Reklama

Jarosław Kaczyński gra nie tylko ze zdrowiem i życiem Polaków – bo tym jest niewprowadzanie stanu nadzwyczajnego – ale prowadzi też swoje gierki polityczne i zdaje się bawić rozgrywaniem opozycji. To niskie, przykre i niemoralne, to traktowanie Polski jako poletka do działań o charakterze wyłącznie doraźnym, zupełnie niepaństwowe. Jeżeli ktoś z Polaków łudzi się, że Jarosław Kaczyński jest państwowcem, to chyba nie rozumie, co to oznacza – mówi nam prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – Jego dotychczasowa strategia jest dość jasna, to strategia Stalina – Kaczyński dość przewidywalnie będzie szedł po trupach po pełnię władzy w Polsce. Dlatego na pewno dojdzie do wyborów prezydenckich w momencie, który będzie wygodny dla partii rządzącej, wobec tego stanie się to w maju. Każde odsunięcie wyborów prezydenckich na przyszłość może się wiązać z ponoszeniem przez obecną władzę politycznych konsekwencji sytuacji ekonomicznej, która zapewne będzie się pogarszała – dodaje

JUSTYNA KOĆ: To jeden z politycznie najważniejszych tygodni dla Rzeczpospolitej ostatnich 30 lat?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: Absolutnie i niestety tak. Jego waga jest bardzo duża, ale to nie jest znaczenie pozytywne – jak choćby w 2004 roku, kiedy wchodziliśmy do UE – tylko bardzo negatywne. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy nasza władza łamię Konstytucję i wprowadza ogromny chaos dotyczący najważniejszego instrumentu, jakim w tej chwili dysponują polscy obywatele w zakresie tej demokracji, jaką funduje nam władza, czyli instrumentu wyborów.

Proszę zwrócić uwagę, jaki argument często pojawia się w dyskursie PiS-u, gdy jest oskarżany o ograniczanie opozycji we wpływaniu na debatę sejmową czy brak konsultacji społecznych. Otóż PiS mówi wówczas: są wybory, jeżeli pomysły opozycji się spodobają wyborcom, to jej przedstawiciele zostaną wybrani. Tymczasem dochodzi do sytuacji, kiedy ten instrument, który jest do dyspozycji jako ostatni właściwie obecnie, również zostaje zabrany opozycji i de facto Polakom.

Reklama

Nie możemy mówić już o uczciwych, wieloprzymiotnikowych wyborach, które są oparte w pełni o Konstytucję.

To jest też moment, kiedy na parę dni przed zaplanowanymi wyborami Polacy nie wiedzą, czy one się odbędą, ani w jaki sposób.

Nie ma właściwego rozeznania, jacy kandydaci są i co ich charakteryzuje, co oni oferują, ponieważ nie było uczciwej i rzetelnej kampanii wyborczej. Jest natomiast sytuacja pandemiczna, w której partia rządząca nie stosuje przepisów Konstytucji, jakie należałoby w tej sytuacji zastosować, czyli art. 228, a więc wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Wówczas Polacy najpierw mogliby się uporać z pandemią, a potem zająć się wyborami z pełnym dostępem do środków przekazu i możliwością uczestniczenia w sensownej debacie w ramach kampanii prezydenckiej.

Niestety, obecnie wszelkie decyzje są podejmowane na Nowogrodzkiej przez Jarosława Kaczyńskiego. To bardzo przykra sytuacja, która mówi bardzo wiele o kondycji polskiej demokracji.

Doszliśmy do momentu, kiedy jeden człowiek, nie ponosząc odpowiedzialności konstytucyjnej, nie mając żadnej odpowiedzialności innego rodzaju, decyduje o tym, co się dzieje nie tylko z polską polityką, ale i polskim ustrojem.

Czyli co?
Jest rozmontowywany, wystarczy wspomnieć kwestię podporządkowania politykom polskiego sądownictwa – od zawłaszczenia Trybunału Konstytucyjnego do ostatniego wskazania przez prezydenta osoby, która jest p.o. I Prezesa SN. Prawda jest taka, że Jarosław Kaczyński gra nie tylko ze zdrowiem i życiem Polaków – bo tym jest niewprowadzanie stanu nadzwyczajnego – ale prowadzi też swoje gierki polityczne i zdaje się bawić rozgrywaniem opozycji. To niskie, przykre i niemoralne, to traktowanie Polski jako poletka do działań o charakterze wyłącznie doraźnym, zupełnie niepaństwowe. Jeżeli ktoś z Polaków łudzi się, że Jarosław Kaczyński jest państwowcem, to chyba nie rozumie, co to oznacza.

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że obywatele gubią się w tym chaosie i nie wiedzą, co mają zrobić. To też deprymuje w kwestii podejmowania odpowiedzialności za akt wyborczy.

Uwierzyła pani, że prezydent może się podać do dymisji? Taka informacja gruchnęła w poniedziałek rano. Sam prezydent nagle ogłosił, że o 8.15 zwoła konferencję, po czym opowiedział o rurociągu. To robienie z nas bałwanów?
Oczywiście, a szczególnie z komentatorów, dziennikarzy i opozycji. Warto pamiętać, że zrobił to Jarosław Kaczyński, a prezydent jest tylko i wyłącznie instrumentem w jego rękach. Trudno mi powiedzieć, czy sam Andrzej Duda zdaje sobie z tego sprawę, ciężko mi też ocenić, czy jest w ogóle intelektualnie zdolny do tego, aby racjonalnie ocenić sytuację własnej sprawczości.

Tak czy inaczej, skoro pyta pani, czy uwierzyłam, że może podać się do dymisji, to przyznam, że w państwie, gdzie decyzje podejmuje jeden człowiek, trudno jest cokolwiek przewidzieć.

Politolodzy w Polsce nie mają łatwo, bo przewidywanie działań rozmaitych osób, które są owładnięte różnymi maniami, jest bardzo trudne. To raczej zajęcie dla psychologów.

Politolodzy mogą to analizować tylko z perspektywy taktycznej, ewentualnie dotychczasowych ruchów Kaczyńskiego, czyli krótko mówiąc, z perspektywy teorii gier.

Jego dotychczasowa strategia jest dość jasna, to strategia Stalina – Kaczyński dość przewidywalnie będzie szedł po trupach po pełnię władzy w Polsce. Dlatego na pewno dojdzie do wyborów prezydenckich w momencie, który będzie wygodny dla partii rządzącej, wobec tego stanie się to w maju. Każde odsunięcie wyborów prezydenckich na przyszłość może się wiązać z ponoszeniem przez obecną władzę politycznych konsekwencji sytuacji ekonomicznej, która zapewne będzie się pogarszała.

W niedziele odbędą się wybory?
Sądzę, że jest mało prawdopodobne, że nie dojdzie do przegłosowania w Sejmie ustawy, która jest teraz w Senacie. Jeżeli do tego nie dojdzie, to najpewniej zostaną przeprowadzone wybory hybrydowe, bo to prawo będzie wówczas obowiązywać, czyli z założeń pierwszej „tarczy”. Osoby niepełnosprawne, poddane kwarantannie i po 60. roku życia zagłosują korespondencyjnie, reszta w lokalach.

Osoby za granicą w świetle zmian zarówno już wprowadzonych, jak i planowanych, aby móc zagłosować, musiałyby się zarejestrować, a i tak to byłoby niemożliwe zarówno 10, jak i 17 maja. W grę wchodziłby zatem tylko 23.

Co się stanie, jeżeli do wyborów dojdzie?
Jarosław Kaczyński w majowym głosowaniu widzi możliwość ugruntowania swojej władzy przynajmniej na następne 3,5, a tak naprawdę to na 5 lat, bo prezydent z PiS-u może zmienić z partią rządzącą tak wiele, że rozmontują nam do końca system demokratycznych instytucji. To może doprowadzić do tego, że w następnych wyborach parlamentarnych opozycja nie będzie miała żadnej możliwości wygrać. Co więcej, może dojść do sytuacji, kiedy partia rządząca zyska większość konstytucyjną, a wtedy z Polską mogą dziać się rzeczy najdziwniejsze. Dopuszczam również wariant katastroficzny, czyli wyjścia z UE.

Akcja dezinformacyjna w kwestii pomocy UE w czasie pandemii i w ogóle znaczenia UE po stronie rządzącej, bo tak to trzeba nazwać, jest w dużej mierze inicjowana na Kremlu, a przynajmniej wspierana tam i podsycana. Wskazują na to nie miejskie legendy, a wyniki badań, więc warto się nad tym zastanawiać.

Jeszcze rok temu mówiono, że opozycja odrobiła lekcję węgierską. Dziś to wygląda na mrzonki?
Lekcja nie została odrobiona też wtedy. Na chwilę opozycja się zjednoczyła, zrobiła to za późno i w warunkach chaotycznych, w kontekście wyborów europejskich (i częściowo do Senatu). Poza tym mieliśmy wówczas bardzo dobrą koniunkturę gospodarczą – tak dobrą, że właściwie trudno było o to, żeby cokolwiek położyło się cieniem na partii rządzącej. To zjednoczenie dobrze zadziałało w kampanii do Senatu, nie zapominajmy, że dzięki temu Senat może pozostawać jeszcze elementem jakiejkolwiek demokratycznej debaty w polskim systemie ustrojowym. Jednak

największym błędem polskiej opozycji jest to, że nie nauczyła się niczego nie tylko na przykładzie węgierskim, ale też tureckim czy słowackim.

Jeżeli chodzi o Węgry, to żeby odzyskać Budapeszt, bo sam Orbán jest niezagrożony, cała opozycja, łącznie z Jobbikiem, musiała się zmobilizować, aby współpracować. To tak, jakby w Polsce Konfederacja włączyła się w działania anty-PiS-owskiej opozycji. Dla nas to jest niewyobrażalne. Tam było to możliwe, bo była ogromna determinacja. U nas tej determinacji nie widać, to ciągle ludzie, którzy pracują „w oparach whisky i cygar”. Po stronie opozycyjnej nie ma też lidera, który przy mocnej kawie, pazurami, z wielką determinacją będzie chciał wyrwać władzę Kaczyńskiemu.

Może pomoże nam UE? Komisja Europejska wszczyna kolejne procedury, wzywa polski rząd do odpowiedzi i do zmiany działania.
UE nam nie pomoże. Jestem w Luksemburgu i mam dość duży dostęp do wysokich urzędników europejskich i naprawdę każdy, kto ma orientację, co się dzieje w Polsce, zwraca uwagę na potrzebę działania opozycji.

UE nie ocali nam demokracji, nie zabierze Kaczyńskiego. To myślenie naiwne.

UE może oczywiście w ramach art. 7 kontynuować procedurę wobec Polski, ale proszę też pamiętać, że jest wiele innych krajów, które też mają za uszami i w głosowaniach mogą nie poprzeć sankcji dla Polski. Po drugie, to może być kontrproduktywne w sensie społecznego postrzegania tego, co się dzieje. Jeżeli UE doprowadzi do bardzo drastycznych sankcji wobec Polski, to uderzy to też w polskie społeczeństwo. Jeżeli zostaną nałożone kary za niewprowadzanie w życie orzeczeń TSUE, to zapłacą za to podatnicy, a nie Jarosław Kaczyński ze swojej kieszeni. Moim zdaniem to nie będzie żaden straszak na niego, bo jego po prostu nie interesuje to, co zrobi Unia. Jego interesuje tylko i wyłącznie zwycięstwo w wyborach prezydenckich, a potem to, co się stanie w wieloletnich ramach finansowych, i to, aby Polska otrzymała jak największe środki. To się zadzieje w ciągu najbliższego roku, a to oznacza, że środowisko Kaczyńskiego może jeszcze utrzymywać pozory chęci i woli kooperacji z UE.


Zdjęcie główne: Renata Mieńkowska-Norkiene, Fot. Kongres Obywatelski/Magdalena Ubysz

Reklama