Reklama

To jest strategia na zastraszenie społeczeństwa, nie tylko tych, którzy wychodzą i protestują, ale też tych, którzy zastanawiają się, czy do tych protestów się przyłączyć. To świadome działanie, aby podnieść koszty uczestnictwa w protestach, a przez to próba zmniejszenia skali protestów. Ich skala przeraża władzę, a im mniej protestujących, tym łatwiej się z nimi rozprawić – ocenia dla nas głęboki kryzys w Polsce po wyroku Trybunału Przyłębskiej nt. aborcji dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Pytamy o możliwe scenariusze, przyczyny, a także o Ogólnopolski Strajk Kobiet, który głośno mówi o swoich postulatach. – Do tej pory jednych bolało bardziej to, co się stało z TK i SN, drugich nagonka na LGBT. Strajk Kobiet te kwestie połączył i opozycja powinna wyciągnąć z tego wnioski. Być może powinna mówić innym językiem, bo od polityków wymaga się czegoś innego, niż od liderów ruchów protestu, ale sama treść postulatów powinna stać się abecadłem opozycji – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: W sondażu dla „GW” PiS notuje drastyczny spadek poparcia. Ma 26 proc. KO notuje wynik 24 proc., Hołownia 18 proc. Konfederacja 8 proc., a PSL 3. Dodajmy, że trend spadkowy towarzyszy PiS przynajmniej od września. Zaczął się koniec PiS-u?

DR JACEK KUCHARCZYK: To naprawdę sensacyjny wynik, pokazujący głęboki kryzys rządów Kaczyńskiego. Nie pamiętam drugiego tak szybkiego spadku poparcie dla tej władzy. Dotychczas masowe protesty (np. w obronie Sądu Najwyższego) nie osłabiały poparcia dla PiS.

Nic dziwnego, że władza panikuje.

Wicepremier Kaczyński oskarża opozycję o inicjowanie protestów, wcześniej w dziwnym orędziu mówił o ataku na Polskę, wzywa partyjnych działaczy do obrony kościołów. Dokąd zmierzamy?
Wtorkowe orędzie Kaczyńskiego oraz jego środowy występ w Sejmie stanowią kolejne etapy postępującej faszyzacji życia publicznego w Polsce. Człowiek, który kontroluje wszystkie resorty siłowe, nawołuje bojówkarzy do rozprawy z osobami protestującymi przeciwko działaniom rządu i grozi więzieniem opozycji. To nie mieści się w żaden sposób w nawet najluźniej pojmowanych kanonach europejskiej demokracji.

Reklama

To, co robi Kaczyński, to całkowite porzucenie pozorów demokratycznego sprawowania władzy. Mówienie, że Kościół jest w niebezpieczeństwie i trzeba go bronić, szczucie na protestujące kobiety to metoda rządzenia przypominająca podpalanie Reichstagu. Wówczas rozprawa z przeciwnikami władzy nastąpiła w obronie narodu niemieckiego, teraz Kaczyński wzywa do obrony narodu polskiego.

To straszny moment i tak nieciekawej historii politycznej Polski ostatnich lat. Ważne, jak wszyscy się do tego odniesiemy i co z tym dalej robić.

Kaczyński mówi o tym, że protestujący stwarzają „zagrożenie powszechne”, a to poważne przestępstwo.
Oczywiście to narracja, którą znamy z innych krajów rządzonych przez autorytarnych populistów czy władze autorytarne, które spektakularnie nie radzą sobie z zarządzaniem sytuacją pandemiczną i szukają kozłów ofiarnych. Jednak to, co robi Kaczyński, to przejście na wyższy poziom. O ile wyrok TK i wrzucenie tematyki aborcji w trudnych dla rządu czasach można uznać za próbę odwracania uwagi od sytuacji służby zdrowia i różnych afer korupcyjnych w obozie władzy, to w tej chwili mamy do czynienia  z podniesieniem poprzeczki konfliktu. To jednak coś nowego, to już nie jest szukanie tematów zastępczych.

Kolejna granica została przekroczona przez naszego dyktatora, bo można w tej chwili już chyba tak powiedzieć o Kaczyńskim.

Czy prezes zdaje sobie sprawę, co się dzieje na ulicach, jaki jest opór społeczny i chce wojny domowej, czy tak naprawdę już nie jest świadomy z racji wieku, odcięcia od prawdziwej informacji itd.?
To jest strategia na zastraszenie społeczeństwa, nie tylko tych, którzy wychodzą i protestują, ale też tych, którzy zastanawiają się, czy do tych protestów się przyłączyć. To świadome działanie, aby podnieść koszty uczestnictwa w protestach, a przez to próba zmniejszenia skali protestów. Ich skala przeraża władzę, a im mniej protestujących, tym łatwiej się z nimi rozprawić.

Najpierw trzeba społeczeństwo podzielić, potem zastraszyć. Ta metoda do tej pory Kaczyńskiemu nieźle wychodziła, przez ostatnie 5 lat wydawało się już kilka razy, że tego, co robi rząd, społeczeństwo „nie łyknie”, ale jednak część dawała się ciągle nabrać na propagandę władzy. Teraz Kaczyński znowu sięga po sprawdzone metody, tym bardziej, im silniejszy jest opór społeczny. Kaczyński ma instrumenty w postaci kiboli albo „armii Boga”, których łatwo wysłać, a potem nie brać za to odpowiedzialności.

To także działanie niczym z podręcznika autorytarnego przywódcy, że do agresywnych, łamiących prawo działań nie wysyła się regularnych sił porządkowych, tylko jakieś nieoznaczone bojówki.

Zielone ludziki?
Tak, a za komuny to byli ormowcy albo straże robotnicze, które tłukły studentów w 1968, to metoda z tego samego tool box, jak mówią Anglicy, czyli „skrzynki z narzędziami” autorytarnych przywódców.

Po co Kaczyńskiemu teraz była ta uchwała TK w krytycznym momencie pandemii?
Ten ruch z TK był próbą ucieczki przed odpowiedzialnością polityczną PiS. Od 2015 roku PiS znajduje się po presją Kościoła katolickiego, który w zamian za poparcie polityczne, którego konsekwentnie udziela tej władzy, chce dostać różne rzeczy w zamian. Zaostrzenie ustawy aborcyjnej byłoby jedną z form spłaty długu wobec biskupów. Były już próby przeprowadzenia tego przez parlament, ale protest kobiet, słynne czarne parasolki, spowodował, że PiS się z tego wycofał. Teraz Kaczyński mógł uznać, że to dobry moment, bo jest po wyborach, jest pandemia i tych, którzy zaprotestują, będzie można oskarżyć o naruszanie przepisów antypandemicznych.

Jednocześnie pojawiła się nowa okoliczność, to znaczy presja ze strony Ziobry, który podgrzewa krucjatę ideologiczną na prawicy i trzeba go było jakoś zneutralizować.

Kaczyński robi to przejmując od niego te radykalne hasła. Pewnie w momencie, kiedy ustawa była wysyłana do TK, wydawało mu się to dobrym pomysłem. Oczywiście Trybunał mógł trzymać tę ustawę w zamrażarce jeszcze długo i nikt nie wierzy, że wyjęcie jej akurat teraz to decyzja pani prezes bez zgody Kaczyńskiego.

Prezes uznał, że teraz jest dobry moment, bo targi w koalicji, presja Kościoła i pandemia łącznie sprawiły, że chciał tę sprawę załatwić. Podejrzewam, że myślał, że orzeczenie TK zakończy sprawę, biskupi podziękują, garstka feministek wyjdzie przed TK i pokrzyczy. Oskarżanie protestujących o to, że są źródłem zagrożeń, to raczej wtórna reakcja na skalę protestów.

Nie sadzę też, że przekonywanie społeczeństwa, że to protestujący roznoszą pandemię, podziała, bo wszyscy wiedzą, że kryzys był zanim zaczęły się protesty. Wszyscy wiemy, że to premier najpierw ogłaszał, że pandemia się skończyła, a jeszcze zanim protesty się rozpoczęły mieliśmy ponad 10 tys. zachorowań dziennie.

Nie sadzę też, aby to straszenie lewicowym faszyzmem odniosło taki skutek jak wcześniej straszenie LGBT czy uchodźcami przed wyborami europejskimi. Sadzę, że teraz sytuacja jest inna.

Czy zostanie wprowadzony stan nadzwyczajny?
To rozwiązanie, które jest zapewne rozważane przez Kaczyńskiego, bo pozwoliłoby zalegitymizować, przynajmniej formalnie, represyjne działania ze strony władzy. Opozycja powinna się na taki scenariusz poważnie przygotowywać, bo od tej strategii będzie wiele zależeć w tym niezwykle niebezpiecznym momencie.

Prezydent Duda przebywając na kwarantannie długo milczał, a Pałac tłumaczył, że to dlatego, że prezydent nie ma możliwości połączenia się.
Choroba prezydencka ma wszelkie znamiona „choroby dyplomatycznej”. Biorąc pod uwagę poziom dezinformacji ze strony obozu władzy, nie jestem pewien, czy prezydent faktycznie jest chory, czy wygodniej mu było ogłosić, że jest chory. To ogłaszanie przez kolejnych członków gabinetu czy szerzej, ludzi władzy, że mają koronawirusa, wydaje się dość wygodnym sposobem schowania się przed opinią publiczną.

Być może prezydent postanowił nie brać odpowiedzialności za to, co się dzieje, i schować się przed gniewem społecznym.

os zabrała Kinga Duda, doradczyni głowy państwa. „Wierzę, że zgodnie z moimi osobistymi przekonaniami, ja nie zdecydowałabym się na przerwanie ciąży. Nie uważam jednak, że inne kobiety mają myśleć i działać w taki sam sposób jak ja. Każdy człowiek ma wolną wolę. Nie mogę zatem pogodzić się z konsekwencjami, jakie niesie ze sobą wyrok TK” – napisała Kinga Duda. Zaraz potem w telewizji w podobnym duchu wypowiedział się jej ojciec i Pierwsza Dama.
Wygląda na to, że stratedzy z Pałacu Namiestnikowskiego wymyślili sposób, w jaki Andrzej Duda „może zjeść ciastko i je mieć”. Prezydent długo milczy pod pretekstem wirusa, a w końcu razem z żoną i córką odcina się od wyroku TK. W obecnej sytuacji niewiele z tego wynika poza poczuciem, że prezydent umywa ręce i chce, żeby to Kaczyński posprzątał ten cały bałagan. Zresztą, o ile pamiętam, Duda wcześniej deklarował, że podpisałby sejmową ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne.

Prymas, w przeciwieństwie do wicepremiera, nawołuje do spokoju i deeskalacji. Mówi, aby pamiętać przede wszystkim o miłości bliźniego.
Te pojednawcze deklaracje ze strony prymasa są w tej chwili nic niewarte, szczególnie wobec tego, że jeszcze kilka dni wcześniej hierarchowie dziękowali za orzeczenie Trybunałowi. Kościół cały czas parł do tego wyroku i ponosi pełną odpowiedzialność za to, co się dzieje.

To, że protestujący wskazują zarówno na PiS, jak i hierarchów Kościoła jako odpowiedzialnych za kryzys, jest jak najbardziej uzasadnione.

Skoro nie Kościół, skoro nie prezydent, to kto może spełnić w rolę mediatora, rozjemcy?
Ta władza nie chce mediacji, może się co najwyżej cofnąć pod presją. Kościół jest tu stroną w sporze, więc nie sadzę, aby mógł powtórzyć ten gest z 1989 roku, gdzie był gwarantem rozmów Okrągłego Stołu. Zresztą sam Okrągły Stół ta władza uważa za zdradę.

Jedyne, co może robić opozycja, to utrzymywać ostry kurs i krytykę władzy, cieszyć się ze wszystkich ustępstw, ale nie uważać, że jakiekolwiek ustępstwo załatwia sprawę. Moim zdaniem zresztą to, co zrobił TK, pogrzebało tak zwany „kompromis aborcyjny”, a postulat powrotu do niego nie jest realistyczny ani pożądany. Ten kompromis został rozbity przez PiS i Kościół i nie nie da się go posklejać. Po stronie opozycji powinien się ukształtować nowy konsensów i odpowiedzialność spoczywa na tej części opozycji, którą byśmy nazwali liberalnymi konserwatystami, a więc głównym nurtem KO. Oni słusznie potępiają działania TK i władzy, ale powinni przestać mówić, że powrót do status quo ante jest dobrym rozwiązaniem. Potrzebna jest fundamentalna zmiana myślenia opozycji o prawach reprodukcyjnych. Zresztą

powrót do tego tzw. kompromisu nie jest czymś, co by uspokoiło nastroje społeczne.

Strajk Kobiet głosi radykalne postulaty – dymisja rządu, świeckie państwo, niezależny TK i SN, dostęp do aborcji itd. Jak pan to ocenia, czy nie powinny być bardziej miękkie?
Rolą ruchów protestacyjnych jest stawianie radykalnych postulatów, takich, które niekoniecznie na dziś można zrealizować. Jeżeli przeczytamy uważnie te postulaty i nie będziemy się przejmować formą słowną, która jest uzasadniona w obecnych warunkach, to można je streścić jako postulat przywrócenia prawdziwej demokracji w Polsce i rozliczenia winnych jej niszczenia. W tym oczywiście Kościoła, bo jeżeli chodzi o jego pozycję, to nawet przed 2015 rokiem była ona również niekompatybilna z zasadami pluralistycznej demokracji. Dlatego nie nazywałbym tych postulatów radykalnymi. One oczywiście zebrane w jedno miejsce brzmią radykalnie, bo łączą dwa nurty opozycji w jedno: nurt sprzeciwu wobec rozwalania instytucji demokratycznego państwa prawa, jak TK czy SN, i postulat obrony praw pewnych grup, takich jak mniejszości seksualne, a przede wszystkim praw praw kobiet, które ta władza systematycznie podważa.

Do tej pory jednych bolało bardziej to, co się stało z TK i SN, drugich nagonka na LGBT. Strajk Kobiet te kwestie połączył i opozycja powinna wyciągnąć z tego wnioski.

Być może powinna mówić innym językiem, bo od polityków wymaga się czegoś innego, niż od liderów ruchów protestu, ale sama treść postulatów powinna stać się abecadłem opozycji.


Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Reklama