Reklama

Fakt, że prezydent Duda ostentacyjnie złamał zachodni dyplomatyczny bojkot olimpiady w Pekinie po raz kolejny każe sobie zadać pytanie, czy PiS chce należeć do Zachodu, czy chce współpracować z jego przeciwnikami. Czy woli rozmawiać z Komisją Europejską i NATO o obronie Ukrainy przed Putinem, czy woli rozmawiać z Marine Le Pen na temat oddania Ukrainy Putinowi i wspólnego osłabiania Unii Europejskiej i NATO, które Ukrainę wspierają. Czy Kaczyński, Morawiecki, Duda… chcą razem z Komisją Europejską bronić Ukrainy, czy chcą razem z Marine Le Pen oddawać Ukrainę Putinowi? – pisze Cezary Michalski

Polityka i fikcja

Po zapowiedzianej wcześniej przez Kaczyńskiego dymisji ministra finansów Morawiecki stał się już definitywnie premierem-wydmuszką. Pozbawianie go wpływu rozpoczęło się na długo przed katastrofą „Polskiego ładu”, a przyspieszyło jeszcze pod koniec ubiegłego roku, kiedy najpierw Kaczyński pozbawił premiera kontroli nad PKO BP, największym bankiem w Polsce, który władzy PiS służy – jak inne spółki Skarbu Państwa – do finansowania własnych przedsięwzięć i własnych ludzi. Morawiecki w różnych konfiguracjach personalnych kontrolował ten bank praktycznie od 2015 roku, od czasu przejęcia władzy przez PiS. Jesienią ubiegłego roku to prywatne księstwo zostało mu odebrane.

Po utracie PKO BP Morawiecki stracił na rzecz Sasina stanowisko szefa Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Potem stracił jednego z wiceministrów finansów, teraz traci całe ministerstwo.

Za każdym razem Morawiecki próbował wrócić do łask prezesa jedyną znaną mu drogą, publicznym obrażaniem Tuska, ale nic to nie dało.

Kaczyński konsekwentnie robi z Morawieckiego wydmuszkę, ale póki co trochę nie ma go kim zastąpić. Rosnący w siłę kosztem słabnącego premiera Jacek Sasin jest znany jako „pan porażka” albo „odwrócony Midas”. Faktycznie, wszystko, czego dotknie, zmienia w zupełną odwrotność złota. Sasin ma w swoim dorobku m.in. katastrofę „wyborów kopertowych”, za których organizację on właśnie w rządzie odpowiadał. Stracono na nie 70 milionów złotych. Kaczyński, Morawiecki, Duda… byli gotowi złamać dla ich przeprowadzenia polską konstytucję i prawo, ale Sasin, mimo że szastał milionami, nie był w stanie zdążyć z ich organizacją.

Reklama

Wcześniej katastrofą był jego pomysł na zmianę granic Warszawy. Teraz katastrofą jest patronat Sasina nad przejęciem przez Obajtka całego polskiego sektora paliwowego za cenę oddania węgierskiej firmie (powiązanej ściśle z Rosjanami) ważnej części Lotosu. Czyli wpuszczenie tylnymi drzwiami Putina na najbardziej wrażliwy i kluczowy dla naszego bezpieczeństwa polski rynek paliwowy.

To są jedne z wielu „sukcesów” Sasina, o których zresztą powszechnie wiadomo. Wiedzą o nich nawet średniego szczebla PiS-owcy. Zatem Jacek Sasin jest używany przez Kaczyńskiego do karania, upokarzania i osłabiania Morawieckiego, ale nie bardzo nadaje się na jego następcę. Prawdopodobnie Kaczyński jeszcze jakiś czas zostawi Morawieckiego jako wydmuszkę.

Morawiecki będzie „negocjował” z Marine Le Pen, będzie odbywał inne tego typu fikcyjne misje, najlepiej w Europie, gdzie nie natrafia na Sasina czy Ziobrę. Nawet jeśli później jakiekolwiek efekty jego rozmów (np. w Brukseli), będą w kraju przez Sasina i Ziobrę torpedowane.

Po raz kolejny możemy się przy tej okazji przekonać, że pomysły Kaczyńskiego na zmiany w rządzie – także w Ministerstwie Finansów – nie wynikają z jakiejkolwiek wizji polskiego państwa, z jakiegokolwiek pomysłu na lepsze działanie polskiej gospodarki i polskich finansów. To jest mieszanie w PiS-owskiej zupie tak, aby tylko Kaczyński miał w obozie władzy jakąkolwiek pozycję, siłę, autorytet.

Skala zamieszania przy „Lex Kaczyński” pokazuje jednak, że nawet ten program minimum prezesowi PiS nie wychodzi. Nawet bowiem późniejsze zwycięstwo prawicy w głosowaniu nad wprowadzeniem do Trybunału Konstytucyjnego najbardziej dyspozycyjnego i najbardziej pogardzającego prawem prokuratora od Zbigniewa Ziobry, czyli  Bogdana Święczkowskiego, było raczej zwycięstwem samego Ziobry, który pokazał swoją zdolność dogadywania się z Konfederacją, zanim jeszcze obie strony staną się oficjalnymi koalicjantami. To zwycięstwo było jednak w tym samym stopniu zwycięstwem prawicy nad opozycją, co zwycięstwem Ziobry nad Kaczyńskim.

Dyplomacja prezydenta Dudy

Prezydent Andrzej Duda pojechał do Pekinu spotkać się z Xi Jinpingiem, pierwszym sekretarzem chińskiej partii komunistycznej i prezydentem Chin. Zrobił to w momencie, kiedy kraje demokratycznego Zachodu (od USA po Australię, od państw Europy Zachodniej po naszych sąsiadów z krajów bałtyckich), przyłączyli się do bojkotu dyplomatycznego olimpiady.

Chodzi o to, aby nie zablokować igrzysk jako sportowego święta, ale żeby rządząca Chinami partia komunistyczna nie mogła zbić na olimpiadzie kapitału politycznego, tak jak partia rządząca Trzecią Rzeszą zbiła polityczny i propagandowy kapitał na olimpiadzie w Berlinie w 1936.

Żeby nie nagradzać ponad potrzebę kraju, w którym są obozy koncentracyjne, który likwiduje mniejszości etniczne i religijne, który morduje Ujgurów, ale także represjonuje i zamyka do obozów chińskich katolików. Żeby Chińczycy nie oglądali parady zachodnich przywódców płaszczących się przed ich samowładcą. Niestety, Andrzej Duda przyjechał się płaszczyć. W towarzystwie prezydentów i premierów państw afrykańskich i południowoamerykańskich, gdzie Chińczycy zbudowali już swoje finansowo-militarne przyczółki.

Fakt, że prezydent Duda ostentacyjnie złamał zachodni dyplomatyczny bojkot olimpiady w Pekinie po raz kolejny każe sobie zadać pytanie, czy PiS chce należeć do Zachodu, czy chce współpracować z jego przeciwnikami. To zresztą nie tylko kwestia podstawowej solidarności światowych demokracji, ale także kwestia żywotnych interesów Polski. Tuż przed rozpoczęciem olimpiady Xi spotkał się z Putinem i w apogeum kryzysu wokół Ukrainy poparł antynatowskie żądania i ataki prezydenta Rosji (także jego żądania wycofania żołnierzy i instalacji NATO z Europy Wschodniej, a zatem i z Polski).

Prezydent Duda jadąc do Pekinu, kiedy nie jadą tam zachodni i regionalni liderzy, wybiera sobie takiego antyzachodniego rozmówcę, wybiera sobie takich antyzachodnich sojuszników. Jeśli w dodatku jednocześnie słyszymy (i to m.in. od premiera), że gdyby z powodu niszczenia w Polsce przez PiS praworządności nie dotarły do nas unijne pieniądze, prawicowy rząd pożyczy pieniądze od Chin – to już jest czerwone światło ostrzegawcze. Czy Kaczyński i jego ludzie są jeszcze po stronie demokracji, czy po stronie jej przeciwników?

Inny najbliższy sojusznik Kaczyńskiego, Orbán, w apogeum ukraińskiego kryzysu odwiedził w Moskwie Putina. I bez słowa sprzeciwu wysłuchał jego oskarżeń pod adresem NATO, a także i Polski.

Politycy Fideszu po raz kolejny dali przy tej okazji do zrozumienia, że w razie rozpadu Ukrainy po ewentualnym ataku Putina oni sami będą próbowali zbudować kapitał polityczny na jakiejś formie przyłączenia do Węgier części Ukrainy zamieszkanej przez mniejszość węgierską. Orbán składał już takie deklaracje w momencie rosyjskiej aneksji Krymu i ataku na Donbas. I Rosjanie publicznie składali takie propozycje jemu.

W tym samym czasie prezydent Duda został także zaproszony do Brukseli przez Komisję Europejską, żeby rozmawiać na temat Ukrainy. Tu problem jest trochę podobny, jak w przypadku złamania przez niego dyplomatycznego bojkotu Chin. Dyplomacja całego rządzącego dziś Polską obozu jest albo tak zakłamana, albo tak nieudolna, że nie wiadomo, z kim PiS chce grać i o co. Czy woli rozmawiać z Komisją Europejską i NATO o obronie Ukrainy przed Putinem, czy woli rozmawiać z Marine Le Pen na temat oddania Ukrainy Putinowi i wspólnego osłabiania Unii Europejskiej i NATO, które Ukrainę wspierają.

Marine Le Pen po pierwszym warszawskim spotkaniu nowego antyunijnego sojuszu montowanego przez PiS zupełnie jednoznacznie powiedziała „Rzeczpospolitej”, że „Ukraina jest częścią rosyjskiej strefy wpływów”. A podczas kolejnego szczytu przeciwników UE w Madrycie odmówiła podpisania się pod jednym ostrożnym zdaniem krytyki wobec Rosji. Marine Le Pen to dziś najważniejsza sojuszniczka PiS-u w niszczeniu Unii Europejskiej. Kaczyński i Morawiecki chcą z nią tworzyć wspólną frakcję w europarlamencie. Powtarzają, że mają „wspólne poglądy na Unię”.

Zatem gdzie kłamią, a gdzie mówią prawdę. Czy Kaczyński, Morawiecki, Duda… chcą razem z Komisją Europejską bronić Ukrainy, czy chcą razem z Marine Le Pen oddawać Ukrainę Putinowi?

Poza tym prezydent Andrzej Duda mógł się dowiedzieć w Brukseli, że jego „reforma sądów”, jeśli naprawdę nie rozwiąże problemu Izby Dyscyplinarnej, problemu pseudo-KRS-u powołującego partyjnych żołnierzy prawicy na stanowiska sędziowskie, jeśli wreszcie nie zagwarantuje przywrócenia praw sędziom przez PiS ukaranym,

będzie tylko dalszym ciągiem zaorywania polskiego sądownictwa, a nie żadną „reformą”.

Aby naprawdę odblokować unijne pieniądze dla Polski i w ogóle odbudować nasze relacje z Unią i pozycję Polski w UE, Kaczyński, Ziobro, Morawiecki, Duda… muszą zrezygnować z budowania w Polsce białoruskiego modelu sądownictwa. Reszta jest pianą, reszta jest próbą okłamania ludzi, reszta jest propagandą – obojętnie, czy prowadzoną Pekinie, w Brukseli, czy w kraju.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán, Fot. Flickr/KPRM, Public domain

Reklama