Reklama

Trzymam kciuki, aby udało się teraz, bo ta zmiana jest potrzebna, tylko nie w taki sposób, jak to zostało przedstawione i zapowiedziane – ocenia dla nas ustawę o obronie ojczyzny gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. I dodaje: – Nie ma głosów ekspertów, nie odbyła się żadna debata publiczna nad projektem zmian. Nie myślę nawet o środowisku ekspertów, w którym ja się obracam, ale sądzę, że środowisko eksperckie bliskie rządowi także nie było w to zaangażowane. Tak się nie przygotowuje tego typu decyzji ogólnopaństwowych

JUSTYNA KOĆ: Ustawa o obronie ojczyzny, której ogólne założenia przestawił dziś wicepremier Kaczyński i minister Błaszczak, ma zastąpić kilkanaście aktów prawnych o obronności, w tym ustawę z 1967 roku. Czy to jest potrzebne?

GEN. STANISŁAW KOZIEJ: Moim zdaniem tak, ponieważ mamy bardzo rozproszone prawodawstwo obronne, ono jest zawarte w mnóstwie różnych dokumentów i gdyby udało się je zintegrować na poziomie ustawowym, to byłoby bardzo dobrze.

Tylko że to jest zadanie bardzo trudne. W latach 90., gdy służyłem w MON i kierowałem departamentem systemu obronnego, który spajał myślenie o obronności w państwie, razem ze sztabem generalnym próbowaliśmy przygotować zintegrowane myślenie obronne i znowelizować m.in. ustawę z 1967 roku. Chcieliśmy zamienić ją dwoma ustawami o obronności i o wojsku. Nie udało się nam, mimo szerokich uzgodnień i wielomiesięcznej ciężkiej pracy. Trzymam kciuki, aby udało się teraz, bo ta zmiana jest potrzebna, tylko nie w taki sposób, jak to zostało przedstawione i zapowiedziane.

Reklama

Po pierwsze to nie może być przygotowywane w zaciszu, w ramach jednego komitetu, podejrzewam, że nawet nie cały rząd się tym zajmował, tylko ci ministrowie, którzy są w składzie komitetu bezpieczeństwa, nie mówiąc już o tym, że to powinno być uzgadniane z prezydentem i Biurem Bezpieczeństwa Narodowego.

To powinny być także ustalenia ponadpartyjne, bo to zbyt ważne, wręcz fundamentalne dla kraju sprawy. Sprawy obronności państwa muszą mieć akceptację ponadpartyjną, bo przecież będą obowiązywać przez wiele lat. Zatem to pierwszy fundamentalny metodyczny błąd, który będzie rzutować na procedurę przyjmowania. Podejrzewam, że nawet nie uda się jej przeprowadzić.

Jaką zatem będzie miała wartość ta ustawa po wyborach, jeżeli zmieni się rządząca koalicja?
No właśnie, a ponieważ to jest mocno złożona materia, zawierająca mnóstwo wątków, to podejrzewam, że wśród samej koalicji rządzącej będą różne punkty widzenia.

Nie ma głosów ekspertów, nie odbyła się żadna debata publiczna nad projektem zmian. Nie myślę nawet o środowisku ekspertów, w którym ja się obracam, ale sądzę, że środowisko eksperckie bliskie rządowi także nie było w to zaangażowane. Tak się nie przygotowuje tego typu decyzji ogólnopaństwowych.

Oprócz chęci uporządkowania przepisów wicepremier Kaczyński tłumaczył, że trzeba się zająć tą sprawą, ponieważ mamy wojnę hybrydową, prowokacje i imperialne ambicje Rosji.
To wszystko prawda, wicepremier nie odkrył tu Ameryki i nie powiedział nic nowego, co np. uzasadniałoby szczególną procedurę prac nad tą ustawą. To, że istnieje zagrożenie dla nas jako kraju granicznego NATO i UE, wiemy od dawna, jest to też zapisane w dokumentach strategicznych bezpieczeństwa narodowego czy w dyrektywach.

Prawdą jest, że jesteśmy w trudnym położeniu państwa granicznego, że jesteśmy w trudnej sytuacji geopolitycznej w wymiarze światowym, bo Ameryka coraz mocniej angażuje się w Azji itd. i

zwiększanie potencjału obronnego państwa i doskonalenie tego potencjału jest życiowo ważne dla państwa polskiego.

Od ogółu do szczegółu – cele, które naświetlili nam panowie ministrowie, to 250 tys. zawodowych żołnierzy i 50 tys. WOT. Ma się to wiązać z nowym systemem zachęt. Dobry pomysł?
Przyznam, że ciągle jestem rozczarowany filozofią myślenia obecnego obozu władzy o wojsku w kategoriach ilościowych, tj. liczby żołnierzy. Jeżeli tylko wychodzi minister obrony albo ktokolwiek inny, to ciągle mówi o tej liczebności.

Ta zmiana da nam łącznie 300 tys. żołnierzy, czyli ponad dwa razy tyle, co dzisiaj. To, co mnie tknęło w prezentacji ustawy, to pewna niezgodność między tą deklaracją o zwiększaniu liczebności sił zbrojnych (a dodajmy, że wicepremier powiedział, że zwiększamy potencjał armii nie o 20, 50 czy nawet o 100 proc., tylko wielokrotnie więcej), a ich finansowaniem. Jeśli traktujemy te słowa jako poważne założenie i wyzwanie ustawowe, to powinniśmy z takim samym konkretem pokazać finansowanie tego zadania. W prezentacji usłyszeliśmy tylko, że dzięki premierowi zwiększymy na pewno te pieniądze, więc „nie bój się narodzie”.

Jakie to koszta?
Rozumiem, że w takiej sytuacji budżet MON zostanie zwiększony przynajmniej dwukrotnie. Dziś mamy 2,2-proc. udział w PKB, przewidywany jest wzrost do 3 proc., ale to nijak nie odpowiada dwukrotnemu zwiększeniu budżetu. Zatem jeżeli armię powiększymy dwukrotnie, a finansowanie tylko o 50 proc., to ta armia musi być jakościowo gorsza. Jeżeli chcemy przyśpieszać i doganiać jakościowo armie naszych sojuszników, to ten budżet powinien być większy niż 4 proc. PKB.

Czy stać nas, aby wydawać np. 5 proc. PKB na wojsko – niestety w to wątpię, nikt tego nie zaakceptuje, nie wytrzyma też tego polska gospodarka. Na pewno żołnierze, którzy będą w armii, woleliby służyć w armii jakościowo dobrej, a nie w armii dużej.

Jeżeli zatem spojrzymy na tę kwestię nawet z punktu widzenia czysto politycznej kalkulacji obozu władzy przyciągnięcia do siebie żołnierzy, to też nie sądzę, aby taka ilościowa filozofia przyszłej armii specjalnie podziałała.

Minister Błaszczak mówił, że będzie nowy system finansowania i nowe źródła.
Rozumiem, że pozabudżetowe. Nie jestem finansistą ani ekonomistą, więc tu wolę się nie wypowiadać, ale słyszałem wypowiedzi ekspertów, którzy krytykują ten sposób zarządzania finansami państwa, finansowanymi spoza budżetu. Takie finansowanie rodzi ryzyko manipulacji, bo dziś jest, ale jutro może już nie być. Armia jest najbardziej „państwową z państwowych” struktur każdego państwa i powinna być finansowana z budżetu, a nie spoza budżetu.

Pojawiały się plotki, że będzie przywrócona obowiązkowa służba wojskowa, ale nie będzie. Popiera pan tę decyzję?
Jak najbardziej i jestem zadowolony, że rząd także jest w tym konsekwentny, że utrzymujemy armię zawodową. Tu od razu

pochwalę to rozwiązanie, które dotyczy dobrowolnej służby wojskowej dla osób, które chcą odbyć roczne szkolenie wojskowe.

To dobre rozwiązanie dające możliwość odbycia zasadniczej służby wojskowej, jednocześnie z korzyściami płynącymi dla tych chętnych, którzy mają miesiąc przygotowania i 11 miesięcy służby zasadniczej jako szeregowi, ale potem dostaną możliwość łatwiejszego przejścia do służby zawodowej. Pozytywnie oceniam także dostrzeżenie problemu utrzymywania rezerw dla sił zbrojnych.

Kolejna kwestia to zarządzanie kryzysowe, które zostanie podporządkowane WOT. Proszę o wytłumaczenie, na czym ta zmiana ma polegać, potem o ocenę.
To oznacza, de facto, likwidację wojewódzkich sztabów wojskowych i przejęcie ich zadań przez WOT. Ze sztabów mają pozostać tylko centra rekrutacyjne, natomiast wszystkie inne zadania, a jest ich niemało, bo sztaby wojewódzkie to takie, tłumacząc obrazowo, ministerstwa obrony narodowej województw, mają przejść pod WOT.

Moim zdaniem to jest rozwiązanie kontrowersyjne. Nie przekreślam go zupełnie, ale budzi sporo obaw. Po pierwsze dowódcy brygad WOT przejmą rolę organów administracji wojskowej w terenie. Zatem oni przestają już być zwykłymi dowódcami jednostki wojskowej, która w razie wojny strzela, walczy i wykonuje zadania bojowe, a stają się organem administracji wojskowej ministra obrony narodowej w terenie. Nie wiem, czy to jest dobre rozwiązanie, aby wojskowy z WOT pełnił tę rolę. Co prawda obecnie szef wojewódzkiego sztabu wojskowego też jest żołnierzem i też taką rolę do tej pory pełnił, ale jednak sztab był traktowany jako organ administracji wojskowej, a nie organ dowodzenia. Takie

połączenie dowodzenia wojskowego z administracją wojskową budzi moje wątpliwości.

Po drugie, jak minister Błaszczak podkreślał kilkukrotnie, dowódcy brygad WOT przejmą odpowiedzialność za wojewódzkie zarządzanie kryzysowe. To niestety dalszy ciąg błędu, który towarzyszył tworzeniu WOT od samego początku. Zadań zarządzania kryzysowego, co jest oczywiste, przybywa – mówię o zadaniach kryzysowych, a nie militarnych, bo to spora różnica.

Oczywiście państwo musi się jakoś przeciwstawiać czy zabezpieczyć przed zagrożeniami kryzysowymi, tylko że Polska nie wzmacnia sił, które są przewidziane do tego typu zadań, jak policja, straż graniczna, straż pożarna, służby ratownicze itp. Logika wskazuje, że należałoby inwestować w rozwój ilościowy i modernizację techniczną tych formacji. Niestety my w Polsce powołujemy do tego żołnierzy, czyli kierujemy do tych zadań człowieka, który nosi karabin. Tworzenie WOT jako formacji wojskowej, uzbrojonej do wykonywania zadań zarządzania kryzysowego, jest błędną filozofią. Uważam, że to marnotrawienie funduszy z punktu widzenia całego budżetu państwa.

Jeśli służby reagowania kryzysowego sobie nie radzą w jakiejś sytuacji, zawsze może przychodzić z pomocą wojsko, ale to robią także wszyscy żołnierze wojsk operacyjnych i nie ma sensu specjalne tworzenie do tego jednostek wojskowych.

Dodajmy też tutaj, że to, czego zabrakło w prezentacji tej ustawy, to obrona cywilna, która jest w zupełnej zapaści. Szkoda, że rządzący nic z tym nie robią, tylko zakładają chyba, że WOT będą zastępować obronę cywilną. Zupełne pomylenie z poplątaniem i nie wiem, dlaczego minister obrony bierze tak chętnie na siebie zadania niezbrojne.

Jak ocenia pan działania rządu i Służby Granicznej na granicy z Białorusią?
Jak mówił minister, mamy już tam 10 tys. żołnierzy, a to bardzo dużo wojska, ale wydaje mi się, że dzisiejsze problemy to konsekwencja złego rozegrania tej sprawy. Od samego początku powinniśmy ten kryzys umiędzynarodowić.

Gdy pierwsza grupa imigrantów znajdowała się w Usnarzu, trzeba było ich wpuścić, a granicę zamknąć, mocno wzmocnić, zapewne już wtedy wysyłając poważne wsparcie wojskowe. Może wówczas trzeba już było wysłać 10 tys. żołnierzy, aby nikt tamtędy nie przechodził. Wówczas nie bralibyśmy na siebie współodpowiedzialności za dramat ludzi na granicy z Łukaszenką.

Dzisiaj w świecie będzie się coraz bardziej utrwalała opinia, że to my razem z Białorusią jesteśmy odpowiedzialni za ten dramat humanitarny na granicy.

Tym bardziej będziemy o to posądzani, bo nie dopuszczamy opinii publicznej, mediów, obserwatorów, organizacji pozarządowych itd. Nasz największy błąd polityczno-strategiczny, jaki rząd popełnił, to izolacja, a wręcz „polonizacja” tego kryzysu. Rząd powinien go z całą mocą umiędzynarodawiać, ściągać CNN, BBC, Frontex, może komisję PE, Czerwony Krzyż i wszystkich możliwych obserwatorów. Wówczas moglibyśmy pokazać, że to Łukaszenka jest agresorem, że my tylko się bronimy.

Niestety rząd popełnił fundamentalny błąd i zamknął ten kryzys. Dziś będzie bardzo trudno z tego wybrnąć. Dobrze, że rząd zaczął trochę odpuszczać i pozwolił pojechać na granicę RPO, dopuszczane są do uchodźców organizacje medyków, ale to znowu tylko reagowanie na sytuację, która, de facto, wymusza takie zachowanie. Po prostu inaczej już nie można. Bardzo ubolewam, że ten rząd nie potrafi przewidywać rozwoju sytuacji i jej konsekwencji samemu zawczasu, wyprzedzająco podejmować odpowiednie działania, tylko reaguje, kiedy już nie ma wyboru, ale oczywiście wtedy jest za późno. Apeluję, aby ten kryzys umiędzynarodawiać nawet teraz, bo aura pogodowa jest coraz gorsza i tych dramatów na granicy będzie coraz więcej.


Zdjęcie główne: Stanisław Koziej, Fot. Flickr/Piotr Maciążek, licencja Creative Commons

Reklama