Cały czas mam nadzieję, że inżynierowie z Wichita będą na tyle otwarci, że postarają się dotrzeć do wszystkich prawdziwych źródeł informacji. Chociaż już wiadomo, że niektóre zlecone im prace zostały zdublowane. Na przykład skan Tupolewa, który został wcześniej wykonany przez Wojskową Akademię Techniczną i został utajniony. W taki dziwny sposób podkomisja może “badać” katastrofę smoleńską przez bardzo długi czas. I może o to chodzi – mówi w rozmowie z wiadomo.co fizyk prof. Paweł Artymowicz, wykładowca University of Toronto. I dodaje: – Podejście do lądowania 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku zawierało bardzo długą listę błędów, a najważniejszym był błąd decyzyjny o nierespektowaniu minimalnej wysokości zniżania. Zniżano się z dwukrotnie za dużą prędkością opadania. Piloci starali się, jak sądzę, zobaczyć ziemię. Być może dowódca (jedyny znający język rosyjski) niepoprawnie rozumiał kontrolerów lotu. Dlatego nie mieli szans. To był nieszczęśliwy wypadek.

KAMILA TERPIAŁ: Antoni Macierewicz zapowiada, że raport techniczny z prac podkomisji smoleńskiej będzie miał “jednoznaczne i jasne” tezy. Ale nie poznamy go w dniu 8. rocznicy katastrofy. Myśli pan, że w ogóle go poznamy?

PAWEŁ ARTYMOWICZ: Zapowiedzi o tym, że poznamy raport słyszymy właściwie już od 8 lat. Z jednej strony chciałbym go zobaczyć, ale nie wierzę, że on powstanie. Chociażby dlatego, że członkowie podkomisji nie mają wystarczającej wiedzy technicznej. Nie zapewnili sobie w ogóle dostępu do wraku Tupolewa, a jedynie do dokumentacji spisanej przez prawdziwych specjalistów. To są amatorzy, którzy nigdy nie badali wypadków lotniczych.

Trudno spodziewać się, żeby powstało coś poza kolejnymi domysłami, przedstawianymi jako dowody, które zostaną obalone w ciągu kilku dni.

Nie ma żadnych dowodów na to, że na pokładzie Tupolewa mogło dojść do eksplozji?
Jest tylko cały rząd hipotez, insynuacji i domysłów. Wszystkie zostały do tej pory wyjaśnione i obalone przez prawdziwych fachowców. Poza tym w ciągu ostatnich dwóch lat podkomisja powinna zrobić dużo więcej, a jej członkowie jako pracownicy państwowi powinni się ze wszystkiego rozliczać. Zamiast tego mamy do czynienia z utajnieniem jej prac, nie wiemy, na co wydawane są publiczne pieniądze, nie znamy nawet jej składu. Jest to

podkomisja tajnych radców pana Macierewicza.

Podkomisja czeka na efekty prac amerykańskich ekspertów. Pan podobno z nimi rozmawiał?
Tak. Mogę potwierdzić, że są to członkowie Instytutu Lotnictwa University of  Wichita, którzy zajmowali się już badaniem części, które ulegały wypadkom lub awariom i analizowali pewne podzespoły samolotów. Nie wiem, czy mieli wiele okazji symulować wypadek samolotu jako całości. Ale nie ma powodu twierdzić, że nie znają się na lotnictwie, tak jak dotychczasowi “eksperci” pracujący dla Antoniego Macierewicza. Kiedy z nimi rozmawiałem, miałem wrażenie, że chcą zrobić uczciwą i dobrą analizę. Zapowiedzieli, że będą starali się opublikować rezultaty swoich pracy. Czyli

jest nadzieja, że zasłona sekretów owiniętych w enigmy Macierewicza może zostać uchylona… Ale oczywiście nie ma żadnej gwarancji, że to nastąpi, uwzględniając zleceniodawcę. Dostali bardzo trudne technicznie zadanie.

A rozmawiał pan z nimi w ogóle o teorii eksplozji?
Nie. Oni chcieli się dowiedzieć, jakie są parametry fizyczne samolotu i jak spadał. Podczas naszej rozmowy wspominali tylko o raporcie MAK-u, tak jakby raport komisji Jerzego Millera został przed nimi ukryty – to mnie bardzo zaniepokoiło. Nie wiedzieli o bardzo wielu szczegółach katastrofy. O tej katastrofie nie mieli pojęcia do czasu, kiedy zlecona została im ta praca. I,

niestety, są łatwowierni. Zastępca przewodniczącego podkomisji smoleńskiej już zdołał im wmówić, że Tupolew był “bardzo mocno skonstruowany, tak jak czołg”. To nie jest prawda. Tupolew jest dobrą konstrukcją, ale nie super mocną, nie różni się od innych samolotów.

Cały czas mam nadzieję, że inżynierowie z Wichita będą na tyle otwarci, że postarają się dotrzeć do wszystkich prawdziwych źródeł informacji. Chociaż już wiadomo, że niektóre zlecone im prace zostały zdublowane. Na przykład skan Tupolewa, który został wcześniej wykonany przez Wojskową Akademię Techniczną i został utajniony. W taki dziwny sposób podkomisja może “badać” katastrofę smoleńską przez bardzo długi czas. I może o to chodzi.

Czy polscy eksperci mieli dostęp do rejestratorów lotu? Czy mogły zostać zmanipulowane, jak twierdzi Antoni Macierewicz i jego “eksperci”?
Padł taki poważny zarzut, ale nie zostały przedstawione żadne dowody. Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych i prokuratura zleciły zresztą analizy pod kątem możliwości manipulacji dowodów rzeczowych – uznane zostały za niezmanipulowane i oryginalne. Poza tym

wszystkie polskie prośby o dostęp do wraku samolotu i rejestratora głosu były rozpatrywane pozytywnie do momentu “epoki Macierewicza”. Wtedy polska strona przestała prosić o pomoc prawną, a występowała tylko z insynuacjami, że odmawia się im dostępu.

Był nawet taki moment, że ówczesny przewodniczący podkomisji Wacław Berczyński miał polecieć, aby zobaczyć wrak, ale temat szybko przestał istnieć. Dostęp do wraku zagrażał fantazjom wybuchowym.

Wrak kiedyś w ogóle trafi do Polski?
Myślę, że tak. Ale to są decyzje polityczne, które nie wpływają na możliwość badania przyczyn katastrofy. Pomiary można było zrobić w Smoleńsku. Dlatego Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych mogła zakończyć swoje prace i zaprezentować oficjalny raport.

Ale prokuratura nie jest w stanie zakończyć prac. Dlaczego?
Tutaj toczy się dziwna gra.

Obie instytucje, które prowadzą badania katastrofy, czyli prokuratura i niefachowa podkomisja, wywodzą się z tej samej partii. W tej chwili dodatkowo trwa wzajemne oskarżanie się, m.in. o to, że przez ostatnie dwa lata nie stało się nic w sprawie “dojścia do prawdy”.

Jedyne, co udało się zrobić, to ukryć oficjalne raporty.

“To niemożliwe, by drzwi tupolewa zostały wyrwane z framug i wbiły się w ziemię, a raczej pod ziemię, bez ogromnej dodatkowej energii” – napisał w czwartek na Twitterze Antoni Macierewicz. Dlatego dowodem na wybuch mają być wbite w ziemię drzwi samolotu. Co pan na to?
To nieprawda i żaden dowód. Po analizie fizycznej proponowanego procesu wystrzelenia drzwi w procesie wybuchu bomby i tego, jak mogły by się wbić w ziemię, doszedłem do wniosku, że to nie jest możliwe. Nawet gdyby była to bomba termobaryczna, szybkość jest niewystarczająca, aby nastąpiło odpowiednie wbicie drzwi w ziemię. Przeanalizowałem też, używając danych z poligonów amerykańskich, sam proces wbijania się drzwi w ziemię.

Jeżeli bomba byłaby tak duża, by szybkość drzwi zapewniła zagłębienie się drzwi pod powierzchnię gruntu w Smoleńsku, wówczas naprężenia (ze względu na opory rosnące z prędkością) przekroczyłyby wytrzymałość materiałową i drzwi byłyby zgięte w harmonijkę. A tak nie wyglądają.

I wybuch byłoby chyba słychać i widać?
Tak. Są przecież świadkowie lotu Tupolewa, zarówno przed brzozą, jak i później, gdy lot był niekontrolowany. Okoliczni mieszkańcy zeznawali w tej sprawie i nie było mowy o eksplozji, ani rozpadzie samolotu w powietrzu. Poza tym gdyby to nastąpiło, to samolot nie spadłby tam, gdzie spadł. Obracając się w niekontrolowany sposób, po zderzeniu z brzozą, zboczył z trasy o ponad 20 stopni. W przypadku wybuchu wszystkie odłamki poleciałyby prosto.

Przypomnijmy, jaka była przyczyna katastrofy smoleńskiej.
Jest zupełnie inna niż twierdzą członkowie podkomisji. Nie ma nic wspólnego z wybuchami.

Członkowie podkomisji z jednej strony mówią o rzekomej eksplozji w powietrzu, a naprawdę wskazują na punkt wrakowiska, w którym samolot był już na ziemi i rozpadał się na kawałki. Proponują nam wybuch po rozbiciu samolotu o ziemię!

Przyczyn katastrofy naprawdę należy szukać dużo wcześniej, przede wszystkim w bardzo złym stanie lotnictwa wojskowego. 36. pułk transportowy nie wyszkolił poprawnie pilotów i tolerował łamanie obowiązujących minimów meteorologicznych (np. w Smoleńsku o czynnik 9, widzialność na pasie była na 200 m, zamiast 1800 m). Podejście do lądowania 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku zawierało bardzo długą listę błędów, a najważniejszym był błąd decyzyjny o nierespektowaniu minimalnej wysokości zniżania. Zniżano się z dwukrotnie za dużą prędkością opadania. Piloci starali się, jak sądzę, zobaczyć ziemię. Być może dowódca (jedyny znający język rosyjski) niepoprawnie rozumiał kontrolerów lotu. Dlatego nie mieli szans. To był nieszczęśliwy wypadek.

Czy z czasem coraz mniej Polaków będzie wierzyło w to, że na pokładzie Tupolewa doszło do wybuchu? Na razie wiele wskazuje na to, że tzw. religia smoleńska politycznie traci na znaczeniu.
Nie sądzę, żeby temat katastrofy smoleńskiej zniknął. Nawet gdyby doszło do niemożliwego, czyli rozwiązania amatorskiej podkomisji. W normalnym kraju taka byłaby naturalna kolej rzeczy. Ale i tak

pozostanie ok. 20 proc. ludzi, którzy bez wiedzy o szczegółach będą wierzyć w zamach. Niektórzy Polacy mają skłonność do nieufności i tworzenia teorii alternatywnych.

To nie jest zupełnie nienaturalne, tak jest także w innych krajach. Ale my powinniśmy głośno mówić i powtarzać, jaka jest prawda o katastrofie smoleńskiej.


Zdjęcie główne: Paweł Artymowicz, Fot. Flickr/PO, licencja Creative Commons