Reklama

W rezultacie różnych zmian – także obniżenia wieku emerytalnego – emerytury będą spadały do poziomu bardzo niskiego, więc ludzie i tak będą musieli dłużej pracować. Myślę też, że czeka nas podwyżka podatków. Rząd złożył wiele obietnic wydatkowych, które nie zostały jeszcze zrealizowane – mówi wiadomo.co ekonomista prof. Witold Orłowski

Kamila Terpiał: Klamka zapadła, wiek emerytalny będzie obniżony. Czy rząd może pochwalić się zrealizowaną obietnicą? Czy jest się czym chwalić?
Witold Orłowski: Realizacją obietnicy złożonej wobec wyborców oczywiście tak. Ale myślę, że wyborcy nie słyszą całej prawdy. Bo tak naprawdę pani premier nie mówi o obniżeniu wieku emerytalnego, tylko o ustawie, która formalnie obniża wiek ustawowy przejścia na emeryturę. W rezultacie różnych zmian – także tej – emerytury będą spadały do poziomu bardzo niskiego, więc ludzie i tak będą musieli dłużej pracować. Czyli jeżeli pani premier mówi: obniżamy wiek emerytalny, więc ludzie będą krócej pracować, to znaczy, że nie mówi całej prawdy. Tak nie będzie. Ludzie i tak będą zmuszeni pracować dłużej, tylko w sensie formalno-prawnym państwo nie będzie ich do tego zmuszało. Będą mieli swobodę podjęcia decyzji. Ale jeżeli zobaczą, że emerytura w wieku 60 lat oznacza nędzę, to i tak będą pracować dłużej, zmuszeni nie przez państwo, ale stan swojego portfela.

Głównym problemem nie jest budżet, tylko poziom życia Polaków.

Czyli głodowe emerytury dla obywateli. A co to będzie oznaczało dla gospodarki?
Gospodarka będzie się rozwijać wolniej, dlatego że – i to jest rzecz, którą powinniśmy chyba wszyscy rozumieć – wzrost gospodarczy, produkcja, zamożność biorą się z pracy. A więc jeśli będzie pracować mniej Polaków, to w oczywisty sposób będą mniej wytwarzać. Mamy oczywiście prawo powiedzieć, że wolimy krócej pracować, ale za to mieć niższe PKB. To jest pełne prawo społeczeństwa. Ale wolałbym, żeby taka decyzja była podejmowana świadomie, a mam obawę, że jest podejmowana w sposób nieświadomy. To znaczy ludzie są przekonani, że rząd może spowodować wcześniejsze przejście na emeryturę, a same emerytury i PKB pozostaną tym samym poziomie. Otóż nie, tak nie będzie.

“To jest wszystko wyliczone. Polskę na to stać” – zapewniała w środę w TVN24 premier Beata Szydło. Stać nas? Budżet to udźwignie?
Skutki dla budżetu zależą tak naprawdę tylko od tego, jak wiele państwo zobowiąże się dokładać do najniższych emerytur. Można tak ustalić parametry, że państwo, czyli budżet, będzie na to stać. Rozumiem, że pani premier właśnie o tym mówiła. Natomiast zupełnie inną rzeczą jest poziom emerytur, które będą wypłacane. Tutaj nie ma już pytania, czy państwo na to stać, jest za to pytanie, jakie będzie życie Polaków na emeryturze. Jeżeli emerytury będą bardzo niskie, to nie ma problemu stać czy nie stać, ale jest inny problem – czy Polacy będą zadowoleni. Jeżeli chodzi o budżet, to jestem się w stanie zgodzić, że na przyszły rok rząd mógł zapewnić odpowiednie środki. To jest do zrobienia. Można sobie nawet wyobrazić sytuację, że emerytury spadają, a rząd w ogóle nic nie dopłaca – i z tego punktu widzenia dla budżetu to jest do udźwignięcia. Ale głównym problemem nie jest budżet, tylko poziom życia Polaków.

Reklama

Ja jestem o tyle spokojny, bo wiem, że tak czy owak wiek emerytalny będzie w Polsce podwyższony. Tylko jest sprawa tego, kiedy, jakim kosztem i ile frustracji z tego powodu powstanie.

Czyli można powiedzieć że budżet to udźwignie, ale Polacy nie?
To, że budżet to udźwignie, ma rzeczywiście najmniejsze znaczenie z tego wszystkiego…

Bierze pan pod uwagę w jakiejś perspektywie “zawalenie się” systemu emerytalnego?
My mamy system emerytalny, który zbiera pewną ilość składek i dzieli ich między emerytów. Jeżeli pracujących będzie mniej, emerytów więcej – a do tego prowadzi wcześniejszy wiek przejścia na emeryturę – to oczywiście tych pieniędzy będzie mniej i emerytury będą niższe. To nie jest załamanie systemu, to jest wypłacanie znacznie mniejszych emerytur. Oczekuje się, że emerytury z poziomu 50-60 proc. ostatniej pensji w ciągu 20-25 lat i tak spadłyby do poziomu ok. 30 proc. ostatniej pensji. Obecne zmiany – zależy oczywiście, ilu Polaków z nich skorzysta, a być może sporo – będą oznaczały, że nie będzie to 30 proc. a 25 proc. To nie oznacza bankructwa. Kosztem prawdziwym będzie poziom emerytur.

Rząd nie tłumaczy ludziom otwarcie skutków przeprowadzanych zmian. Taki przekaz, że nie ma problemu z emeryturami, stać nas na to jest przekazem fałszywym.

Biorąc pod uwagę wskaźniki demograficzne i wysokość teraz wypłacanych emerytur takie działanie nie jest racjonalne?
Zależy z jakiego punktu widzenia. Z politycznego jest bardzo racjonalne, bo bardzo dużo wyborców jest skłonnych poprzeć kogoś, kto obiecuje, że obniży wiek emerytalny. Trzeba powiedzieć, że z takim problemem zmaga się cała Europa i wszędzie społeczeństwa są bardzo niechętne podwyższaniu wieku emerytalnego. W niektórych krajach udało się to przeforsować. Niemcy mówią w tej chwili nawet o tym, że należałoby wprowadzić automatyczne podwyższanie wieku, tak żeby nie było trzeba nad tym głosować, bo politycznie jest to szalenie niepopularne i trudne. Poprzedni rząd kosztem ogromnych strat politycznych zdołał to przeprowadzić. Ktoś poniósł już ten koszt polityczny, więc tak naprawdę szkoda kroku wstecz, który właśnie robimy. Prawdopodobnie ten sam krok, który był podjęty kilka lat temu, będzie trzeba i tak zrobić ponownie. Ja jestem o tyle spokojny, bo wiem, że tak czy owak wiek emerytalny będzie w Polsce podwyższony. Tylko jest sprawa tego, kiedy, jakim kosztem i ile frustracji z tego powodu powstanie. Co do tego wszyscy ekonomiści są zgodni, że wiek przejścia na emeryturę musi się wydłużać.

A może w takim razie jakimś rozwiązaniem byłoby uzależnienia przejścia na emeryturę od stażu pracy?
Ja nie mam do tego rozwiązania szczególnych zastrzeżeń. To jest propozycja do przyjęcia. Największy problem mam z tym, że rząd nie tłumaczy ludziom otwarcie skutków przeprowadzanych zmian. Taki przekaz, że nie ma problemu z emeryturami, stać nas na to jest przekazem fałszywym. Ogromna część ludzi rozumie ten przekaz jako zapewnienie ze strony rządu, że nie ma powodu, aby dłużej pracować. A tymczasem rząd de facto mówi, że prawnie nie będziemy ludzi do tego zmuszać, za to zmusi ich sytuacja.

Czy rząd zwiększy podatki dla wszystkich, czy tylko dla tych zamożniejszych? Stawiałbym na to, że postawi na drugie rozwiązanie, przynajmniej będzie starał się tak zrobić.

Minął pierwszy rok rządów PiS, to czas podsumowań. Jak ocenia pan ten czas dla gospodarki?
Ja mówię uczciwie: niezależnie od tego, czy uważam, że pewne polityki służą dobrze rozwojowi czy gorzej – na plus rządu niewątpliwie trzeba zapisać realizację przynajmniej części obietnic. Dodałbym jeszcze może poprawę ściągalności podatku VAT, to nie jest może duża zmiana, ale jest. Największym minusem natomiast jest to, że znacznemu pogorszeniu uległ klimat inwestycyjny w Polsce. Dowodem tego jest bardzo niska dynamika, spadek, a przynajmniej stagnacja inwestycji przedsiębiorstw. O to trudno winić poprzedników. Przedsiębiorcy najwyraźniej żyją w większej niepewności i wstrzymują się z decyzjami.

To może być przyczyna gwałtownego spadku wzrostu gospodarczego? Z 3,5 proc. w zeszłym roku do 2,1 proc. obecnie – tak podał GUS.
Można się domyślać, że po pierwsze inwestycje cały czas spadają. To będzie już czwarty kwartał spadku. Można się również domyślać, że dość gwałtownie wzrósł import do Polski, być może szybciej niż eksport. To po części jest nie do końca pożądany efekt programu 500 Plus i tego, że znaczna część konsumpcji jest konsumpcją towarów importowanych, a nie wytwarzanych w kraju.

Co prawda nie ma takiego przyspieszenia, którego oczekiwał rząd, jest raczej spowolnienie, ale nie uważam, żeby w przyszłym roku groziła nam recesja.

Jak to wszystko wróży na przyszłość? Czeka nas recesja? A może podwyżka podatków?
Myślę, że czeka nas podwyżka podatków. Rząd złożył wiele obietnic wydatkowych, które nie zostały jeszcze zrealizowane. Pytanie tylko, w jaki sposób; czy rząd zwiększy podatki dla wszystkich, czy tylko dla tych zamożniejszych? Stawiałbym na to, że postawi na drugie rozwiązanie, przynajmniej będzie starał się tak zrobić. Natomiast nie oczekuję, przynajmniej jeżeli nic się nie stanie na świecie, jakiegoś gospodarczego załamania. Co prawda nie ma takiego przyspieszenia, którego oczekiwał rząd, jest raczej spowolnienie, ale nie uważam, żeby w przyszłym roku groziła nam recesja.


Zdjęcie główne: prof. Witold Orłowski. Autor Adrian Grycuk, źródło Wikimedia Commons, licencja Creative Commons

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama

Comments are closed.