Reklama

Jeśli jakaś partyjka w koalicji ma decydować o tym, jakie decyzje są podejmowane na poziomie europejskim, i grozi w ten sposób premierowi, to warto się zastanowić, czy nasz kraj nie jest republiką bananową – mówi nam dr hab. Renata Mieńkowska-Norkiene z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. – PiS de facto przehandlował za możliwość łamania konstytucji i podporządkowania sobie sądów środki na rolnictwo, politykę spójności, a także – przede wszystkim – te w ramach funduszu sprawiedliwej transformacji energetycznej – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Po 4 dniach wreszcie mamy porozumienie. Premier Morawiecki: w porozumieniu nie ma bezpośredniego połączenia praworządności z wydatkami. Szef RE mówi, że praworządność jest powiązana z budżetem. Proszę mi to wytłumaczyć…

Renata Mieńkowska-Norkiene

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: No cóż, pan premier Morawiecki nie po raz pierwszy mija się z prawdą. Wczoraj, gdy słuchałam jego komentarzy podczas przebiegu szczytu, już wiedziałam, że coś jest nie w porządku, a jego wypowiedzi nie są uczciwe, a chodzi o jego stwierdzenie, że UE znalazła się w poważnym kryzysie czy wręcz tarapatach – większych niż w innych regionach świata. Tymczasem gdy spojrzymy na Amerykę Północną, Południową czy na Azję, to widzimy, że z Europa radzi sobie bardzo dobrze z pandemią.

Premier Morawiecki musi zdawać sobie sprawę, że te środki, które tak chętnie jeżdżąc po Polsce ostatnio rozdawał, to właśnie także środki unijne, zatem chociażby to pokazuje, że nie jest tak źle.

W porozumieniu zapisano bardzo wyraźnie, że decyzja o uznaniu braku praworządności czy poszanowania dla europejskich wartości przez jakieś państwo będzie blokadą do środków, a ta decyzja będzie podejmowana większością kwalifikowaną na poziomie Rady. We wcześniejszych propozycjach była już mowa o większości kwalifikowanej na poziomie Rady Europejskiej, więc tam w ogóle nikt nie myślał nawet o tym, żeby decyzja była podejmowana jednomyślnie.

Może pan premier nie zrozumiał zapisów, a może pozwolił sobie na kłamstwo myśląc, że nie zostanie ono odkryte. Dziwię się że tak uważał, bo skoro – jak sam twierdzi – w Polsce jest wolność słowa, to wiadomo było, że dziennikarze i eksperci do tego dotrą. Co więcej, ciągle w grze pozostaje projekt rozporządzenia, który doprecyzuje to, jak będą wyglądały kryteria praworządności – kto ma uznać, że do złamania wartości europejskich i praworządności doszło i w oparciu o jakie kryteria. Na razie wiemy, że to mają być obiektywne zasady i wprowadzenie absolutnej równości państw w tym obszarze.

Reklama

Decyzja podejmowana większością kwalifikowaną – co to oznacza?
To oznacza, że Polsce, Węgrom, nawet w porozumieniu z paroma krajami, jak Łotwa czy Słowenia, które poparły na początku Polskę, nie uda się stworzyć mniejszości blokującej.

Większość kwalifikowana jako ostateczny sposób podjęcia decyzji wyraźnie została zapisana w porozumieniu i dziwię się, że pan premier tego nie zauważył.

Zawsze jest tak, że po szczytach szefowie rządów i głowy państw wracają do swoich krajów i mówią o sukcesie. Trudno się temu dziwić i trudno oczekiwać od przywódców, żeby wracali do kraju i mówili, że ponieśli klęskę. Natomiast ogromną rzadkością jest, że szef rządu albo głowa państwa przyjeżdża do swojego kraju i mówi o czymś, czego tak naprawdę nie ma.

A może to był komunikat skierowany do Solidarnej Polski? Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki domagali się od premiera zawetowania powiązania funduszy z praworządnością. Jeden z polityków mówił wręcz weto albo śmierć.
Jeśli jakaś partyjka w koalicji ma decydować o tym, jakie decyzje są podejmowane na poziomie europejskim i grozi w ten sposób premierowi, to warto się zastanowić, czy nasz kraj nie jest republiką bananową.

Decyzje, które na szczycie zostały podjęte, moim zdaniem są kluczowe od czasów szczytu w Nicei, po którym mieliśmy do czynienia z reformą UE. Zastanawiam się, jaka jest zatem pozycja premiera w rządzie, bo chyba nie ma żadnej mocy sprawczej, skoro musi tak kłamać, żeby zaspokoić potrzebę pana Patryka Jakiego. To nie jest poważne, ale niestety może tak być, bo te kwestie są też politycznie rozgrywane wewnętrznie.

Na pewno nie powinien jednak tak zachowywać się szef państwa, które chce odgrywać jakąś istotną rolę w UE. Nawet Orbán tego nie robi. On wraca do kraju i co prawda mówi zupełnie innym językiem, niż na salonach europejskich, ale jednak nie rozmija się z prawdą.

Jeszcze przed szczytem zarówno kanclerz Merkel, jak i Ursula von der Leyen mówiły, że te fundusze muszą pójść na innowacyjność gospodarki, tak aby Europa mogła konkurować z USA czy z Chinami. Czy to oznacza, że środki nie będą mogły zostać wpompowane w górnictwo?
Niestety Polska w obszarze transformacji energetycznej straciła najwięcej. Oczywiście, że nie będzie można środków z Funduszu Odbudowy i Wieloletnich Ram Finansowych wydawać zgodnie ze swoim uznaniem, przy czym szczegóły nie zostały jeszcze w pełni uzgodnione. One będą dookreślane w toku ustalania programów operacyjnych. Fundusz transformacji energetycznej, który miał pomóc w transformacji np. polskiego górnictwa, został mocno okrojony, ale Polska wiele zyskała w ramach funduszu wspierającego odbudowę Europy po kryzysie. W zasadzie te główne negocjacje toczyły się w osiach podziału, czy środki mają być na granty, czyli bezzwrotne środki czy pożyczki, i ile ma ewentualnie środków wrócić w postaci rabatów do tzw. państw oszczędnych.

Środki pójdą w trzech zasadniczych pulach: prawie bilion sto mld euro pójdzie na wieloletnie ramy finansowe, które standardowo mają wesprzeć wyrównywanie szans między regionami UE, plus na nowe działania, które są związane z ambitnymi planami UE do roku 2050. Dochodzi oczywiście kwestia energetyki i Zielonej Europy. Druga pula to środki pomocowe: 750 mld euro podzielone na pożyczki i granty, no i mały fundusz transformacji energetycznej, który miał bezpośrednio dotyczyć transformacji energii brudnej na czystą. Z tego budżetu ścięto ponad połowę, co jest niedobrą wiadomością, bo Polska miała wziąć najwięcej z tej puli.

Polska zatem dużo straciła w tym budżecie w stosunku do tego, co mogliśmy uzyskać, tylko że o tym się nie mówi.

Jednocześnie w samej UE mało kto żałuje Polski, bo proszę pamiętać, że w 2019 roku to właśnie Polska zablokowała ugodę UE w sprawie neutralności klimatycznej, kiedy były podejmowane w tej sprawie decyzje, stawiając weto. Nikomu nie jest szkoda kraju, który i tak nie chciał brać w tych zmianach udziału, a sprawę wykorzystał do politycznej walki. Teraz to odwróciło się przeciwko nam, transformacja będzie wolniejsza. Obcięto też środki z funduszu spójności i na politykę rolną.

Czy zatem Europa ma szansę stać się bardziej konkurencyjna?
Sądzę, że tak, szczególnie dzięki funduszowi odbudowy. Jeśli rzeczywiście te środki zostaną sensownie wydatkowane, a po to właśnie było to powiązanie z praworządnością, aby kraje nie wykorzystywały pieniędzy UE do załatwiania doraźnych celów politycznych, tylko rzeczywistą transformację, aby być bardziej konkurencyjnym. To da szansę, że w świecie pokryzysowym UE będzie sobie dobrze radziła. Te środki powinny także zostać wykorzystane np. na skrócenie łańcuchów dostaw czy dofinansowywanie firm, które mają na to możliwość.

Na pewno na kryzysie ucierpią Chiny, podobnie USA, bo już widać, że Donald Trump nie sprawdził się jako przywódca w czasie pandemii.

Być może właśnie dzięki temu, że Stany Zjednoczone tak bardzo ucierpiały na pandemii, Europa wzmocni się i dzięki solidarności – dzięki dobrej koordynacji działań osiągnie jeszcze więcej.

Jak te środki będą transferowane? Poprzez rząd, samorządy, a może bezpośrednio do firm czy NGO?
Myślę, że teraz ze względu na zróżnicowaną sytuację polityczną w państwach członkowskich szczyt pokazał, że istnieje wola, aby UE nadać pokryzysowy nowy impet i aby wszystkie państwa zostały w to włączone niezależnie od tego, w jakiej znajdują się wewnętrznej sytuacji politycznej.

Po drugie, skoro już mamy porozumienie natury ogólnej, instytucje europejskie muszą dopilnować, aby każdy kraj działał jednak w taki sposób, aby środki przekładały się na działania, które poprawią konkurencyjność, ale też aby to było odczuwane na poziomie obywateli i samorządów. To zagwarantuje, że nie będzie woli wychodzenia państw z UE i nastawiania społeczeństw przeciwko Unii. Najmłodsze kraje unijne mają obecnie zazwyczaj rządy eurosceptyczne, podczas gdy ich społeczeństwa są bardzo proeuropejskie. Oczywiście, że tak jest także dlatego, że obywatele widzą zmiany dzięki finansowaniu z funduszy unijnych. Istotne jest zatem, aby państwa członkowskie tworzyły takie mechanizmy dystrybucji funduszy, aby to było odczuwalne tam, gdzie najbardziej jest to potrzebne.

Krótko mówiąc, aby środki europejskie nie szły na Centralny Port Komunikacyjny, tylko aby poszły na doraźną pomoc w konkretnych samorządach, aby rozwiązywać konkretne problemy.

Bardzo istotne jest zatem, aby państwa członkowskie w porozumieniu z UE tworzyły programy operacyjne, które umożliwiłyby jak największą decentralizację. W poprzedniej perspektywie finansowej polski rząd PO-PSL tak naprawdę zdecentralizował system dystrybucji funduszy, dzięki czemu one były rzeczywiście wydatkowane względnie blisko obywateli, a o celach decydowały czy współdecydowały samorządy. Oczywiście zdarzały się nietrafione pomysły, jak lokalne lotniska, które okazały się niewypałem, ale nie było rażących nadużyć. Polska naprawdę dobrze sobie z tym radziła. PiS ma tendencje centralizacyjne i na pewno będzie też centralizował wydatkowanie funduszy EU. Rolą Unii będzie dopilnowanie, aby nie doszło tu do nadużyć. Sądzę, że tu będzie dochodzić do starć.

Prof. Krasnodębski stwierdził, że Polska powinna grać ostro podczas negocjacji, bo to krajom południa zależy bardziej na tych środkach. Jak pani to skomentuje?
Ten szczyt pokazał, że w UE ciągle są aktualne podziały wywołane kryzysem roku 2008. Rzeczywiście trochę tak jest, bo podział Północ-Południe jest ciągle widoczny. Jednocześnie kryzys związany z koronawirusem także uderzył mocniej w kraje Południa, czyli Włochy, Grecję, Hiszpanię. Tym razem to już nie są problemy związane z nadmiernym wydatkowaniem funduszy czy nieprzestrzeganiem dyscypliny finansowej. Obecny kryzys spowodowany jest stylem życia, w dużych skupiskach, restauracjach, kawiarniach. Każdy, kto był w Hiszpanii czy Włoszech, wie, o czym mówię.

Jeżeli chodzi o kwestię Polski i jej pozycji w tych negocjacjach, nie wolno jednak zapominać, że w tym podziale na Północ-Południe pośrednio też uczestniczymy, a Niemcy czy Francja są zarówno po stronie Południa, jak i naszej. Pan Krasnodębski postawił nas trochę na marginesie tej głównej osi dyskusji okołoszczytowych z powodów niezrozumiałych.

W poprzedniej perspektywie Polsce udało się  wynegocjować ogromne pieniądze, ale to były przedszczytowe rozmowy, negocjacje, szukanie sojuszników i dobra pozycja wyjściowa do negocjacji (duża proeuropejskość polskiego rządu).

Teraz wygląda na to, że Polska weszła z roszczeniami w stylu: nam się należy. Niemcy i Francja znalazły się w tych negocjacjach po naszej stronie, zatem to nie z Orbánem premier Polski powinien się dogadywać, bo z tego wiele dobrego nie będzie, poza eksploatowaniem kwestii praworządności. Mało tego, ponieważ Niemcy i Francja wsparły kraje Południa, nie jest typowy podział na biedne Południe i resztę.

W tych negocjacjach zupełnie inaczej przechodziły podziały, co bardzo nam sprzyjało, ale oczywiście nie potrafiliśmy tego w pełni wykorzystać. Pamiętajmy, że przy tworzeniu kryteriów przydzielania funduszy są brane pod uwagę różne wskaźniki, może to być np. PKB na obywatela, poziom bezrobocia itd. Na to Polska mogła mieć bardzo duży wpływ, tymczasem nie pochylono się należycie nad problemem. Premier zamiast przygotowywać solidną pozycję negocjacyjną jeździł po kraju rozdając czeki.

Mając po swojej stronie Niemcy i Francję, Polska potrafiła koncertowo zepsuć relacje z tymi krajami i nieproporcjonalnie mocno eksploatować argument kwestii łamania praworządności zamiast walczyć o fundusze.

PiS de facto przehandlował za możliwość łamania konstytucji i podporządkowania sobie sądów środki na rolnictwo, politykę spójności, a także – przede wszystkim – te w ramach funduszu sprawiedliwej transformacji energetycznej.


Zdjęcie główne: Mateusz Morawiecki podczas nadzwyczajnego szczytu Rady Europejskiej, Fot. Flickr/Krystian Maj/KPRM, licencja Creative Commons; zdjęcie w tekście: Renata Mieńkowska-Norkiene, Fot. Twitter/INPUW (Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego)

Reklama