Reklama

– Jeśli zbudujemy skuteczną opozycję, to wygramy wybory samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie. Obiecujemy to! – mówił podczas sobotniego Marszu Wolności lider PO Grzegorz Schetyna. I chociaż stojący na scenie liderzy pozostałych partii opozycyjnych wydawali się przytakiwać, to po zejściu ze sceny zmienili zdanie. Pytanie: czy podzielona opozycja może wygrać z PiS-em? Może, ale zależy jak bardzo podzielona – odpowiada dr Jarosław Flis z UJ. – Najważniejsza jest “perspektywa” i to, czy zwycięży wspólny cel, czy chęć zachowania własnej podmiotowości – dodaje prof. Ewa Marciniak z UW.

PO proponuje, reszta kontempluje

Propozycja wspólnych list opozycji w wyborach samorządowych nie jest nowa. PO zaproponowała to już jesienią zeszłego roku. Podczas Marszu Wolności Grzegorz Schetyna podtrzymał tę propozycję. – Jeżeli będziemy razem, to wygramy wybory – mówił krótko ze sceny na Placu Konstytucji lider największej partii opozycyjnej.

– Musimy stworzyć taki blok, żeby z nimi wygrać – mówił podczas manifestacji przewodniczący Nowoczesnej. Chodziło oczywiście o wygraną z PiS-em. Ale już dzień później Ryszard Petru studził nastroje i emocje: – To nie jest moment, by takie decyzje podejmować. Partie opozycji powinny skupić się na tym, by ciągle poszerzać swój elektorat.

Wspólna lista? – My idziemy do wyborów samodzielnie, idziemy z własnymi listami. Możemy najwyżej szukać wspólnych kandydatów – deklaruje prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Reklama

Z dystansem – łagodnie mówiąc – do pomysłu wspólnych list podchodzi lewica w postaci szefa SLD Włodzimierza Czarzastego: – To nie jest marzenie Polaków, to marzenie pana Schetyny o systemie dwupartyjnym w Polsce.

Jest jeden wspólny wróg – PiS. Ale jak widać, to nie wszystkich przekonuje i nie wszystkim wystarczy.

Czy wspólny cel – odsunięcie PiS od władzy – wystarczy?

Budowanie wspólnych list wyborczych to często ryzykowna polityczna gra, ale są sytuacje w których się opłaca. – Wszystko zależy od perspektywy – mówi w rozmowie z wiadomo.co politolog z UW prof. Ewa Marciniak. – Drogą do uzyskania sukcesu politycznego jest samodzielność. To jest kluczowa przeszkoda w budowaniu wspólnych list. Zgoda na wspólne listy jest też zgodą na stopniowe tracenie własnej podmiotowości na rzecz największego gracza. To nie musi się zdarzyć, ale może – tłumaczy prof. Marciniak.

Według politolog z UW, przesłanką za wspólną listą może być chociażby doświadczenie PiS-u. Dlaczego? Wspólne listy PiS, Polski Razem i Solidarnej Polski zaowocowały sukcesem. Tyle że koszt polityczny dla małych partii jest taki, że właściwie przestały się liczyć.

Najważniejsza w przypadku opozycji jest jednak “perspektywa”. – Jeżeli perspektywą jest wspólny cel, czyli odsunięcie PiS od władzy, to nie powinno być dyskusji w jakiej formule funkcjonujemy, czy wspólnych list, czy koalicji, bo mamy wspólny cel. Jeżeli natomiast cel jest taki, że za wszelką cenę staramy się zachować własną podmiotowość, to wtedy koalicje i wspólne listy są raczej wykluczone – przyznaje prof. Marciniak.

Wszystkie partie opozycyjne mają hasło odsunięcia PiS-u od władzy na ustach, ale w przypadku konkretnych wypowiedzi polityków, liderów partii, nie są już z tym celem spójne. Według ekspertki, najbardziej “naturalne” byłoby współdziałanie PO i Nowoczesnej. A skoro lider PO proponuje, to lider Nowoczesnej musi na to zaproszenie odpowiedzieć – jednoznacznie.

– Poszczególne partie, zwłaszcza Ryszard Petru, musi przemyśleć swoją strategię funkcjonowania na rynku politycznym i konsekwentnie tę strategię realizować. Dzisiaj wygląda ona na niespójną. Cel jest oczywisty, a droga do osiągnięcia tego celu jest chwiejna – tłumaczy prof. Marciniak.

Nie czy, ale jak bardzo opozycja będzie podzielona?

To według socjologa i komentatora politycznego z UJ dr Jarosława Flisa kluczowe pytanie. Dlatego że nie zawsze i nie wszystko jest możliwe i ma sens. I tak w przypadku PSL-u i PO stworzenie wspólnych list nie ma sensu. – Te partie zawsze funkcjonowały jako “yin yang” polskiej polityki, tzn. PO jest wypukła tam, gdzie PSL wklęsły, i odwrotnie. Straty w elektoracie byłyby większe niż straty w matematyce – tłumaczy w rozmowie z wiadomo.co dr Flis.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku Nowoczesnej. – Nie ma najmniejszego sensu, żeby Nowoczesna szła oddzielnie – mówi krótko politolog z UJ. I przyznaje, że przy spadającym poparciu dla partii Ryszarda Petru być może w ogóle nie będzie się nad czym zastanawiać: – To PO będzie sobie zadawać pytanie, czy jest sens się nad tym pochylać? Nowoczesna ma szanse na wspólnych listach, bez wspólnych list nie ma szans, a PO i tak sobie poradzi.

Najbardziej dyskusyjną sprawą jest przypadek lewicy. Jarosław Flis nie ma wątpliwości, że dla Platformy pójście pod ramię na przykład z SLD może być obciążające. – PO bardziej opłaca się strategia “wyłuskiwania perełek” z lewej strony. Chodzi o to, żeby wiadomo było, że jest lewe skrzydło, ale żeby nie było zbyt zinstytucjonalizowane. Dla Platformy Obywatelskiej ważniejsze jest odbijanie wyborców Gowina niż wyborców lewicy, bo tych wyborców jest mniej – mówi politolog z UW.

Lewica teraz ma przede wszystkim problem sama ze sobą i może mieć poważny problem z dogadaniem się we własnym gronie. Teraz są trzy widoczne na scenie politycznej ugrupowania: SLD, Partia Razem i Inicjatywa Polska. Czy ich porozumienie jest w ogóle możliwe?


Zdjęcie główne: Marsz Wolności w Warszawie; Fot. Flickr/PO

Reklama