Reklama

Naród buntu, zrywu, protestu i strajku. Lubimy tak o sobie myśleć. Dziś, kiedy znów protestujemy regularnie i co tydzień, dwa, miesiąc wychodzimy na ulice, świat na nas patrzy. Znajomy ze Słowacji podczas wizyty w Polsce na marsz godności zabrał siostrę. Chciał jej pokazać, że my tak mamy, że maszerujemy.

Można bowiem odnieść wrażenie, że protestowaliśmy zawsze. Od powstań chłopskich, przez zabory, po Powstanie Warszawskie. Ale zdaniem historyka, dr Marka Nadolskiego z Instytutu Nauk Politycznych UW, to nie jest nasza narodowa cecha. – Pozornie patrząc na historię, porównując ją z historią np. naszych południowych sąsiadów można odnieść takie wrażenie, ale nie zgadzam się z tą tezą. Niby wydaje się, że my to tacy romantyczni, bo bez przerwy albo powstania, albo demonstracje. Różnie się to w różnych narodach układało, ale moim zdaniem dużo bardziej niż od temperamentu czy romantyzmu zależy to od władzy, rządzących. Nie protestuje się przecież dlatego, żeby protestować, tylko dlatego, że coś się dzieje nie tak, jakby społeczeństwo lub jego część chciało – tłumaczy Nadolski.

Może więc bez romantyzmu, ale znów coś się części społeczeństwa nie podoba?

Reklama

Największym zrywem, do którego lubimy sięgać i którym lubimy się chwalić myśląc o naszej potrzebie walki, jest oczywiście “Solidarność” i wydarzenia Sierpnia ’80. Wtedy usłyszał o nas świat. Mówiły o nas zagraniczne media, zaistnieliśmy jako ci, którzy się nie poddają. Tak doszliśmy do Okrągłego Stołu. – Pokolenia marzyły o niepodległości, pokolenia oddawały za nią życie. My to wynegocjowaliśmy, bo mieliśmy odwagę, od sierpnia 80. roku – mówił w wywiadzie dla TVN24 jeden z liderów opozycji PRL Władysław Frasyniuk. Dziś zarówno on, jak i wielu innych działaczy tamtej “Solidarności” popierają protesty Komitetu Obrony Demokracji.

Niby wydaje się, że my to tacy romantyczni, bo bez przerwy albo powstania, albo demonstracje. Różnie się to w różnych narodach układało, ale moim zdaniem dużo bardziej niż od temperamentu czy romantyzmu zależy to od władzy, rządzących.

A te wyprowadziły na ulice pierwsze takie tłumy w czasach wolnej Polski. Niezależnie od tego, które źródła podają dokładniejsze dane, i czy na marsze chodzi 5 czy 200 tysięcy osób, to nie sposób było o nich nie usłyszeć. Tłumy wychodzą maszerować regularnie od prawie roku – to coś, co sprawia, że znów piszą o nas zagraniczne media.

I gdy już wydawało się, że zainteresowanie marszami KOD-u maleje, że straciliśmy tę wolę walki i wiarę w sukces, pojawił się kolejny powód, by się zmobilizować. Powód o tyle nowy, że przez lata żyliśmy z “kompromisem aborcyjnym” i nie robiliśmy wiele, by coś zmienić.

Zanim jednak zaczęliśmy walczyć o prawo do decyzji, Polki walczyły o swoje prawa wyborcze. 28 listopada 2018 roku będziemy obchodzić 100. rocznicę uzyskania przez nie tych praw. Pod koniec 1918 roku miał bowiem miejsce protest przed willą Józefa Piłsudskiego. – Kobiety zmusiły go, by ustąpił w tej kwestii, stojąc przy jego domu przez całą noc – opowiada Agnieszka Grzybek z Fundacji na rzecz Równości i Emancypacji STER. I trudno nie mieć natychmiast przed oczami kobiet stojących dwa tygodnie temu przed domem Jarosława Kaczyńskiego.

– Wywalczyły, ale to były tylko prawa polityczne, za którymi mogłoby pójść więcej, ale nie poszło. Nie poszło, bo mężczyźni nie byli tym zainteresowani, a kobiety nie wykazały większego zorganizowania – dodaje dr Marek Nadolski.

Mało kto też o tym słyszał. Kojarzymy protesty z powodu podwyżek, cenzury, ucisku. Ale tych w kwestii praw kobiet – zwykle nie. – Też się nad tym zastanawiałem w kontekście tych protestów i niestety wyszło mi, że mamy społeczeństwo patriarchalne – mówi dr Nadolski. I dodaje: – Takie w ogóle jest społeczeństwo europejskie. Poczynając od wielkich wydarzeń, jakimi były rewolucje przełomu XVIII i XIX wieku, i biorąc pod uwagę ten charakterystyczny rys, że “Deklaracja praw człowieka i obywatela” nic nie mówi o kobietach. Mężczyźni się na to nie zgadzają, praw politycznych się kobietom nie przyznaje. Te prawa to jest dopiero wiek XX.

Związki kobiet, organizacje działające na ich rzecz to dopiero czasy współczesne. Kilkanaście ostatnich lat, może więcej – od 1989 roku. Wówczas bowiem zaczęła się debata dotycząca zaostrzenia prawa do przerywania ciąży, co zaowocowało przyjęciem kompromisowej ustawy (w 1993 roku), która obowiązuje do dziś, a która to prawo ograniczyła. – Wtedy także przez Polskę przewaliła się fala protestów, a z nich wyłoniły się pierwsze organizacje kobiece, które walczyły o prawa kobiet – mówi Agnieszka Grzybek. – Teraz zaczynamy jednak obserwować zjawisko rodzenia się masowego ruchu kobiet w Polsce – dodaje.

Kojarzymy protesty z powodu podwyżek, cenzury, ucisku. Ale tych w kwestii praw kobiet – zwykle nie.

Powody wszyscy znamy: zapowiedzi karania kobiet za poronienie, zmuszenia do rodzenia płodów martwych czy zdeformowanych, ochrona gwałcicieli i inne. To sprawiło, że kobiety, choć nie tylko one, wyszły na ulice. Znowu. Wyszły ze słowem “solidarność” na ustach. I choć próbowano im odebrać prawo do jego wykorzystania, to autor logo tego wielkiego ruchu wyraził nie tylko zgodę na jego użycie, ale i swoje poparcie dla protestujących kobiet. Wspiera je także Henryka Krzywonos, legenda “Solidarności”, a dziś posłanka Platformy Obywatelskiej. Na swoim profilu na Facebooku napisała: “Dzisiaj uczestniczyłam w gdańskim czarnym strajku kobiet. SOLIDARNOŚĆ to wolność, tolerancja i szacunek dla innych poglądów, a nie własność ZALEŻNYCH Samorządnych Związków Zawodowych”.

– Tak jak “Solidarność” była sławna, ta nasza pierwsza, tak solidarność kobiet będzie sławna, bo borykają się one z tymi problemami na całym świecie – mówi w wywiadzie dla wiadomo.co Kazimiera Szczuka. I dodaje: – Myślę, że solidarność kobiet już się rozlała na świat, a tam, gdzie ludzie się solidaryzują i przestają bać, tam nie są sami. Jest taki mit – uważam, że ma w sobie dużo prawdy: furia kobiet to jest takie zjawisko, którego nie da się już łatwo cofnąć.

– Na tej furii właśnie wzorowałyśmy nasz protest. To się wydarzyło 24 października 1975 roku – opowiada Agnieszka Grzybek. – Kobietom na Islandii naprawdę udało się wówczas ten kraj sparaliżować. Udział w strajku wzięło bowiem 90 proc. mieszkanek kraju. Te, które pracowały zawodowo, porzuciły swoje stanowiska pracy, te, które nie pracowały, zajmowały się domem, dziećmi – odmówiły wykonywania obowiązków. A trzeba też pamiętać, że w tamtych latach kobiety wykonywały gorzej płatne zajęcia, zajmowały podrzędne stanowiska. I gdy nagle okazało się, że nie ma kto stanąć w sklepie za ladą, a w banku nie miał kto wypłacić ludziom pieniędzy, to kraj rzeczywiście został sparaliżowany – opowiada.

Trzeba jednak pamiętać, że Islandia to mały kraj, o niewielkiej liczbie mieszkańców. – Te proporcje, w porównaniu z Polską, są zupełnie inne. Jednak to, co jest niebywałą siłą tych protestów, to jest to, że wyrwały ze snu, marazmu, także kobiety, które nigdy wcześniej nie protestowały, także z małych i bardzo małych miasteczek – dodaje Grzybek.

Ale wygrana jest dopiero pierwsza bitwa.

– Właściwie w tej chwili sprzeciw społeczny nie dotyczy samej aborcji, tylko pewnej zasady, mianowicie zasady realizowanej przez PiS, strategii polityki, która polega na ingerowaniu w życie osobiste – tłumaczy socjolog prof. Henryk Domański z PAN. I dodaje: – To jest sprzeciw zarówno ze strony kobiet, jak i mężczyzn – całego społeczeństwa, a tego dotąd nie było. Aborcja jest przykładem czegoś takiego, przeciwko czemu trzeba protestować i tu nie chodzi tylko o prawa kobiet. Wprowadzenie tego na takie tory, że to jest ingerencja w nasze życie, pomaga temu, żeby poruszyć tłumy. Bardziej niż np. Trybunał Konstytucyjny, który nie dociera może do świadomości, choć jest symbolem naruszenia zasad. Ale przypadek aborcji jest może czymś ważniejszym, bo dotyczy życia osobistego. To coś, z czym każdy ma do czynienia na co dzień, a z TK nie – tłumaczy prof. Domański.

Jednak to, co jest niebywałą siłą tych protestów, to jest to, że wyrwały ze snu, marazmu, także kobiety, które nigdy wcześniej nie protestowały, także z małych i bardzo małych miasteczek

Organizatorki Czarnego Protestu publikują na facebookowym wydarzeniu słowa wsparcia, jakie my wszystkie dostałyśmy od Gudrun Jonsdottir, która 41 lat temu strajkowała w Islandii. Napisała: “To wydarzenie ukształtowało Islandię. (…) Wiele kobiet mówi mi, że to by było niemożliwe w ich kraju. Skąd wiecie? Próbowałyście? (…) Kiedy stałam w tym samym miejscu, co teraz, w centrum Reykjavíku, razem z 25 tys. kobiet, zdałam sobie sprawę, że nic już nie będzie jak było. (…) Polskie siostry, zróbcie wszystko, co możecie, żeby zmienić sytuację w Waszym kraju”.

Kraków, 24.10.2016. "Nie sk³adamy parasolek!" - pod takim has³em w obronie praw kobiet zorganizowano happening na B³oniach, 24 bm. w 41. rocznicê strajku kobiet w Islandii. (cat) PAP/Stanis³aw Rozpêdzik
“Nie składamy parasolek!”, PAP/Stanisław Rozpędzik

Kobiety mówią więc: “Nie składamy parasolek”. I mają nadzieję, że może dzięki takiemu poruszeniu uda się zdziałać więcej. Taki krok w tył, by zrobić krok w przód. – Często przywołujemy przykład Francji, gdzie w 1973 roku udało się zliberalizować prawo do przerywania ciąży, za sprawą zresztą polityczki konserwatywnej. Ale musimy pamiętać, że kobiety były tam wówczas karane za aborcję właśnie więzieniem – przypomina Agnieszka Grzybek. A Kazimiera Szczuka dodaje: – W tej chwili to jest tylko kwestia tego, jak będziemy o tym mówić, jak będziemy planować, jakie cele sobie stawiać. Wiadomo, że w tych warunkach chodzi o to, aby nie zaostrzali. Ale moim zdaniem, warto mówić o liberalizacji, bo kompromis po prostu nie działa.

I wygląda na to, że czas protestów się nie kończy. W planach są już następne, zarówno KOD-u, jak i kobiet. Może więc jest tak, jak mówi dr Nadolski: – Złożyły się pewne czynniki, które spowodowały, że mamy w tradycji tę nutkę powstańczą, ale to nie nasza potrzeba czy jakiś magiczny gen, tylko historia. Może jednak mamy w sobie tę potrzebę. A może do historii i rządów mamy po prostu pecha?

 


pap maly bardzo Zdjęcie główne: PAP/Adam Warżawa

Zapisz

Reklama