozie władzy stosunki z administracją Bidena i najcieplejsze relacje z amerykańskim ambasadorem w Polsce Markiem Brzezińskim.

Do odwilży pomiędzy ośrodkiem prezydenckim i Amerykanami przyczyniło się prezydenckie weto do „Lex TVN” (jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie), a także późniejsze naciski ośrodka prezydenckiego na to, by odblokować proces koncesyjny dla TVN24 i TVN7 (grupa Discovery będąca właścicielem TVN jest największym amerykańskim inwestorem w Polsce).

Jako „dobry policjant” w PiS-owskiej narracji Duda otrzymał nagrodę w postaci poprawy swoich notowań w polskiej opinii publicznej, a także w postaci złagodzenia krytyk pod swoim adresem w wielu niepisowskich mediach.

Nawet jeśli prezydent nadal realizuje podstawowe oczekiwania Kaczyńskiego (seria prezydenckich nominacji kandydatów Kaczyńskiego i Ziobry do Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i sądów powszechnych wszystkich szczebli pokazuje, że prezydent nie przekroczył „czerwonej linii”, która czyniłaby go faktycznym dysydentem obozu władzy), dziennikarze, a nawet niektórzy politycy opozycji (głównie spoza PO, pamiętający o tym, że po przyszłorocznych wyborach prezydent, wskazujący kandydatów na premiera, może po raz pierwszy w swojej karierze odegrać ważną polityczną rolę) – wszyscy zastanawiają się, czy Andrzej Duda może mentalnie i politycznie oderwać się od Kaczyńskiego.

Czy nagroda (przede wszystkim wizerunkowa), którą już odebrał za oddalenie się od nieprzejednanie antyzachodniej narracji prezesa PiS, może go skłonić do jeszcze odważniejszego eksperymentowania z własną polityczną „suwerennością”.

Człowiek zewnątrzsterowny

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie,

warto wrócić do pochodzącej już sprzed ładnych paru lat diagnozy Jarosława Kaczyńskiego na temat potencjału Andrzeja Dudy do mentalnej i politycznej „suwerenności”.

W 2014 roku Kaczyński musiał podjąć bardzo ważną decyzję. Kogo wskazać na PiS-owskiego kandydata do prezydentury w wyborach 2015. Prezydent RP to jedyne stanowisko w strukturach polskiego państwa, które niejako mechanicznie daje obejmującemu je człowiekowi polityczną suwerenność wobec szefa partii, która go popierała, czy wobec premiera.

Jak powiedział kiedyś ze smutkiem Jan Rokita, w swoich tezach o „dwugłowej egzekutywie” (czyli rozszczepionej władzy wykonawczej w Polsce), „prezydent w Polsce nie ma wystarczających kompetencji, by rządzić, ale ma wystarczające kompetencje, by przeszkadzać w rządzeniu”. Rokita był przeciwnikiem takiego rozwiązania (które odziedziczyliśmy po Jaruzelskim, Wałęsie i Kwaśniewskim), uważając, że polski ustrój powinien być albo konsekwentnie gabinetowy (gdzie wszystkie realne atrybuty władzy mają premier i rząd), albo konsekwentnie prezydencki (na sposób francuski czy amerykański).

Kaczyński podziela diagnozę Rokity (nawet jeśli w przeciwieństwie do Rokity nigdy nie myślał w kategoriach ustrojowych, a wyłącznie w kategoriach personalnych, więc do 2010 roku problem dwugłowej egzekutywy „rozwiązywał” za pomocą brata bliźniaka). Dlatego wiedział, że na kandydata do prezydentury (nawet jeśli w 2014 roku nie wierzył zbyt mocno w wygraną takiego kandydata z Bronisławem Komorowskim) musi wyznaczyć kogoś, kto po prostu nie będzie w stanie użyć potencjału prezydentury, aby mu przeszkadzać w rządzeniu.

Kaczyński uznał wówczas Andrzeja Dudę za człowieka całkowicie zewnątrzsterownego – podatnego na wpływy, niezdolnego do samodzielności. Potwierdzał to zarówno charakter stosunkowo młodego jeszcze polityka, jak też cała jego biografia – przedpolityczna i polityczna.

Młody Andrzej Duda pojawił się przecież w latach 90. w całkowicie „udeckim” Krakowie (zdominowanym przez Unię Demokratyczną, a później Unię Wolności, oraz jej inteligenckie elity), gdzie jako młody prawnik wstąpił natychmiast do młodzieżówki Unii Wolności, a także wżenił się w jedną z najbardziej rozpoznawalnych rodzin mieszczańskiego i inteligenckiego Krakowa. Podczas studiów na UJ, a później jako młody pracownik naukowy tej uczelni, był ulubieńcem tamtejszych liberalnych profesorów prawa. Zwrot w kierunku prawicy nastąpił u Dudy dopiero wówczas, kiedy prawica zaczęła mieć w Polsce takim jak on – młodym ambitnym oportunistom – coś do zaoferowania. A Unia Wolności swoje „argumenty” całkowicie straciła.

Po wyborczym zwycięstwie PiS w 2005 roku Zbigniew Ziobro zaoferował Dudzie wysokie stanowisko w Ministerstwie Sprawiedliwości. Później był on już wyjątkowo lojalnym i całkowicie posłusznym młodym człowiekiem w strukturach PiS – zarówno w Ministerstwie Sprawiedliwości, jak też później w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Całkowicie zmienił wówczas swoje poglądy na ustrój i prawo, wiernie powtarzając za Kaczyńskimi i Ziobrą wszystkie formułki na temat „imposybilizmu prawnego” liberalnej demokracji.

Po katastrofie smoleńskiej, a szczególnie po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich 2010, podobnie jak wielu innych młodszych działaczy PiS Duda był przekonany, że pozycja Kaczyńskiego słabnie.

Dwa razy prowadził zaawansowane rozmowy z PiS-owskimi dysydentami (najpierw z PJN, a później z Solidarnej Polski), choć ostatecznie za każdym razem dał się Kaczyńskiemu (który wiedział o kontaktach Dudy, m.in. dlatego, że insiderskie informacje z kręgu dysydentów zawsze dostarczał mu Adam Bielan) zastraszyć i ostatecznie PiS-u nie opuścił.

W oparciu o całą tę wiedzę Kaczyński uznał zatem, że ma do czynienia z człowiekiem, który nie ma żadnego potencjału, żadnych charakterologicznych cech, umożliwiających mu kiedykolwiek uzyskanie prawdziwej suwerenności.

Jego psychopolityczna diagnoza Dudy okazała się prawdziwa przez całą dotychczasową historię tej prezydentury. Andrzej Duda posłusznie brał udział w „zamachu ustrojowym” Kaczyńskiego. Łamał konstytucję i prawo pomagając Kaczyńskiemu i Ziobrze przejąć Trybunał Konstytucyjny, przejąć KRS, przejąć telewizję publiczną, zniszczyć służbę cywilną. Do dziś pomaga im przejmować polskie sądy. Jego weta do pierwszej wersji PiS-owskich ustaw o sądach z 2017 roku pomogły wówczas spacyfikować społeczne protesty, jednak nie zatrzymały procesu niszczenia państwa prawa w Polsce. Duda parę miesięcy później podpisał kolejne wersje PiS-owskich ustaw, które zniszczyły KRS, rozpoczęły proces niszczenia niezawisłych sądów wszystkich szczebli, a różniły się od zawetowanych ustaw jedynie niewielkim wzmocnieniem kompetencji prezydenta przy obsadzie sądów.

Duda był przez cały ten czas przez Kaczyńskiego, a nawet przez Ziobrę, wielokrotnie upokarzany. Także publicznie. Jednak nigdy tak naprawdę się nie zbuntował, bo nie wierzył, że przeżyje – nawet z kompetencjami prezydenta – bez poparcia obozu politycznego, któremu zawdzięcza najwyższe stanowisko w Polsce.

Zatem diagnoza Kaczyńskiego o całkowicie zewnątrzsterownej naturze Andrzeja Dudy, o jego całkowitym braku potencjału do suwerenności, okazała się prawdziwa. Czy jednak wynika z niej konieczność wiecznego podporządkowania się Dudy Kaczyńskiemu?

Nowy pan

Niekoniecznie. Osoba zewnątrzsterowna nie musi przez całą swoją biografią „chodzić” pod jednym panem. Może pana zmienić. I właśnie taka możliwość otwarła się dzisiaj przed Dudą. Swoją opiekę zaoferowali mu Amerykanie. Jest to oferta subtelna i miękka, jednak USA przez dziesiątki lat uczyło się technik miękkiego lub twardego wpływu na polityków i całe polityki państw peryferyjnych, które stawały się z różnych powodów istotne dla polityki amerykańskiej.

Polska odgrywa dzisiaj taką rolę. Amerykanom bardzo zależy na tym, aby mieć jak najlepsze relacje z elitą polityczną kraju frontowego nowej zimnej (oby tylko) wojny z Rosją. Mają tu swoich żołnierzy, swoje bazy, swoje interesy. Jeśli wojna na Ukrainie potrwa dłużej, rola Polski w globalnej polityce Zachodu stanie się jeszcze ważniejsza.

Amerykanie, w podobnych kontekstach, potrafili „pracować” nawet z generałem Manuelem Noriegą. Na tle mordercy i barona narkotykowego z Panamy Andrzej Duda jest wręcz aniołem.

Dlaczego by nie spróbować przeciągnąć tego anioła na swoją stronę? Nawet jeśli miał (i może nadal ma) antyliberalne poglądy, jako człowiek zewnątrzterowny umie zachowywać swoje poglądy dla siebie.

Amerykanie mogą zaoferować Dudzie zarówno bieżące poparcie (polityczne, medialne), jak też dać mu gwarancje „emerytalne”, jakie dostawali od nich inni politycy opowiadający się po ich stronie w geopolitycznych kryzysach. Tacy premierzy i prezydenci, po zakończeniu swoich kadencji, a nawet całych politycznych karier, mogli liczyć na wysokopłatne stanowiska w ważnych międzynarodowych instytucjach, na wysokopłatne wykłady i programy stypendialne amerykańskich uczelni. Duda nie byłby pierwszym politykiem III RP, który został w ten sposób uhonorowany.

Podobną sytuację mamy zresztą w przypadku otoczenia Dudy. Jego obecny minister do spraw międzynarodowych Jakub Kumoch, którego mogłem kiedyś z bardzo bliska obserwować jako dziennikarza, był zawsze typowo „alt-rightowym” (podzielającym diagnozy i emocje skrajnej „alternatywnej” prawicy) wrogiem liberalnego Zachodu. Do tego stopnia, że republikańskiego kandydata do amerykańskiej prezydentury w 2008 roku Johna McCaina uważał za niepewnego mięczaka, który jako zawodowy żołnierz, a w dodatku rozwodnik, nie przywiązuje wystarczającej wagi do prawdziwej prawicowej ideologii.

Kilka lat w PiS-owskiej dyplomacji nauczyło go jednak realizmu. Najpierw co prawda „zorientowanego” na Trumpie, ostatnio jednak „przeorientowanego” na Bidena.

Dziś robi wszystko, czego Amerykanie od niego zażądają. A żądają od niego wyłącznie rzeczy racjonalnych – szczególnie w kontekście wojny na Ukrainie i realnego zagrożenia polskiego państwa.

Jest oczywiście jeden warunek, aby opieka Amerykanów nad Dudą realnie rozluźniała jego związki z Kaczyńskim i Ziobrą. Do Białego Domu nie może wrócić Donald Trump, bo wówczas cała „ewolucja poglądów” prezydenta Andrzeja Dudy i jego otoczenia okaże się fikcją.

Dalsza jednak współpraca Dudy z administracją Bidena, a nawet z administracją jakiegoś „normalnego”, przywiązanego do wartości Zachodu i nieuwikłanego w relacje z Putinem prezydenta z Partii Republikańskiej, będzie się Polakom opłacać. Nawet bowiem człowiek całkowicie zewnątrzsterowny może odegrać w polityce bardzo dobrą rolę (politycy naprawdę suwerenni to ogromna rzadkość), wystarczy, że ma nad sobą właściwego pana.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Andrzej Duda, Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Fot. Flickr/KPRM/Krystian Maj, licencja Creative Commons

Reklama