Reklama

Hołownię, Czarzastego, Zandberga czy Kosiniaka-Kamysza zajmuje dziś głównie myśl, „jak nie pomóc Tuskowi”. Inna rzecz, jak – będąc Platformą i Tuskiem – nie dać się wmanewrować w ten optymalny dla Kaczyńskiego scenariusz cichej wojny domowej na opozycji. Zabicie liberalnej opozycji sprawi bowiem, że na trupie polskiego społeczeństwa będą w nieskończoność grasować pseudopolityczne zombies – Kaczyński, Terlecki, Sasin, Suski… Przez trzecią, czwartą i piątą kadencję. O ile będą jeszcze wówczas jakieś kadencje – pisze Cezary Michalski

Rzucając tuż po „wyroku” trybunału Przyłębskiej hasło do antypolexitowej manifestacji w Warszawie Donald Tusk zagrał politycznie va banque i przeżył. Gdyby na Plac Zamkowy przyszła grupka działaczy PO i najwierniejszych KOD-owców, zostałby rozsmarowany przez media (wcale nie te pisowskie), przez „lewicę” Zandberga i Czarzastego, przez Hołownię…

Teraz Hołownia próbuje zrobić ze swojego niepojawienia się na Placu Zamkowym polityczny atut. Ale nie słuchają go już nawet jego sympatycy z Facebooka, którzy na Placu Zamkowym się pojawili, i to całkiem licznie. Był tam nawet Kobosko, ale nie było lidera. Teraz Hołowni pozostanie tylko sojusz z Kosiniakiem-Kamyszem. Sojusz dwóch słabnących liderów skierowany już nie przeciwko Kaczyńskiemu, ale przeciwko Tuskowi.

Sojusz wspierany po cichu (a nawet zupełnie głośno) przez Kaczyńskiego w mediach, w regionach…, jako istotny element blokowania jedynego polityka, którego Kaczyński się boi, i jedynej partii, której boi się PiS.

Z kolei pokłócone ze sobą wzajemnie i wzajemnie oskarżające się o mobbing, seksizm i terfizm sieroty po Adrianie Zandbergu zjednoczyły się przez chwilę w mediach społecznościowych, żeby razem zarzucić „klasową pogardę” weterance Powstania Warszawskiego Wandzie Traczyk-Stawskiej. Za to, że nazwała „chamem” Roberta Bąkiewicza, skrajnego narodowca, któremu były warszawski inteligent Piotr Gliński ufundował pałkę za publiczne pieniądze, a były żoliborski inteligent Jarosław Kaczyński osłonił go polską policją państwową, żeby Bąkiewicz mógł – właśnie ordynarnie i po chamsku, dokładnie tak jak powiedziała Wanda Traczyk-Stawska – zagłuszać i obrażać ludzi przemawiających na wiecu opozycji.

Reklama

Rafał Woś przyzwyczaił nas już do tego, że populistyczna lewica jest gotowa do sojuszu z PiS-em przeciwko „liberalnej Polsce”. Teraz sieroty po Adrianie Zandbergu uczą nas, że populistyczna lewica może wchodzić w antyliberalny sojusz także z najbardziej nawet skrajnymi narodowcami.

Inna rzecz, jak – będąc Platformą i Tuskiem – nie dać się wmanewrować w ten optymalny dla Kaczyńskiego scenariusz cichej wojny domowej na opozycji (nie mówię teraz o populistycznej lewicy, której polityczny potencjał jest żaden, choć medialny owszem, ale o Hołowni i PSL), zamiast sojuszu opozycyjnych polityków lub choćby elektoratów, który jest warunkiem odsunięcia Kaczyńskiego od władzy.

Tym bardziej, że przedterminowe wybory przestały być medialną spekulacją.

Kaczyński może to ryzyko podjąć, zanim do jego własnych wyborców dotrze prawda o polexicie, póki co zagłuszana przez państwowe media i przez Morawieckiego w Sejmie. Prawda o poziomie zdemolowania przez PiS stosunków z Unią Europejską, o poziomie zmarginalizowania przez PiS pozycji Polski w UE, wreszcie prawda o ryzyku utraty przez Polskę części lub całości unijnych funduszy. Dopóki pancerz kłamstwa jest szczelny, Kaczyński może zaryzykować przedterminowe wybory.

Pierwszy istotny zwiastun tej decyzji to zapowiedź odejścia Jarosława Kaczyńskiego z rządu Morawieckiego. Prezes PiS robi to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, by mieć pełną swobodę w dyscyplinowaniu i mobilizowaniu partii, w tworzeniu list wyborczych (czyli czyszczeniu ich z potencjalnych przeciwników, konkurentów, „niepokornych” i zwyczajnych idiotów), a także w prowadzeniu kampanii wyborczej, nadawaniu jej tonu, wymyślaniu „wrogów”.

Po drugie Kaczyński chce się od Morawieckiego przed wyborami zdystansować (co oznacza, że po wyborach, nawet wygranych przez PiS, to nie Morawiecki będzie premierem). Tym razem to Morawiecki, nie Ziobro (którego posłowie są teraz Kaczyńskiemu potrzebni), może zostać przez prezesa PiS obciążony odpowiedzialnością za kryzys w stosunkach z UE.

Oczywiście ten kryzys spowodował Kaczyński, ale Wódz jest nie po to, żeby ponosić odpowiedzialność za klęski. Od tego są figuranci. On ich tylko wysyła na śmietnik.

Histeria Morawieckiego w czasie jego ostatniego wystąpienia w Sejmie, kiepsko odegrany przez niego atak na Tuska (do którego wcześniej przez całe lata się łasił), wszystko to miało przekonać Kaczyńskiego, że nie warto się jeszcze pozbywać premiera-figuranta. Jednak polityczna śmierć z kosą zmierza już po Morawieckiego. W tym samym dniu, kiedy popisywał się przed Kaczyńskim na sejmowej mównicy, jego frakcja została obrabowana ze swojego klejnotu koronnego, czyli z kontroli nad największym polskim bankiem PKO BP. Morawiecki długo ochraniał tam na stanowisku prezesa Zbigniewa Jagiełłę, człowieka, który, podobnie jak on sam, umiał się wcześniej dogadywać także z rządem Tuska. Kiedy Jagiełło został parę miesięcy temu „odstrzelony” przez twardą frakcję PiS, Morawiecki potrafił wymóc na Kaczyńskim pozostawienie banku w rękach jego ludzi.

Teraz jednak „pragmatycy” Morawieckiego zostali decyzją Kaczyńskiego z PKO BP przepędzeni, a prezesem banku została Iwona Duda, będąca od jakiegoś czasu prezeską przejętego przez PiS Alior Banku, ale wywodząca się ze SKOK-ów i mająca dobre notowania w Radiu Maryja. Jej nominacja oznacza pozbawienie Morawieckiego wpływu na instytucję dostarczającą ogromnej ilości środków na wspieranie wybranych przez siebie prawicowych mediów czy na finansowanie własnych politycznych klientów. W tym samym czasie do jego rządu wracają ludzie Ziobry, a listę ministrów i wiceministrów Kaczyński uzupełnia najdrobniejszymi nawet mętami ze swojej „śmieciowej koalicji”.

Wołanie o kapitał społeczny

Tusk potrzebuje partii, a Platforma Obywatelska potrzebuje Tuska. O tym, czy te wzajemne potrzeby będą umiały się spotkać, przekonamy się, kiedy poznamy nowe kierownictwo PO, zestawione już po autorsku przez Donalda Tuska, a także nowych szefów regionów. Wszystko to powinno się wyjaśnić mniej więcej do końca listopada. Budzenie Platformy do życia nie jest zapewne zajęciem łatwym i przyjemnym. Podobnie zresztą, jak przekonywanie Donalda Tuska, naturalnego i wybitnie utalentowanego solistę, do gry zespołowej.

Liberalnej i demokratycznej Polsce, Polsce proeuropejskiej, kapitał społeczny, wzajemne zaufanie, zdolność gry zespołowej – są jednak potrzebne, żeby w ogóle potrafiła przeżyć.

Kapitał społeczny w Platformie Obywatelskiej i dokoła niej. Kaczyński jest prawicowym kapitałem społecznym wręcz obrośnięty, obficie podlewa ten kapitał pieniędzmi z budżetu, budują go dla niego Rydzyk, Jędraszewski, Czarnek i bardziej anonimowi żołnierze kulturowej wojny. Jest to kapitał społeczny „czarny”, sklejony korupcją, resentymentem, zawiścią, lękiem, niechęcią do świata, szczególnie tego na zachód od nas.

Czy Polacy potrafią budować prawdziwy kapitał społeczny, oparty na wzajemnym zaufaniu, na realnej wspólnocie wartości? Porażka KOD-u, porażka Strajku Kobiet nie nastrajają tu optymistycznie. Mógłbym użyć eufemizmów w rodzaju „niepełne zwycięstwa”, ale za bardzo szanuję obie te wielkie próby, za duże sam z nimi wiązałem nadzieje, żeby dramat niezbudowania społecznego zaplecza dla liberalnej polityki w Polsce nazywać „niepełnym zwycięstwem”. To była katastrofa. Wprost proporcjonalna do dotychczasowych tryumfów zarządzanej politycznie przez Kaczyńskiego, dającej mu realną polityczną siłę, „rekonkwisty” pseudokatolicyzmu (bo to nie jest religia, to nie jest chrześcijaństwo) i całkiem autentycznego etnicznego nacjonalizmu, opartego na lęku przed silniejszymi leczonym nienawiścią do słabszych.

Wszyscy znamy ograniczenia Platformy, zużycie, bagaż, pokoleniowe przesunięcie sprawiające, że wielu sensownych polityków tej partii jest w okolicach pięćdziesiątki, co zresztą pozwala sześćdziesięcioletniemu Tuskowi w naturalny sposób nadal odgrywać rolę mentora wobec tych dojrzałych już w końcu ludzi.

Wszyscy znamy także specyfikę Tuska, jego nadmierną skłonność do solowych rozegrań, co daje taki efekt, jak gra Lewandowskiego w polskiej drużynie narodowej. Nie zawsze, ale bardzo często wizerunkowo demolująca drużynę. Lewandowskiemu to też nie pomaga, można bowiem przeczytać wiele ironicznych uwag brytyjskich czy niemieckich komentatorów sportowych, z pozoru współczujących, ale tak naprawdę szydzących sobie z Lewandowskiego, że mógłby być gwiazdą na miarę Beckhama, Shearera czy Beckenbauera, gdyby grał w brytyjskiej czy niemieckiej drużynie, bo one – bez względu na to, czy zdobywają mistrzostwo, czy kończą „tylko” na ćwierćfinałach – są jednak drużynami, podczas gdy

„pobratymcy Lewandowskiego” zastanawiają się wyłącznie nad tym, jak mu na boisku nie pomóc.

Podobnie jak Hołownię, Czarzastego, Zandberga czy Kosiniaka-Kamysza zajmuje dziś głównie myśl, „jak nie pomóc Tuskowi”.

Problemem nie są zresztą tylko, a nawet nie przede wszystkim, solowy instynkt Tuska czy słabości Platformy. Problemem i źródłem naszych kłopotów jest fatalny stan liberalnej Polski i fatalny stan, w jakim znajdują się Polacy po prostu. Polskie media, polskie elity społeczne, polski „lud” – i to bez względu na pokoleniowe różnice.

Jeśli problemów z budową kapitału społecznego w Polsce nie potrafimy rozwiązać, jeśli nie potrafimy odbudować dobrej szkoły i odpowiedzialnych mediów (to są klucze także do międzypokoleniowej transmisji polskich doświadczeń, żebyśmy nie musieli po naszej liberalnej stronie wiecznie grzęznąć w konfliktach między „dziadersami” i „milenialsami”), jeśli nasi aktywiści i społecznicy będą nadal obmawiać liberalnych i lewicowych polityków, a liberalni i lewicowi politycy będą wobec aktywistów i społeczników tak bardzo nieufni, że nie zdołają ich przekonać do współpracy, zbudować synergii, takiej, jaką udało się zbudować prawicy pomiędzy najbardziej nawet wariackimi „obrońcami krzyża” czy wyznawcami „smoleńskiego zamachu”, a reprezentującą ich i zdobywającą dla nich władzę partią Kaczyńskiego, wówczas Tusk pozostanie osamotniony i pozostanie osamotniona Platforma.

Młode pokolenie, bez względu na to, czy będzie się deklarowało jako „lewicowcy” czy „prawicowcy”, utknie w sarkazmie i nihilizmie.

Proponowana nam przez media i przez korporacje postawa konsumencka, zbudowana na konsumenckich roszczeniach (kiedyś to było „nie dowieźli mięsa”, dziś „nie zaproponowali mi partii, na którą mógłbym głosować”) – zabije przede wszystkim demokratyczną i liberalną opozycję.

Wówczas na trupie polskiego społeczeństwa będą w nieskończoność grasować pseudopolityczne zombies – Kaczyński, Terlecki, Sasin, Suski… Przez trzecią, czwartą i piątą kadencję. O ile będą jeszcze wówczas jakieś kadencje.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne:

Reklama