Reklama

Everyman, pilnie śledząc przekaz i widząc, jak świetnie poczuli się w nim ludzie prości, wulgarni, bezpretensjonalni w formie, ale roszczeniowi w obyciu, najwyraźniej doszedł do wniosku, że nadszedł jego czas i obiektyw kamery, niczym bohater Amatora Kieślowskiego, skierował na samego siebie, obwieszczając narodziny patostreamu – pisze Tomasz Kozłowski

Już przedszkolaki mają problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego – wyjawiła mi w rozmowie nauczycielka w małej szkole, gdy rozmawialiśmy na temat kompetencji społecznych tak zwanej dzisiejszej młodzieży. Dlaczego tak się dzieje?

Otóż zdaniem nauczycielki dzieci zachowują się tak od całkiem niedawna. Jako wzrokowcy i zwierzęta społeczne mają przecież od maleńkości (to wiemy na pewno) skłonność do lokowania wzroku na wysokości oczu rodzica. Ta skłonność utrzymuje się przez lata i jeśli nic nie staje na przeszkodzie, rozwija się w normalną zdolność do utrzymywania kontaktu wzrokowego z rozmówcą. W ostatnich latach – zdaniem mojej rozmówczyni – na przeszkodzie stają jednak nowe technologie. Dziecko patrzy na rodzica, ten natomiast – patrzy na swój smartfon! Niby słucha, ale nie odwzajemnia spojrzenia.

Człowiek sieciowy, człowiek okrutny

W efekcie dzieci uczą się, że kierunek wzroku nie jest ważny. Przecież widzą, jak dorośli, rozmawiając ze sobą, wpatrują się w ekrany telefonów, więc same też odwracają wzrok od rozmówcy. A dodatkowo, już za sprawą mediów, im częściej i chętniej kierują uwagę w stronę swoich smartfonów, tym rzadziej odwracają oczy od obrazów śmierci, agresji itp. Przyzwyczajają się do nich „dzięki” coraz brutalniejszym grom, coraz bardziej dosłownym filmom i wulgarnym paradokumentom.

Reklama

Świat, który wyłania się z mediów, coraz mniej przystaje do rzeczywistego.

Przekaz brutalizuje się, jest coraz mniej osadzony w realiach, nie ma w nim miejsca na półśrodki i metafory, dominuje dosłowność. Standardem staje się – jak zdiagnozowaliśmy to zjawisko z Mariuszem Jędrzejko – człowiek sieciowy, istota o niskim poziomie wiedzy o znaczeniu reguł i wartości w życiu społecznym, o małym doświadczeniu i dużej naiwności (lub podatności na manipulację). Inne cechy tego tworu to niska empatia (choćby na skutek częstej ekspozycji na obrazy brutalne), wyższa skłonność do ryzyka, przekonanie o swojej anonimowości (lub od innej strony – niezniszczalności, ewentualnie byciu ponad prawem, co zapewne łączy się z brakiem wyraźnej grupowej tożsamości i poczucia przynależenia). Dzieło wieńczy nieświadomość lub niepełna świadomość konsekwencji swoich czynów. Taki konglomerat unikalnych cech opisywany był już wielokrotnie pod różnymi nazwami, od osobowości postmodernistycznej aż po pokolenie Z.

Dziś ten współczesny golem może być doposażony w co najmniej jedną jeszcze nakładkę: to homo crudelis, człowiek okrutny, na skutek wieloletniej habituacji odporny na ekstrema, a wręcz lubujący się w nich.

Barbarzyńca w świecie patologii

Owo rozmiłowanie i dążenia nie są rzecz jasna czymś zupełnie nowym, w końcu nie od dziś ludzie interesowali się szeroko rozumianymi potwornościami, od zniekształceń ciała aż po spektakularne tego ciała (tak ludzkiego, jak i zwierzęcego) niszczenie. Barbarzyństwo towarzyszyło cywilizacji od niepamiętnych czasów zarówno na zasadzie opozycji, która to co cywilizowane, dookreślała, jak i mrocznej fascynacji. Było to jednak w dalszym ciągu obecne w formie pewnego przeciwstawienia. Nikomu nawet nie śniło się, by ową niestandardowość przekuwać w obowiązujący standard. Bratanie się z tym, co barbarzyńskie, było nie do pomyślenia.

Na identycznej zasadzie funkcjonowało społeczeństwo Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Doskonale programowani i skonstruowani ludzie, od alf do epsilonów, od narodzin do śmierci znali swoje miejsce, aczkolwiek obecność wśród nich „dzikusa”, człowieka „zbrukanego” narodzinami z łona kobiety, niewarunkowanego farmakologicznie i behawioralnie, naturalnego – rozpalała wyobraźnię. Wciąż jednak myśl, że mógłby on wejść w szeregi „normalnych” obywateli, napawała wszystkich obrzydzeniem. Życie z nim było czymś trudnym do wyobrażenia (może z wyjątkiem seksu, najwyraźniej fantazje seksualne na zawsze czerpać będą z atawizmów, ale to tylko fantazje).

Naturalnie Huxleyowski dzikus sam w sobie nie jest przedstawieniem patologii, to świat, w którym przyszło mu żyć, jest patologiczny i na swój sposób barbarzyński, jednak mechanizm ekskluzji i ciekawość tego, co ekskludowane – pozostają te same.

Dziś owa ekskluzja przestaje działać i na jej miejsce pojawia się „inkluzja barbarzyńcy”, za sprawą której ów antystandard staje się standardem.

Amerykański ekonomista i politolog Jeremy Rifkin lansuje bardzo interesującą tezę o społeczeństwie zerowych kosztów krańcowych. Zgodnie z nią całkiem bliskie są już czasy, w których większość produktów i usług stanie się śmiesznie tania, jeśli nie całkowicie darmowa. Ma to oczywiście bezpośredni związek z malejącymi drastycznie kosztami produkcji i wymogiem konkurencyjności. Już dzisiaj wiele produktów staje się coraz tańszymi, a rynek raz po raz zalewają kolejne fale takich towarów.

Społeczeństwo „za darmo”

Niewiele wskazuje na to, by ten trend, nawet po uwzględnieniu relacji popyt‒podaż, mody czy zwykłej inflacji, miał się całkowicie odwrócić.

Jak twierdzi Rifkin, nieuchronnie zdążamy w stronę społeczeństwa „za darmo”.

W perspektywie ekonomicznej wizja ta jest na swój sposób ujmująca: kapitałem staje się nie pieniądz, a społeczne relacje. Dostarczając sobie dóbr i usług na wysokim poziomie, a jednocześnie za prawie darmo, zaczynamy koncentrować się na czymś innym niż wartość pieniądza. Powiększamy zatem kapitał społeczny. Frajdę zaczyna sprawiać nam już nie bogactwo materialne, ale społeczne: empatia, wolontariat, wzajemność, troska, szczęście będące udziałem wszystkich, kultywowanie wspólnoty. Jest to zdaniem Rifkina logiczne następstwo funkcjonowania wolnego rynku.

Zastanawia mnie, czy nie mamy przypadkiem do czynienia z analogicznym procesem na gruncie szeroko pojętej kultury (choć może należałoby zawęzić pole rozważań do rozrywki). Pokuśmy się o pewną analogię. Na obszarze wartości i norm odpowiednikiem wolnego rynku jest demokracja. Ona to, za sprawą ekspansji Internetu w wersji 2.0, a więc po faktycznym zaniku granicy pomiędzy nadawcą a odbiorcą, gdy każdy może zamieścić swoją wypowiedź, zaczęła uwalniać się z okowów tzw. autorytetów. Te zaczęły ulegać stopniowej erozji, aż w końcu nastąpił ich demontaż, przypieczętowany eksplozją programów z rodzaju talent-show, za sprawą których skutecznie wszczepiono odbiorcom mit self-made-mana, samorodnego talentu domorosłego chowu, który objawia się, rzucając jurorów na kolana, a publiczność podrywając z miejsc do owacji. Wyglądało to na początek jakiegoś „miękkiego” buntu mas, bez rewolucji, bez rozlewu krwi, za to w imię sukcesu komercyjnego.

Tymczasem produkt niepostrzeżenie – jak w koncepcji Rifkina – okazał się równie masowy, co tani. Pojawiły się nowe nisze, nowe możliwości. Profesjonaliści, wysokie standardy i inne „gwoździe programu” zawsze pompowały budżety. Tymczasem

media postawiły na zmotywowanych naturszczyków, którzy za okrągłe zero złotych dawali z siebie, co tylko mogli, ku uciesze widzów. Kołowrót wystartował.

 

Warsaw ShoreHotelu Paradise na Love Island

Parę lat później wajcha kosztów została przesunięta jeszcze bardziej, a programy z gatunku talent show zostały zdetronizowane przez format możliwie najtańszy: paradokument, w którym naturszczycy odstawiają niepełnosprawne dramy u siebie w mieszkaniach i w przestrzeni publicznej. Znikają dobrze opłacani celebryccy jurorzy i prowadzący, odpada scenografia, oświetlenie, koszty gigantycznego studia. Odpadają scenarzyści. Akcja kręci się wokół kilku punktów, wokół których naturszczycy w zasadzie improwizują. Potrzebna jest kamera i spece od postprodukcji. Voilà. Telewizja prawie-zerowych-kosztów-krańcowych stała się faktem.

Naturalnie, po rozpadzie konstruktu autorytetu, za to razem z naturszczykami, rozgościły się w telewizji buta, bezwstyd, dosłowność, wulgarność i chamstwo, ponieważ paradokument nie mógł obyć się bez wszechobecnej konfrontacji. Bohaterowie co chwila dają złapać się w pułapki zastawione przez polską składnię i fleksję. Niemal każda rozmowa obfituje w przesadną ekspresję, w co drugiej natomiast dochodzi do jakiejś kłótni. Te z kolei bogato nadziewane są wulgaryzmami i rękoczynami.

Cementuje to obraz Polaka-prostaka, którego emanacją jest popularny nosacz sundański, masochistycznie wyśmiewany w memach i kabaretach, everyman doby IV RP. Przygotowało to grunt pod kolejny format, który stał się twórczym rozwinięciem wulgarnego paradokumentu.

Paradokumenty miały w zamyśle być odzwierciedleniem życia ludzi przeciętnych, zmagających się, lepiej lub gorzej, ze swoimi problemami. Ich niewybredna forma zachęciła jednak producentów do kontynuacji owego staczania się. Niedługo po telewizyjnym debiucie paradokumentów pojawiła się jeszcze bardziej zbrutalizowana i dosłowna oferta. Programy otwarcie balansujące na granicy patologii w rodzaju Warsaw Shore, gdzie do udziału zaproszono młodych ludzi niestroniących od alkoholu, używek i przygodnego seksu. Zamieszkiwali wspólną przestrzeń i wspólnie imprezowali. Przez całą dobę mieli praktycznie nieograniczony dostęp do alkoholu. Prawie na pewno pojawiały się tam również zabronione substancje psychoaktywne.

Następne programy były wariacjami na temat pierwszego. Love Island czy Hotel Paradise w mniejszym stopniu koncentrują się na imprezach, całkowicie zaś skupione są na doborze. W procesie udział biorą atrakcyjne kobiety i świetnie zbudowani mężczyźni, którzy prócz zewnętrza nie mają absolutnie nic do zaoferowania. Dla apologetów mogą stanowić zwielokrotnioną egzemplifikację próżności i żądzy z pamiętnego thrillera Siedem w reż. Davida Finchera z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych.

Prostactwo pozbawione zahamowani i dumne z siebie

Everyman, pilnie śledząc przekaz i widząc, jak świetnie poczuli się w nim ludzie prości, wulgarni, bezpretensjonalni w formie, ale roszczeniowi w obyciu, najwyraźniej doszedł do wniosku, że nadszedł jego czas i obiektyw kamery, niczym bohater Amatora Kieślowskiego, skierował na samego siebie, obwieszczając narodziny patostreamu.

Ten swoiście polski format jest po prostu transmisją na żywo z meliny, w różnych wariantach.

Przedstawia każdorazowo sceny nie tyle imprez, co libacji, podczas których nie brakuje przemocy czy seksu. Wnętrza są egzemplifikacją syfu i chaosu. Przestrzeń wypełnia narkotyczno-alkoholowy bełkot. Spomiędzy rozpadających się mebli, szmat, pustych butelek i odzieży wypełzają bezładne kończyny i półnagie torsy śpiących. W kadrze pojawiają się goście dołączający do imprezy – i tak w kółko. Całość upstrzona jest sumami przesuwającymi się z góry na dół jak na drukowanym, niekończącym się paragonie – to „donejty” płynące od widzów gotowych płacić za taką „rozrywkę” jak za abonament. „Donejty” zasilają konta transmitujących, ich przeznaczenie nie pozostawia oczywiście cienia wątpliwości.

Na chwilę obecną są to treści prawdopodobnie najbardziej skandaliczne spośród dostępnych od zaraz w „publicznej” przestrzeni Internetu. I to dostępnych praktycznie każdemu, bez szczególnych obostrzeń (za pośrednictwem choćby serwisu YouTube). Teza, że właśnie tak wygląda typowa współczesna narracja w sieci, jest oczywiście nie do utrzymania, jednak z pewnością jest to graniczna wartość pewnej zmiennej, która na stałe wpisała się już w medialny krajobraz Polski.

Patostream stał się dopuszczalną normą, nie zaś odstępstwem od niej. To tryumf mniej lub bardziej zawoalowanego prostactwa, jednak – każdorazowo – prostactwa pozbawionego skrupułów, zahamowań, samozadowolonego, dumnego z siebie, gotowego wyzwać każdego krytyka na ubitą ziemię.

Bycie ordynarnym chamem po prostu popłaca

Tym sposobem dochodzimy oczywiście do pytań o sprawy zasadnicze dla pewnego porządku wartości, kryteriów oceny, wzorców. A jednak pytania te nie są już dziś tak często stawiane. Z powodzeniem natomiast można natrafić na treści, które gloryfikują styl życia oparty na łamaniu wszelkich norm. Prym wiedzie twórczość Patryka Vegi, który rozmiłował się w portretowaniu współczesnych patologii. Naturalizm obrazów Vegi niewiele ma jednak wspólnego z brutalnością filmów Scorsese czy Coppoli, jako że stylistyką zbliża się właśnie do patostreamów – w centrum znajdują się w nich nie tylko przestępcy, ale i zwyczajni ludzie: ćpająca młodzież, młodociane prostytutki, kobiety, dla których szczytem marzeń jest bycie żoną gangstera, funkcjonariusze policji i służby zdrowia, wreszcie staczająca się na zupełne dno klasa polityczna.

Można rzec, że przecież i takie życie można opisywać, a jednak trudno uwolnić się od wrażenia, że w gruncie rzeczy poza brutalnością nie ma tam wiele więcej. Wyczyszczenie lub wypikanie wszystkich wulgaryzmów z dialogów pozbawiłoby ich jakiejkolwiek siły czy przekazu, obnażyłoby miałkość fabuły, co klasykom kina raczej nie grozi (podobnie przecież można by zestawić filmową pornografię z – powiedzmy – twórczością von Triera czy de Sade’a).

Vega nie wytrzymuje porównania choćby i z Wojtkiem Smarzowskim, który obsceniczność i wulgarność wykorzystuje nie po to, by widza uwieść, ale żeby go oszołomić i doprowadzić do bolesnego katharsis.

Innym twórcom daleko również do tempa Vegi, ten bowiem kręci zwykle więcej niż jeden film rocznie, dobijając do rekordu – czterech produkcji tylko w roku 2020 (nie zapominajmy, że Vega kręci również seriale!), a ten jeszcze się nie skończył.

Z uwagi na owo tempo zaryzykuję twierdzenie, że nie są to dzieła szczególnie kunsztowne. Nauka płynąca z jego scenariuszy jest prosta: bycie ordynarnym chamem w świecie patostreamów po prostu popłaca. Jest to odsłonięcie pewnej tajemnicy połączone z gwałtem na tożsamości jednostki, na jej poczuciu społecznej przyzwoitości. Można by zapewne długo rozprawiać o tym, czy w imię prawdy nie warto mówić szczerze o mechanizmach współczesnego świata, od show-biznesu po kręgi władzy. Skoro wszyscy domyślają się, jak dziś robi się prawdziwą politykę, prawdziwy biznes, prawdziwe pieniądze – dlaczego nie? Czy nie mamy prawa świadomie wybierać ścieżek naszego życia?

Tajemnica, która przestała być tajemnicą

Sądzę, że analogiczne pytania można by zadać w przypadku wspomnianej już pornografii – wszak ona również ukazuje pewien aspekt życia człowieka. Przez długie dekady towarzyszył jej woal tajemnicy. Dorastająca młodzież była w przeważającej większość skutecznie od pornografii oddzielona, domyślając się jedynie treści pisemek skrywanych skrzętnie przez tatusia kolegi lub kuszących, na ile prawo zezwalało, z kioskowych witryn.

Seks był sferą domysłów. Po freudowsku domysły te realizowały się w innych dziedzinach.

Kanalizowały się w dyskursie fachowym czy prawie fachowym (pamiętne rubryki pisma „Bravo” czy podebrana rodzicom Sztuka kochania), skupiały uwagę na roznegliżowanych teledyskach i reklamach, które nigdy nawet nie zbliżyły się do dosłowności pornografii, w ostateczności wokół filmów soft-erotycznych, oglądanych z wypiekami głęboką nocą.

Młodzież swoim zainteresowaniom dawała upust w rozmowach, w słuchaniu skandalizującej Madonny, Prince’a, w oglądaniu boysbandów, gdy wokalista doprowadzał publikę do spazmów, łapiąc się za krocze lub symulując ruchy frykcyjne. Aż nagle kurtyna opadła, a młodzież otrzymała w praktyce nieograniczony dostęp do pornografii. De facto została w ten sposób pozbawiona całej narosłej mitologii, domysłów i zdumień, ciekawości, która krok po kroku prowadziła ją w niedostępne wcześniej rejony. Miast spokojnych, normalnych doświadczeń pojawiły się wulgarne igrzyska, które doprowadziły do niebezpiecznych nawyków, uprzedmiotowiły człowieka i relację z nim, zamieniły sferę seksu w zawody i – jak na ostateczny sprawdzian przystało – znacznie zwiększyły poziom stresu związanego z pierwszym zbliżeniem.

Tajemnica przestała być tajemnicą, ale czy stało się dobrze? Niektóre fakty, z uwagi na społeczny ład, powinny pozostać w sferze domysłów, może na zawsze, nawet jeśli większość i tak się domyśla.

Fundując młodzieży taką dawkę cynizmu na starcie w dorosłe życie, w zasadzie roztrwaniamy do reszty i tak nadwątlony społeczny kapitał.

Lubująca się we własnej wulgarności masa

Abstrahując od samej tylko pornografii, nie odkryję Ameryki pisząc, jak wiele jest prawdy w domysłach, że karierę robi się nader często w sposób niegodny pochwały, niemerytoryczny, ale poprzez znajomości, konszachty, korupcję. Niekiedy stoi za tym wygryzanie, podkładanie przysłowiowej świni, kiedy indziej karierę robi się przez łóżko. Życie po prostu nie jest dla wszystkich sprawiedliwe, tak było i będzie. Niemniej wszystko to było elementem owej „tajemnicy”, która – ponieważ była tajemnicą – pozwalała grać według pewnych zasad, nawet swoim kosztem, co jednak zapewniało dalszą grę. Dobrze ilustruje to dialog syna z ojcem w komedii Barei Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz: ‒ Tatusiu, a Skrzypczak napisał „równość” przez u zwykłe, a pani powiedziała, że dobrze. ‒ Dobra, dobra. A ty pisz przez o kreskowane.

A dziś? Można chyba rzec, że nie warto już pisać poprawnie, skoro nie przynosi to natychmiastowych profitów, szczególnie, że innym pisanie z błędami przynosi ewidentne korzyści. Piszmy zatem z błędami, mało tego, róbmy ich jak najwięcej!

Kapitał, jaki drzemie w tej samoświadomej, przebudzonej, lubującej się we własnej wulgarności masie, oczywiście został doskonale zagospodarowany politycznie. Smarem w tym procesie, jego swoistym spoiwem, stało się disco polo, muzyka wydziedziczona, a nawet na dekadę czy dwie – zapomniana, wstydliwa, która z chodnika zeszła wręcz do podziemia, by tam przezimować i doczekać naszych czasów. Dziś stała się manifestem, tryumfalnie wróciła i podbiła salony.

Zenon Martyniuk, niczym apostoł dobrej nowiny, gości w najlepszym czasie antenowym, jego głos rozbrzmiewa w programach informacyjnych (sic!), na festiwalach, sylwestrach, w reklamach. Bronią się przed nim rozgłośnie, ale przestrzeń reklamowa poddała się już dawno. Disco polo na dobre zrosło się z mainstreamem, przenikając nawet do programów szkolnych. Na Podlasiu ruszyła pierwsza klasa licealna o profilu disco polo, a teksty Martyniuka stały się inspiracją dla ćwiczeń z języka polskiego w szkole podstawowej.

Disco polo staje się kolejnym, niechlubnym obliczem patostreamu, podsuwając szerokiemu gronu nowe standardy, nowe sposoby interpretacji rzeczywistości, nowy system wartości, gdzie nadrzędnym celem jest wspólny chocholi taniec w takt romansu władzy z narodem.

Muzyce tej, w sposób nader cyniczny, nadano walor etnograficzny, czyniąc z niej niejako głos polskiej wsi, częściowo zatem zrównując ją z inspiracjami Chopina, Kilara czy Szymanowskiego. Ludzi rozmiłowanych w rymach i skalach discopolowych twórców nobilitowano, naiwne doświadczenie zabawy zrównano z ugruntowaną wiedzą o estetycznych kanonach, sprowadzając wszystko do kpiącego stwierdzenia, że de gustibus….

Rechot samozwańczego suwerena

Popularność tego rodzaju oferty z czysto antropologicznego punktu widzenia jest dla mechanizmów społecznych czymś niebezpiecznym, na swój sposób odczarowującym. To jak smutne post scriptum do powieści markiza de Sade’a Julietta. Powodzenie występku. Bohaterka jest lubującą się w zbrodni libertynką, która w nieustających epizodach rozpusty konsekwentnie wykuwa życiową filozofię. Podbudowuje ją jednak solidnym fundamentem dywagacji i dysput, rozprawia, naucza, bada wszystkie za i przeciw. Prowokuje do myślenia i nigdy się swych ideałów nie wyrzeka. Współczesny występek, tak w sferze obyczajów, jak i estetyki jest tego waloru pozbawiony, nie jest żadną inspirującą prowokacją.

Jest czymś na kształt rozsadzającego uszy rechotu samozwańczego suwerena, lubującego się w swej ignorancji, działającego prawem reakcji, niejako na przekór tym, którzy zwykli wymagać od siebie i innych więcej.

To nic innego jak eksploatowanie masowych kompleksów do cna, wysuwanie ich na pierwszy plan i wyrachowane masowanie nimi rzesz odbiorców, tak przez sektor prywatny, jak i publiczny, przez media, jak i polityków (choć zapewne z nieco innych pobudek). Zastanawia to tym bardziej, że ponoć wreszcie, dumnie, wstaliśmy z kolan. Chciałoby się rzec: pato-Polska właśnie…

Tomasz Kozłowski
Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Odra” (11/2020)


Zdjęcie główne: Bronisław Wojciech Linke, „Autobus”, obraz z 1961 roku, Muzeum Narodowe w Warszawie

Reklama