Reklama

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Od piątku to tym tytułem świat będzie nazywał jednego z największych biznesmenów i celebrytów USA. Co zmieni ta prezydentura, jak wpłynie na Polskę i Unię Europejską, jaka przyszłość czeka NATO? Pytamy amerykanistę, prof. Zbigniewa Lewickiego.

Justyna Koć: Czego możemy się spodziewać po prezydenturze Donalda Trumpa?
Zbigniew Lewicki:
Z całą pewnością orzekanie o przyszłości czy kierunku polityki Donalda Trampa jest bardzo niebezpieczne, a na pewno bardzo trudne. W ogóle mówienie o przyszłości jest z definicji obarczone dużą dozą niepewności, a w przypadku Trumpa szczególnie, ponieważ mamy bardzo mało jego wypowiedzi, jego autorskich tekstów, dużo omówień, ale to są teksty komentatorów, a nie jego. Musimy poczekać trzy, może sześć miesięcy, żeby zobaczyć, w którym kierunku idzie jego myślenie, zarówno jeżeli chodzi o sprawy wewnętrzne, jak i zagraniczne. Teraz to jest wróżenie z fusów i właściwie nie mamy żadnego solidnego materiału do snucia przewidywań.

Ale możemy przewidywać, że będzie to zupełnie inna prezydentura w kwestii polityki międzynarodowej – bo ta nas bardziej interesuje – niż ta Baraka Obamy?
Trudno przewidzieć, czy będzie zupełnie inna, bo prezydentura Obamy też się zapowiadała na zupełnie inną niż wyszła. Nie jest łatwo zmienić politykę zagraniczną wielkiego mocarstwa, można zmienić akcenty, ale oczywiście całej polityki z dnia na dzień nie można. Dlatego wydaje mi się, że trzeba dać Donaldowi Trumpowi pewien margines wiary i zaufania, że nie będzie dokonywał żadnych działań, które z jednej strony napięłyby stosunki amerykańsko-rosyjskie, co nie jest w niczyim interesie, a z drugiej strony zbliżyłyby za bardzo Stany Zjednoczone do Moskwy, co też nie leży w interesie, szczególnie naszym. Liczmy, że on w tym przypadku zachowa się rozsądnie, niemniej wielu amerykańskich prezydentów ten błąd popełniało.

Reklama

Jak ocenia pan dobór współpracowników przez Trampa? Jednym z nich będzie Henry Kissinger, zwolennik Realpolitik.
Jeśli chodzi o doradców, tych najbliższych, czyli gabinet, bo w USA nie ma rządu, jest to niezwykle ciekawy dobór ludzi pochodzących z różnych środowisk – i biznesmena, i przedsiębiorcy, i finansiści, i kilka osób z administracji. Bardzo ciekawy zestaw, który – już dziś to widać, co jest bardzo ważne – jest samodzielny i niezależny. Było to widać po zeznaniach w Senacie, gdzie jego kandydaci nie powtarzali tego, co mówił prezydent, tylko wchodzili z nim w jakąś dysputę. To jest bardzo dobry znak, bo co komu po doradcach, którzy kiwają głową i mówią “tak, panie prezydencie”. To żadne doradzanie.

Henry Kissinger nie jest w składzie gabinetu, jest nieformalnym doradcą. Jest to pan o ogromnej wiedzy i doświadczeniu, ale mający też ponad 90 lat. Nie można się spodziewać, że będzie z pełną energią uczestniczył w planowaniu czy realizowaniu polityki amerykańskiej.

On oczywiście swego czasu bardzo ocieplił stosunki z Rosją, mówię tu o koncepcji détente, czyli polityki odprężenia, ale pamiętajmy, że to lata 70., czyli 40 lat temu. Od tej pory wszystko się zmieniło, myślę, że to jest symboliczne przygarnięcie osoby, która mocno kojarzy się z nurtem silnej partii republikańskiej za Nixona i częściowo Forda, ale na pewno nie będzie to osoba, która tworzyła będzie politykę zagraniczną.

Tramp jest też oskarżony o nepotyzm i wprowadzanie członków rodziny.
Prezydent ma prawo dobierać sobie, kogo chce, jeśli chodzi o Biały Dom, to nie są stanowiska podlegające zatwierdzeniu, to stanowiska poniekąd prywatnych doradców. Taki jest amerykański system. Na różne sposoby było to już czynione wcześniej. Pani Clinton blisko współpracowała z Bilem Clintonem, kiedy ten był prezydentem. Trump ma taką tendencję, że robi niekonwencjonalne rzeczy w sposób bardzo otwarty, żeby nie powiedzieć ostentacyjny, co trochę drażni ludzi. Zięć Trumpa Jared Kushner mogłyby być nieformalnym doradcą i nikt nie mógłby nic powiedzieć. Ale Trump mianował go formalnie na swego doradcę w Białym Domu do określonych zadań, szczególnie Bliskiego Wschodu, to bardzo ważne zadanie, i ma do tego prawo.

Panie profesorze, mam wrażenie, że jest pan optymistą, jeżeli chodzi o prezydenturę Trumpa.
Powiem tak. Nie jestem pesymistą, nie widzę podstaw, żeby orzekać w tej chwili, co będzie w przyszłości, bo mamy za mało informacji, a skoro tak, to nie widzę powodu, żeby z góry mówić: będzie źle, będzie fatalnie. Moim zdaniem, powinniśmy, tak jak w każdym innym przypadku,  oceniać polityka po tym, czego dokonał. Trump nie ma doświadczenia w administracji, ale ma ogromne doświadczenie w zarządzaniu dużymi firmami. Będzie się musiał na pewno zmienić w tym sensie, żeby przyzwyczaić się do tego, że nie wydaje rozkazów, tylko musi słuchać innych i ich namawiać, a tego w swoich firmach nie robił, wiemy, że działał na zasadzie rozkazów. Tego się uczył również swego czasu prezydent Eisenhower, który był generałem, który też myślał, że jak wyda rozkaz, to wszyscy natychmiast go wykonają. W Białym Domu to tak nie działa i to będzie trudna nauka dla Trumpa, ale to na tyle inteligentny człowiek, że mam nadzieję, że sobie z tym poradzi.

Polska też nie powinna obawiać się tej prezydentury? Mimo jego wypowiedzi o niechęci do NATO?
Trump nigdy nie powiedział nic takiego. Powiedział, że NATO jest przestarzałe, że nie jest sobie w stanie poradzić ze współczesnymi zagrożeniami typu terroryzm. To żadne odkrycie. Od kilkunastu lat wszyscy mówimy, że NATO jest przestarzałe. To organizacja, która straciła poniekąd rację bytu w związku z końcem zimnej wojny, ale gdyby teraz NATO rozwiązać, byłby to zły sygnał. Trump nic nowego nie mówi, zresztą w tej samej wypowiedzi powiedział, że na pewno będzie zważał na potrzeby bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej. Jednoznacznie to powiedział w tym samym wywiadzie, więc nie ma podstaw obawiać się, że jest jakoś negatywnie nastawiony do naszej części świata.


pap-malyZdjęcie główne: PAP/EPA/KEVIN DIETSCH / POOL

Reklama