Reklama

Czy Kaczyński traci władzę? Chętnie podążyłbym śladem paru wyjątkowo rozentuzjazmowanych niepisowskich publicystów, ale nie podążę. W Polsce po roku 2015 mit, że Kaczyński już nie rządzi, że całkiem oszalał, że uniemożliwia mu rządzenie kolano… nie spełnił nigdy funkcji mobilizacyjnej. Ci, którzy go używali, dochodzili do wniosku, że skoro ich zdaniem Kaczyński nie rządzi, a jednak rządzi, to winna jest opozycja, a dokładniej PO, Schetyna, Budka czy Tusk – pisze Cezary Michalski

Prezydent Duda reformuje sądy

Pierwszym z trzech istotnych zdarzeń, jakie miały miejsce w obozie władzy w mijającym tygodniu, było ogłoszenie przez prezydenta Andrzeja Dudę, że ma zamiar zgłosić własny projekt kolejnej „reformy sądownictwa”. Obok prezydenckiego projektu, którego nikt jeszcze nie widział, istnieją ponoć równie enigmatyczne projekty Kaczyńskiego i Ziobry, a także ich ewentualna hybryda.

Z pogłosek, które wypuszczają za pośrednictwem tub własnych i „symetrystycznych” wszyscy trzej hodowcy tych magicznych stworzeń, jedno wiadomo na pewno.

Żaden z tych projektów nie przerywa procesu zaorywania w Polsce państwa prawa, niezwisłych sądów, sędziów niezależnych od władzy.

A zatem żaden z nich nie usuwa najpoważniejszej przeszkody w otrzymaniu przez Polskę unijnych pieniędzy (oznacza to niestety, że żaden z nich nie zatrzymuje Polski na drodze do pasywnego polexitu).

Reklama

Projekty Dudy, Kaczyńskiego i Ziobry, wbrew wielu komentarzom, nie likwidują Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, ale wyłącznie zmieniają jej nazwę, a jej dotychczasowi, posłuszni partii członkowie trafiają do innych izb Sądu Najwyższego. Ziobro – jak niesie wieść miejsko-gminna – nie chciałby się zgodzić nawet na zmianę nazwy Izby Dyscyplinarnej, ale w zamian za jakiś bank, spółkę energetyczną czy urząd chętnie tę kwestię z Kaczyńskim uzgodni.

Żaden z projektów nie rozwiązuje także podstawowego problemu niepraworządnego państwa PiS, jakim jest stworzona po złamaniu konstytucji i prawa pseudo-KRS, która za pomocą partyjnych żołnierzy wybiera i posyła innych partyjnych żołnierzy do sądów wszystkich szczebli. Jak mogliśmy się przekonać, i to dokładnie w dniu, kiedy Duda zapowiedział uruchomienie swojego projektu „reformy sądownictwa”, ani Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, ani TSUE, ani instytucje Unii Europejskiej nie uważają nominatów neo-KRS-u za niezawisłych sędziów, no bo oni nimi nie są.

Żaden z projektów nie zakłada też przywrócenia do pracy sędziów odsuniętych od orzekania przez Izbę Dyscyplinarną za to tylko, że próbowali w państwie PiS pozostać sędziami niezależnymi od partii rządzącej. Jedynie Duda wypowiedział się w tej sprawie, ale zupełnie celowo wyjątkowo niekonkretnie. Oznacza to, że nawet w jego ostatecznym projekcie dla niezależnych od władzy sędziów automatycznego powrotu do orzekania nie będzie.

Zarówno potencjalny projekt Dudy, jak też potencjalne projekty Kaczyńskiego i Ziobry nie czynią zatem PiS-owskiego państwa nawet o milimetr bliższym praworządności, a mająca się pojawić w projektach Kaczyńskiego/Ziobry propozycja „spłaszczenia struktury sądów”, połączona z czystką sędziów o totalnej skali, państwo PiS od jakiejkolwiek praworządności jeszcze bardziej oddala.

Reszta jest propagandowym bełkotem pisowskich mediów, dodatkowo jeszcze rozmazywanym przez nieporównanie bardziej subtelny bełkot „symetrystów” z zajadłością dawnych „kremlinologów”

(badaczy ZSRR niemających co prawda żadnego dojścia do wiedzy o realnej sytuacji na szczytach władzy radzieckiej, lecz potrafiących tworzyć rozbudowane „diagnozy” w oparciu o zdjęcia pokazujące kolejność wjazdu i wyjazdu limuzyn przywożących na Kreml poszczególnych członków Biura Politycznego KC KPZR).

Jedyne, co jest w tych kremlinologicznych rozważaniach prawdą, to fakt, że ani Duda nie ufa dzisiaj Ziobrze, ani Ziobro nie ufa dzisiaj Dudzie, a Kaczyński nie ufa im obu z pełną wzajemnością. Dlatego każdy z nich chce mieć jak największy udział w zaorywaniu polskich sądów, żeby później mieć jak największy pakiet kontrolny w neosądownictwie, które po niezawisłych sądach w Polsce zapanuje.

„Lex Kaczyński” upada

Drugim istotnym wydarzeniem mijającego tygodnia było głosowanie nad „Lex Kaczyńskiego”. Celem tej regulacji nie miała być realna walka władzy z koronawirusem. Taka walka, drażniąc antyszczepionkowców i koronasceptyków, którzy są lwią częścią elektoratu PiS, Solidarnej Polski i Konfederacji, nie byłaby Kaczyńskiemu na rękę.

Celem „Lex Kaczyński” było poszczucie na siebie przedsiębiorców i pracowników polskich firm prywatnych.

Zgodnie z założeniami odrzuconej ostatecznie przez Sejm regulacji, mieli oni na siebie wzajemnie donosić i wzajemnie skarżyć się o odszkodowania, co skutecznie odwróciłoby uwagę Polaków od kwestii jakiejkolwiek odpowiedzialności władzy za zarządzanie pandemią. Wcześniej podobny zabieg PiS wykonało szczując pacjentów na lekarzy.

Jarosław Kaczyński nie był do własnego projektu przekonany na tyle, aby w czasie głosowania nad nim ogłosić dyscyplinę w Zjednoczonej Prawicy czy PiS. Był też przygotowany na takie zinterpretowanie przegranej, które miało pokazać opozycję jako przeciwników jakichkolwiek regulacji antycovidowych i zablokować jakiekolwiek dalsze krytyki pod adresem PiS.

Jednak skala niechęci do jego projektu w Zjednoczonej Prawicy, a nawet wśród posłów i posłanek jego własnej partii, musiała go zastanowić, bowiem pokazała ona skalę niechęci do niego samego.

Dysydenci w PiS-ie chcą komisji śledczej

Wreszcie w czasie mijającego tygodnia pojawiły się głosy w samym PiS (począwszy od wywiadu, jakiego „Rzeczpospolitej” udzielił były PiS-owski minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski), które sugerowały, iż nawet pojedynczy posłowie partii Kaczyńskiego mogliby poprzeć wniosek opozycji o powołanie komisji śledczej w sprawie nielegalnej inwigilacji (m.in. za pomocą Pegasusa).

Te ciepłe słowa polityków PiS na temat komisji śledczej nie były oczywiście konsekwencją tego, że ich rząd mógł za pomocą Pegasusa inwigilować polityków opozycji. Były one konsekwencją tego, że

przy użyciu Pegasusa mogli być inwigilowani również politycy PiS. Wystarczyło, że narazili się Kaczyńskiemu.

Czy złożenie wszystkich tych trzech wydarzeń pozwala powiedzieć, że Kaczyński traci władzę? Chętnie podążyłbym tu śladem paru wyjątkowo rozentuzjazmowanych niepisowskich publicystów, ale nie podążę. Oczywiście nawet nieprawda może mieć funkcję mobilizującą. W teorii polityki nazywa się taki rodzaj nieprawdy „politycznym mitem”. W Polsce po roku 2015 mit, że Kaczyński już nie rządzi, że całkiem oszalał, że uniemożliwia mu rządzenie kolano… nie spełnił jednak nigdy funkcji mobilizacyjnej. Ci, którzy go używali, dochodzili bowiem do wniosku, że skoro ich zdaniem Kaczyński nie rządzi, a jednak rządzi, to winna jest opozycja, a dokładniej PO, Schetyna, Budka czy Tusk.

Na pytanie, czy Kaczyński już nie rządzi, czy jeszcze rządzi, ewentualnie – do jakiego stopnia, najbardziej precyzyjnie można odpowiedzieć na przykładzie szans powołania sejmowej komisji śledczej w sprawie nielegalnej inwigilacji. Jarosław Kaczyński boi się tej sejmowej komisji po prostu panicznie. Jeśli faktycznie doszłoby do głosowania całego Sejmu nad powołaniem komisji śledczej, wynik może być niewiadomą. Dlatego właśnie Kaczyński skoncentrował się na tym, żeby do takiego głosowania w ogóle nie doszło.

PiS-owska marszałek Elżbieta Witek będzie zwlekać z przyznaniem numeru wnioskowi opozycji (co jest warunkiem rozpoczęcia prac). Wśród technik opóźniania jest także słynna „zamrażarka sejmowa”. Pozwala ona opóźniać rozpoczęcie prac nad wnioskiem opozycji o całe miesiące, dopóki – jak uważa Kaczyński – Polacy o aferze Pegasusa po prostu zapomną.

Oczywiście działająca efektywnie sejmowa większość mogłaby wymusić wprowadzenie wniosku o powołanie komisji śledczej pod obrady Sejmu. Jednak

stworzenie takiej większości, która na każdym etapie prac parlamentarnych przełamywałaby opór Kaczyńskiego, jest nieporównanie trudniejsze, niż samo ostateczne przegłosowanie wniosku.

Po pierwsze kontestatorzy w PiS-ie nie mają wpływu na zachowanie przedstawicieli tej partii w prezydium Sejmu. Po drugie zdeterminowane działanie PiS-wskich kontestatorów, ich realna współpraca z opozycją na rzecz powstania komisji śledczej, miałaby dla nich samych poważne konsekwencje. Ponieważ dla Kaczyńskiego kwestia komisji jest naprawdę sprawą życia i śmierci (oznacza nie tylko ryzyko utraty władzy, ale także ryzyko odpowiedzialności karnej samego prezesa PiS i paru jego najbliższych współpracowników), nie będzie w tej sprawie tolerował oporu czy nawet demobilizacji tak, jak tolerował to w kwestii regulacji antycovidowych.

Posłowie z PiS, którzy publicznie krytykują inwigilację (dotykającą także ich samych), mszczą się na Kaczyńskim, Kamińskim czy Ziobrze w sposób dla liderów Zjednoczonej Prawicy denerwujący, ale wciąż jeszcze nie niebezpieczny, niezagrażający ich władzy.

Ardanowski, który popadł w niełaskę, kiedy jako ówczesny PiS-owski minister rolnictwa rozpoczął wewnętrzny prawicowy bunt przeciwko „piątce dla zwierząt” (bunt okazał się skuteczny, a kiedy przyłączył się do niego Ziobro, Kaczyński porzucił projekt, a później musiał „przelicytować Ziobrę na prawicowość” doprowadzając do zaostrzenia zakazu aborcji). Chce się teraz na Kaczyńskim zemścić, ale nie do tego stopnia, żeby obalić władzę własnego politycznego obozu ryzykując przyszłość własną i swojej formacji.

Podobnie posłowie PiS współpracujący z Adamem Hofmanem. Boją się o własną skórę, nienawidzą Kaczyńskiego i Kamińskiego, chcą mieć gwarancje bezpieczeństwa ze strony liderów własnego obozu, ale na tym koniec.

Prawicowi kontestatorzy widzą także, jaki wysiłek i środki zostały przez Kaczyńskiego, Kamińskiego, Terleckiego, Sasina… zaangażowane w pozyskiwanie pojedynczych posłów do „śmieciowej koalicji” pozwalającej Kaczyńskiemu trwać u władzy bez przedterminowych wyborów. Ludzie Ardanowskiego czy posłowie z grupy mającej interesy z Hofmanem chcieliby być przez Kaczyńskiego nagradzani, tak jak nagradzani byli Bortniczuk (za zdradzenie Gowina) czy Mejza (za zdradzenie PSL-u). Chcieliby także uzyskać podobne gwarancje bezpieczeństwa. Stąd wynika ich, na razie wyłącznie deklaratywne i teoretyczne nieposłuszeństwo w sprawie komisji śledczej dotyczącej inwigilacji.

Czym innym byłby jednak ich udział w zbudowaniu trwałej, efektywnej parlamentarnej większości, która wymusiłaby na Witek, Terleckim, a więc ostatecznie na Kaczyńskim, poddanie wniosku o komisję śledczą pod sejmowe głosowanie. To oznaczałoby udział w obaleniu rządu, a jedną z konsekwencji takiego działania (wobec oczywistych trudności ze stworzeniem już w obecnym Sejmie większości mogącej zastąpić „śmieciową koalicję” Kaczyńskiego i utworzyć rząd) mogłyby się stać przedterminowe wybory, w których kontestatorzy Kaczyńskiego nie znaleźliby się na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości.

Dlatego nawet autorzy wniosku o sejmową komisję śledczą w sprawie inwigilacji uważają, że jeśli w ogóle dojdzie do głosowania nad wnioskiem, stanie się tak wyłącznie w konsekwencji jakiegoś poważnego politycznego błędu Kaczyńskiego, który zaowocowałby jeszcze głębszą dekompozycją PiS-u.

Wódz źle znosi krytykę obozowych ciurów

Najgorzej znosi jednak obecny kryzys sam Jarosław Kaczyński, który nie potrafi funkcjonować w sytuacji, kiedy ludzie, których uważa za zwykłych niewolników i którymi głęboko pogardza, zaczynają z nim negocjować. I to w dodatku publicznie, za pośrednictwem mediów.

Tytułowa „niewygoda” Kaczyńskiego staje się w tej sytuacji eufemizmem. Publicznie rzucają mu wyzwanie ludzie, których on sam uważa za polityków drugiego (Duda), a w większości nawet trzeciego sortu (grupa Ardanowskiego, Girzyński i inni posłowie „pracujący” z lobbystą Hofmanem).

Jarosław Kaczyński, który sam siebie uważa co najmniej za polską wersję „geniusza Karpat” (tak mawiano w komunistycznej Rumunii o Nicolae Ceaușescu), szedł do polityki, aby poniżyć inteligenckie i intelektualne „elity” (czasem akurat politycznie rzeczywiście wcale od Kaczyńskiego nie mądrzejsze), a nie po to, aby publicznie znosić połajanki od ludzi, których sam traktuje jak śmieci.

Naturalną odpowiedzią Wodza byłoby ukaranie tych ludzi, przypomnienie im, że jest panem ich życia i śmierci. Może to jednak zrobić jedynie na drodze przedterminowych wyborów parlamentarnych, w czasie których usunąłby ich wszystkich z list, z parlamentu, z grona aktywnych polskich polityków, a tym samym z grona ludzi jakkolwiek dających sobie radę w życiu (wielu z nich naprawdę nie ma żadnych innych kompetencji, poza zdolnością do bycia działaczem Prawa i Sprawiedliwości, co w państwie PiS jest kompetencją kluczową).

Problem w tym, że w ten sposób Kaczyński ryzykowałby utratę władzy. Jeśli jednak prezes PiS swoich ludzi nie zdyscyplinuje, trwać będzie sytuacja, w której swoje uwagi, roszczenia, krytyki pod adresem „geniusza Karpat” zaczną coraz głośniej i częściej przedstawiać ludzie formatu Ardanowskiego, Girzyńskiego, Kukiza, Bortniczuka, Mejzy… A to, w ciągu kilkunastu miesięcy dzielących nas od wyborów w konstytucyjnym terminie, oznaczałoby kompletne zniszczenie wizerunku Kaczyńskiego.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Sejm RP/Aleksander Zieliński, licencja Creative Commons

Reklama