Reklama

Kaczyński postanowił jak najszybciej „domknąć system”, tak aby jego obozu nie mogły już odsunąć od władzy ani niezadowolenie społeczne z powodu konsekwencji pandemii, ani protesty uliczne, ani wybory. Kluczowym elementem „domykania systemu” jest ostateczne przyzwyczajenie Polaków, że w państwie PiS zamiast prawa rządzi siła, a naród jest już definitywnie podzielony na ludzi władzy i jej oportunistycznych klientów (którzy są ponad prawem) i na „wrogów” (którzy nie mają żadnych praw) – pisze Cezary Michalski. Polska polityka od zawsze żyje w rytmie kanibalizowania i bycia kanibalizowanym. Wszyscy, którzy mają nadzieję na ukształtowanie się w niej stabilnych instytucji oraz trwałych ideowych nurtów, nie mogą być na razie pewni, że doczekają się tych „dóbr rzadkich” od Szymona Hołowni.

Poniedziałek: Domykanie systemu

Nowy Rok przywitał nas skokiem na główkę w koślawy PiS-owski autorytaryzm. Po zniszczeniu prawnych i instytucjonalnych ograniczeń (TK, Sąd Najwyższy, konstytucja, podstawowe procedury i zasady prawne), po wygaśnięciu i częściowym spacyfikowaniu społecznych protestów, wobec rozproszenia opozycji i jej problemów z wyłonieniem silnego przywództwa,

Kaczyński postanowił jak najszybciej „domknąć system”, tak aby jego obozu nie mogły już odsunąć od władzy ani niezadowolenie społeczne z powodu konsekwencji pandemii, ani protesty uliczne, ani wybory.

Kluczowym elementem „domykania systemu” jest ostateczne przyzwyczajenie Polaków (nie tylko elektoratu prawicy, ale także reszty społeczeństwa), że w państwie PiS zamiast prawa rządzi siła, a naród jest już definitywnie podzielony na ludzi władzy i jej oportunistycznych klientów (którzy są ponad prawem) i na „wrogów” (którzy nie mają żadnych praw).

Reklama

Mamy zablokowanie kupna przez Agorę Radia Zet (pod hasłem walki z koncentracją na rynku mediów) kontra jeszcze bardziej ambitne budowanie przez PiS partyjnego monopolu na rynku państwowych i prywatnych mediów (także pod zupełnie już groteskowym w tym kontekście hasłem „dekoncentracji mediów”).

Mamy aferę szczepionkową „celebrytów” kontra niezdolność państwa do przeprowadzenia sprawnej i transparentnej akcji szczepień. Mamy upaństwowienie banku Leszka Czarneckiego (pod hasłem ratowania Polaków przed bankowym ryzykiem) kontra uderzenie Adama Glapińskiego i NBP w złotówkę (zwiększające ryzyko dla całego sektora bankowego, a w jeszcze większym stopniu zwiększające ryzyko dla naszych kieszeni). Mamy gigantyczną karę finansową UOKiK nałożoną na  „Biedronkę” (niewystarczająco zaprzyjaźnioną z władzą, więc użytą przez władzę w roli kozła ofiarnego, aby uspokoić rolników) kontra traktowanie „Żabki” (zaprzyjaźnionej z władzą, więc niepodlegającej nawet zakazowi handlu w niedziele – i to mimo protestu wszechmocnego z pozoru w państwie PiS związku zawodowego NSZZ „Solidarność”).

Mamy sędziów ściganych przez prokuratury i Izbę Dyscyplinarną SN kontra umorzenie w warszawskiej prokuraturze śledztwa w sprawie Funduszu Sprawiedliwości używanego przez Ziobrę do autopromocji i promocji swojej partii. Mamy wybiórcze używanie pieniędzy z antykowidowych „tarcz” oraz wybiórcze stosowanie „lockdownowych ograniczeń” tak, aby pokazać, że ludzie (samorządy, instytucje, regiony, grupy wyborców, kościół Rydzyka i Jędraszewskiego)

wspierający władzę będą nagradzani lub w przypadku łamania prawa traktowani bardzo liberalnie, a opierający się władzy lub niewykazujący wobec niej entuzjazmu będą karani.

Wszystkie te wydarzenia mają wspólną strukturę i wspólny cel. Tak jawne odrzucenie zasady równości wobec prawa na rzecz zasady łaski i niełaski władzy ma złamać społeczny opór i przypomnieć Polakom zalety oportunizmu. To jest morał Kaczyńskiego z życia w PRL i obserwowania metod działania ówczesnej władzy, które on sam zawsze uważał w rządzeniu Polakami za najbardziej skuteczne.

Wtorek: Brexit w cieniu epidemii

Faktyczny moment brexitu okazał się dla Brytyjczyków głębokim rozczarowaniem. Coraz bardziej widać, że brexit nie był imperialnym wyborem Zjednoczonego Królestwa (tak jak to w kampanii z 2016 roku suflowały tabloidy Murdocha i lobbyści Putina), ale nacjonalistycznym wyborem Anglików. Nie wynikał z poczucia imperialnej siły i chęci jej użycia bez kontroli ze strony UE, ale z narastającego poczucia zagrożenia narodu angielskiego, który dawno już utracił imperium globalne, a teraz traci szacunek innych narodów na Wyspach (Szkoci chcą niepodległości w UE, Północna Irlandia się burzy, nawet Walijczycy są dzisiaj mniej entuzjastyczni od Anglików, jeśli chodzi o brexit). Z perspektywy czasu brexit nie okazał się wyrazem siły, ale – jak każdy współczesny nacjonalizm – konsekwencją odkrytej słabości i ujawnionego lęku.

Polityczne nadzieje związane z brexitem złamał też upadek Trumpa, bez którego prawdopodobnie nie doszłoby w ogóle do dealu z Brukselą.

Donald Trump, zajęty po wyborach twittowaniem i spiskowaniem przeciwko Joe Bidenowi, nie miał już rezerw politycznej energii potrzebnych do dyscyplinowania Borisa Johnsona, którego wcześniej, czasami wręcz w upokarzającym stylu, próbował zmusić do wyjścia z UE bez umowy.

Po zniknięciu Trumpa pozostali oczywiście na placu boju inni lobbyści eurosceptycyzmu – Rosjanie, Chińczycy, Murdoch, ci spośród brytyjskich oligarchów, którzy sponsorowali brexit, bo chcieli sprowadzać na brytyjski rynek towary produkowane przez siebie w Afryce i Azji bez unijnych ceł (bynajmniej nie wspomagając w ten sposób resztek „realnej gospodarki” na Wyspach, ale zarzynając te resztki do końca). Jednak pustki po administracji Trumpa na froncie lobbingu przeciw umowie z UE nikt nie potrafił zapełnić, co właściwie zmusiło Johnsona do jej podpisania.

Umowa, w takim kształcie, w jakim została wynegocjowana w ciągu ostatnich dni przed zakończeniem „okresu przejściowego”, otwiera kolejny okres niepewności zamiast cokolwiek wyjaśnić i uporządkować. Wyciśnięty kolanem kompromis w sprawie kwot połowowych został przyjęty z niezadowoleniem przez brytyjskich rybaków. Ten w sprawie Irlandii Północnej nie zadowolił ani północnoirlandzkich autonomistów, ani unionistów. Większość obszarów naszkicowanych w umowie (szczególnie jeśli chodzi o regulacje dotyczące działania londyńskiego City i dalszego dopuszczenia brytyjskich finansistów do operacji i kapitału na kontynencie) będzie musiała zostać skonkretyzowana w działaniu, co zapowiada kolejne kryzysy i otwiera nowy „okres przejściowy”.

Zduszenie migracji pracowników europejskich do Wielkiej Brytanii nie pomoże brytyjskiej gospodarce.

Także dlatego, że rząd Borisa Johnsona jest zbyt tchórzliwy, a przede wszystkim ma dziś zbyt słabą polityczną pozycję, aby zaryzykować jakąś odważniejszą reformę systemu zasiłków dla milionów „nieaktywnych ekonomicznie” rdzennych Brytyjczyków. A musiałaby to być reforma na tyle radykalna, na tyle „motywacyjna”, by zmusić choć część z nich do powrotu na rynek pracy w miejsce imigrantów. Na razie największe brytyjskie firmy, które jeszcze coś na Wyspach produkują albo sprzedają, domagają się od rządu specjalnych ulg pozwalających sprowadzić pracowników albo z Europy, albo z Afryki i Azji. I takie ulgi dostają – formalnie lub nieformalnie – co jednak wcale nie zapowiada uspokojenia nastrojów „probrexitowego ludu”.

Środa: Diabeł przyszedł po Republikanów

Większość Republikanów uważała przez ostatnie cztery lata, że ich partia korzysta politycznie na prawicowym populizmie obudzonym i politycznie zmobilizowanym przez Donalda Trumpa. Teraz płacą za to cenę. Trump, nawet po utracie prezydentury, chce mieć własną partię. Zarówno jako narzędzie ewentualnej dalszej walki o władzę, kampanii prezydenckiej 2024, jak też – przede wszystkim – jako polisę ubezpieczeniową po utracie władzy dla siebie i swojej rodziny. Ta partia ma być zbudowana na gruzach Partii Republikańskiej. Już zgłosili się do niej z jednej strony najbardziej populistyczni politycy Republikanów, z drugiej strony Republikanie najbardziej oportunistyczni. Wiedzący, że Trump przejął większość ich elektoratu, więc muszą pójść za nim, choćby przeciwko amerykańskiemu państwu.

Nieudany „pucz” utrudnił Trumpowi realizację tych planów, jednak problem pozostał, na co wskazuje zarówno zachowanie „sierot po Trumpie” (w elektoracie i wśród polityków Partii Republikańskiej), jak też kluczenie „umiarkowanych” polityków Republikańskich w sprawie impeachmentu.

Zniszczenie lub wykrwawienie Partii Republikańskiej przez Trumpa lub innych radykalnych populistów chcących przejąć jego dziedzictwo jest tylko z pozoru „darem z niebios” dla Demokratów i całego amerykańskiego państwa. Na jedną czy dwie kadencje może to zapewnić Partii Demokratycznej pełną dominację. Jednak docelowo całkowita i nieodwracalna zmiana tożsamości Partii Republikańskiej lub powstanie na jej gruzach trwałej populistycznej formacji, która dzięki wykorzystaniu systemu dwupartyjnego definitywnie zdestabilizuje Stany Zjednoczone, będzie katastrofą zarówno dla Ameryki, jak też dla całego demokratycznego Zachodu.

Umiarkowani Demokraci, z których Biden buduje swój gabinet, wiedzą to i proponują Republikanom współpracę w zablokowaniu i zniszczeniu nie tylko Trumpa, ale radykalnego populizmu, zanim nieodwracalnie przejmie i zniszczy całą Partię Republikańską. Wspólne zablokowanie i polityczna likwidacja Trumpa i radykalnego populizmu przez Demokratów i umiarkowaną część Partii Republikańskiej to zadanie bardzo trudne i ryzykowne (szczególnie dla Republikanów), ale możliwe do realizacji.

Umiarkowani Demokraci i Biden budujący swój gabinet z udziałem ludzi reprezentujących „deep state” – ponadpartyjny kompleks służb oraz instytucji amerykańskiego państwa przez cztery lata niszczonych przez Trumpa – mogą politycznie i prawnie zlikwidować odchodzącego prezydenta i jego dziedzictwo, a przez to uratować Partię Republikańską, ale tylko we współpracy z umiarkowanymi Republikanami.

Krótkoterminowo Republikanie i tak zapłacą ogromną polityczną cenę za prezydenturę Trumpa. Jednak po zapłaceniu tej ceny mogą dalej być częścią systemu władzy w USA, albo – jeśli rozpruje ich Trumpowy i posttrumpowy populizm – mogą przestać istnieć.

Czwartek: Hołownia – nadzieja polskiej polityki czy kolejny sezonowy kanibal?

Szymon Hołownia potrafi rozmawiać z ludźmi osobiście, jednak nie buduje struktur, nie wiadomo, czy potrafi to robić. Na razie marnuje efekt świeżości, powtarzając najstarsze błędy i patologie polskiej polityki. I wcale nie gwarantując tego, że ma realny pomysł na zaproszenie do niej młodych ludzi – przez siebie wychowanych, ukształtowanych, politycznie wyedukowanych.

Jego najważniejszym personalnym osiągnięciem 2020 roku było ukradzenie Lewicy posłanki Hanny Gill-Piątek, a jego personalnym osiągnięciem roku 2021 jest podprowadzenie senatora Jacka Burego i posłanki Joanny Muchy Koalicji Obywatelskiej i PO. Hanna Gill-Piątek, zanim poszła do Hołowni, miała poglądy na lewo od partii Razem – zarówno jeśli chodzi o stosunek do gospodarki, jak też jeśli chodzi o stosunek do Kościoła. Jacek Bury ma z kolei poglądy na gospodarkę na prawo (w kierunku nie tyle już liberalnym, co libertariańskim) od Platformy Obywatelskiej, a Joanna Mucha też raczej nigdy nie była etatystką.

Skoro nowych personalnych zdobyczy „Polski 2050” nie łączą idee, łączy ich zapewne Hołownia. Problem w tym, że łączy ich tylko tak długo, jak długo pozostanie „świeży” i „modny” (czyli tak długo, jak kiedyś łączył różnych ludzi Palikot, a później Kukiz – niestety ta jedność wokół charyzmatycznego lidera zawsze trwała krótko).

Polska polityka od zawsze żyje w rytmie kanibalizowania i bycia kanibalizowanym. Wszyscy, którzy mają nadzieję na ukształtowanie się w niej stabilnych instytucji oraz trwałych ideowych nurtów, nie mogą być na razie pewni, że doczekają się tych „dóbr rzadkich” od Szymona Hołowni.

Piątek: Powrót Tuska?

Może nie aż tak wielu polityków (obozu rządzącego, opozycji), ale zdecydowanie większa liczba wyborców (opozycji) czeka na powrót Donalda Tuska. Ci, którzy się jego powrotu boją, mają dziś za mało siły i odwagi, by głośno mu się przeciwstawić. Jedynym problemem pozostaje forma tego powrotu.

Donald Tusk jest największą wartością polskiej i opozycyjnej polityki, jeśli chodzi o kontakty z Unią, kwestie europejskie, oraz szerzej – cały obszar polityki międzynarodowej. W momencie, kiedy głównym frontem walki z PiS-em i walki PiS-u z polskim interesem narodowym stały się nasza polityka zagraniczna, samo przetrwanie naszej dyplomacji, polexit, osamotnienie Polski zarówno na linii Warszawa-Bruksela, jak też na linii Warszawa-Waszyngton (po Trumpie), a w konsekwencji wpychanie Polski do rosyjskiej strefy wpływów – kompetencje Tuska są nie do przecenienia.

Donald Tusk nie musi wikłać się w spory wewnątrz opozycji. Może zaproponować całej opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej wspólną walkę przeciwko polexitowi i wyprowadzaniu Polski z Unii i NATO. Może być realnym reprezentantem całej demokratycznej Polski w kontaktach zarówno z Unią, jak też z administracją Bidena.

Demokratyczni wyborcy wciąż uważają Tuska za „game changera”, jeśli chodzi o ożywienie i zjednoczenie całej opozycji. Ani Włodzimierz Czarzasty, ani Władysław Kosiniak-Kamysz nie są dziś entuzjastami opozycyjnej „szerokiej współpracy”, ale – jak twierdzą – nie złożono im żadnej sensownej propozycji. Donald Tusk nie byłby dla żadnego z nich bezpośrednią konkurencją. Szymon Hołownia żwawo rozwija swój jednoosobowy projekt, ale współpraca z innymi nurtami opozycji pod patronatem Tuska byłaby dla niego mniejszym „upokorzeniem” i „ograniczeniem własnych ambicji”, niż zgoda na współpracę „zrównująca go” z Budką, Czarzastym czy Kosiniakiem-Kamyszem.

Do tego dochodzą skomplikowane stosunki pomiędzy opozycją parlamentarną i liderkami Strajku Kobiet. W sytuacji, kiedy połączenie pracy partii opozycyjnych i energii społecznych protestów jest konieczne dla skuteczności całej opozycji i całego społecznego oporu przeciwko skompromitowanej, ale wciąż trzymającej się w siodle prawicowej władzy.

Wejście na taką scenę byłoby dla Tuska ryzykiem porównywalnym do zapuszczenia się na bagna, jednak może ograniczyć ryzyko skupiając się na jednym obszarze, w którym jego przewaga nad innymi liderami opozycji jest ewidentna. A jest to dziś obszar kluczowy dla losów Polski i najważniejsza oś politycznego sporu pomiędzy opozycją demokratyczną i rządzącą prawicą. Czyli wspólne przeciwstawienie się przez całą opozycję niebezpiecznej dla Polski polityce zagranicznej Kaczyńskiego, Ziobry, Morawieckiego, która skazuje Polskę na totalne osamotnienie wobec wszystkich struktur Zachodu i wpycha nas w ręce Rosji.

Tusk może i powinien stać się faktycznym „ministrem spraw zagranicznych demokratycznej Polski”. Szczególnie teraz, kiedy PiS za pomocą nowej ustawy o służbie zagranicznej zdecydował się ostatecznie zaorać MSZ i zniszczyć polską dyplomację.

Ewentualny negatywny elektorat Tuska nie jest tu problemem, ponieważ jest to głównie elektorat twardej ideowej prawicy (w wojnie Kaczyńskiego z Unią i Bidenem i tak dla opozycji stracony). Natomiast rola byłego szefa Rady Europejskiej i obecnego szefa Europejskiej Partii Ludowej, mającego też możliwości szybkiego zbudowania relacji z administracją Bidena, jest nieoceniona dla mobilizacji i współpracy całego elektoratu antypisowskiego.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Sejm RP/Aleksander Zieliński, licencja Creative Commons

Reklama