Sondaż prawdę ci powie? Ha ha. Ale na pewno każe zapytać – zależy, kto jest przeciw.

1.

Sierpień 1914, wybuch I wojny światowej. Cesarz Niemiec Wilhelm II ogłasza w Reichstagu: “Od dziś nie znam partii politycznych, znam tylko obywateli Niemiec”. Jego deklarację popierają nie tylko miliony Niemców, ale i wszystkie partie, łącznie z krytycznie nastawionymi do wojny socjaldemokratami i katolikami. Po czterech latach z małym haczykiem wojna przegrana, gospodarka leży i prosi o kroplówkę, a cesarz ucieka do Holandii.

2.

Grudzień 1941. Armie hitlerowskie są już na przedpolach Moskwy. Wcześniej zdobyły Jugosławię, Grecję, a i w Afryce Rommel radzi sobie chwacko. Nie ma jeszcze znaczących nalotów na Rzeszę. Poparcie dla Hitlera, choć nie mierzone sondażami i wyborami, jest oszałamiające. Friedrich Kellner w swoim pisanym potajemnie “Dzienniku sprzeciwu”, niebywałym dowodzie na to, że tylko nieliczni Niemcy nie dali się ogłupić, pisze: “Sukcesom wojsk niemieckich na Wschodzie towarzyszy zjawisko znane już z innych kampanii. Kiedy zwyciężamy, kołtuneria zachowuje się coraz bardziej arogancko; uważa, że cała Rosja jest już w naszym posiadaniu, i myśli o kolejnych przedsięwzięciach”. A Sigrid Schulz, berlińska korespondentka “Chicago Tribune”, pisząc o bezdyskusyjnym poparciu dla faszystów, przytacza opowieść matki płaczącej za synem skazanym za homoseksualizm, ale dumnej z tego, że nazizm uczynił ją mocniejszą.

Po trzech latach z małym haczykiem Berlin wygląda jak ciemna strona Księżyca, a ciało Hitlera skwierczy przypalone przez jego adiutanta na podwórku kancelarii Rzeszy.

3.

Marzec 1980 roku. W PRL dziesięć lat rządzi już Edward Gierek. Są kartki na mięso, kartki na cukier i talony na samochody. Jednak ekipa rządząca twierdzi, że Polska Ludowa jest piątą, w najgorszym wypadku szóstą potęgą świata, a ludziom żyje się dostatniej. Jest też już opozycja – działa KOR, KPN i wolne związki zawodowe. Czasy szaleńczych represji minęły, choć bywa niefajnie. Wybory jednak nie są wyborami, tylko upokarzającym aktem posłuszeństwa – do urn wrzuca się listę posłów z jednej listy ustalonej przez komunistów, a oni już sobie wpuszczają do Sejmu, kogo chcą. Ale można, a czemuż by nie, do wyborów nie iść, albo pójść i skreślić, co się da. Nikt bowiem nikogo nie ściga za bojkot, a już na pewno za to, co zrobi za kotarą w lokalu wyborczym. Skończyły się też czasy fałszerstw na wielką skalę. Dlaczego? Ano dlatego, że ludziska są przeciw, a jednak za. W tych ostatnich wyborach epoki Gierka on sam w okręgu w Sosnowcu dostaje 99,97 proc. poparcia, a frekwencja w całym kraju to 98,87 proc. Głosów nieważnych – czyli na przykład przekreślonych kartek – oddano dokładnie 13 tysięcy 692, czyli 0,06 proc. wszystkich oddanych głosów. Tych wyników do dziś żaden IPN nie podważył…

W sześć miesięcy z małym haczykiem później 13 tysięcy przeciwników komuny rozrosło się do 10 milionów, a Edward Gierek był biedny, chory i leżał w łóżeczku, kryjąc się przed odpowiedzialnością.

4.

Październik 1985. PRL. Ostatnie wybory wedle komunistycznego rytu. Bida z nędzą taka, że gdyby dzisiejsi zawodowi opłakiwacze pegeerów chcieli zachować proporcje, to antyczna Niobe rozpaczająca po śmierci dzieci mogłaby pójść na dyskotekę. Do kartek na wszystko doszły: kartki na kartki, ludzie w więzieniach i kilkadziesiąt ofiar rządu stanu wojennego. W dodatku podziemna “Solidarność” wezwała do bojkotu tych fikcyjnych wyborów i kontroli przebiegu głosowania w całym kraju. Kończy się jak zwykle: frekwencja (wtedy główny miernik sukcesu politycznego władzy) to ponad 78 proc., a taki poseł Wojciech Jaruzelski mógł się doliczyć 97,25 proc. poparcia.

A to już nie był czas fałszerstw. Np. w Gdańsku u Wałęsy frekwencja była najmniejsza (65,81 proc.), głosów nieważnych oddano już ponad 60 tysięcy, a po wszystkim solidarnościowy pełnomocnik ds. wyborów opublikował raport, z którego wynikało, że średnia frekwencja we wszystkich miastach wyniosła około 66 proc.

(Swoją drogą, że jeszcze nie dochowaliśmy się lokalnego bajkopisarza La Fontaine’a, opisującego, jak to cały kraj walczył z komuną…).

*

Jesień 2017 roku. Nawet 47 proc. poparcia ma w sondażach rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość. Nie, w żadnym wypadku nie porównujemy Prezesa do Kajzera, Gefrajtra, Edzia czy Generała. Prezes jest na tyle wsobny, że nieporównywalny. (Choć język agresji i propagandy sukcesu w telewizji publicznej przypominać może epokę Goebbelsa lub przynajmniej Macieja Szczepańskiego za Gierka). Ale mechanizm się nie zmienił: barany, opisując tę sytuację, powiedziałyby, że wyborcy zawsze idą jak stado ludzi na rzeź. Tak, masa to zawsze równa się kasa i kiełbasa, a tępotą nie wolno się przejmować, bo zmieni swoje gusta pod wpływem najlżejszego pierdnięcia.

A jednak czujemy podskórnie, że aktualne sondaże mogą się nie zmienić za dwa lata z małym haczykiem.

Bo jaka jest różnica? Ano – silny przeciwnik.

Hitler walczył z Churchillem i Stalinem (co by nie mówić – demonem, ale skutecznym). Gierek miał przeciwko sobie Jana Pawła II. Jaruzelski – Lecha Wałęsę.

A jak nazywa się przeciwnik, z którym Jarosław Kaczyński ma prawdziwe kłopoty?

Chyba kot Prezesa.

Witold Bereś


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Fot. Michał Józefaciuk/Kancelaria Senatu, licencja Creative Commons